
STRONA
GŁÓWNA

WARUNKI
REKLAMY

W NAJBLIŻSZYM
NUMERZE

KALENDARZ BRAŃ 
PORADY PRAWNE
|
|
Postawiłem na jedną kartę
Mój największy pstrąg potokowy miał 68 cm długości i ważył 3,6 kg, ale nigdzie o nim nie napisałem. Kilkanaście lat temu przyrzekłem sobie, że zgłoszę dopiero okaz większy od rekordu Polski. Nie rzucałem słów na wiatr, miałem taką sztukę na kiju.
Z tym ogromnym pstrągiem miałem do czynienia nad Wieprzem koło Zwierzyńca. Wtedy Wieprz był jeszcze zaliczany do wód nizinnych. Często tam łowiłem i miałem swoją miejscówkę - zwężenie rzeki z głęboką rynną. Kiedyś był tam most, na dnie zostały po nim pamiątki w postaci licznych pali. Z tego powodu wędkarze omijali to łowisko, bo tracili cenne przynęty albo czas na ich odczepianie. Mnie ono zawsze kusiło, ponieważ pamiętałem o starej wędkarskiej maksymie: "Gdzie patyki, tam wyniki".
Chociaż nie złowiłem tam ani jednego pstrąga, to zawsze w tym zwężeniu długo łowiłem i za każdym razem płaciłem rzece haracz w postaci kilku urwanych blach. Nie mogłem uwierzyć, że w takim idealnym pstrągowym miejscu nie ma pstrąga. Zawsze łowiłem tam z wiarą w dużą rybę, bo skoro nie ma małych, to musi być okaz.
Łowiłem 5-centymetrowym woblerem Shad Rap Rapali, srebrnym jak płotka, z ciemnym grzbietem. Rzuciłem nim pomiędzy pale. Przytrzymałem go, zatopiłem pociągnięciem kija i przez długą chwilę utrzymywałem w prądzie. Czułem w dłoni rytmiczne drgania przekazywane przez szczytówkę, kiedy prąd wody nim szarpał. Przekładałem wędkę to w jedną, to w drugą stronę. Wobler jak rybka pływał pomiędzy dawnymi podporami mostu. Kiedy pstrąg go pochwycił, zobaczyłem błysk.
<< powrót
|