PO RAZ PIĄTY I ZAWSZE INACZEJ

W tegorocznych zawodach spiningowych rozgrywanych na Bałtyku z małych łódek wzięło udział dziewięć łodzi, w każdej było trzech lub czterech zawodników. Tym razem zwyciężyli lublinianie i nie był to przypadek.

Była to już piąta impreza tego cyklu i ona także, jak wszystkie poprzednie, odbywała się pod patronatem “Wędkarza Polskiego”. W piątek, w dzień poprzedzający zawody, pogodowe rokowania nie były dla nas pomyślne. Po nocnym sztormie morze było jeszcze rozbrykane, a fale niemałe. Około południa martwa fala spotkała się z przybierającym na sile północno-wschodnim wiatrem. Stan morza osiągnął siedem w skali Beauforta i trzeba było zmykać do portu. To był piątek. W sobotę rano, zgodnie z prognozą, wiatr się uciszył. Poszły więc łódki na łowiska szukać dorszy.
Początek maja - wtedy odbywają się nasze zawody – każdego roku był inny. Pogoda zawsze nam dopisywała, bo to jeden ze spokojniejszych miesięcy na Bałtyku, ale na zachowania ryb wpływała zawsze inna temperatura wody. Raz dorsze były niemal wyłącznie na płyciznach, w innych latach były bardzo rozproszone albo w większej ilości przebywały wyłącznie poniżej dwudziestu pięciu metrów. W tym roku dorsze pływały na różnych głębokościach.
 Najwięcej było ich na trzydziestu pięciu metrach i tych ławic pilnowały kutry. Nasze małe łódki krążyły między nimi, ale ich wyniki wcale nie były lepsze od tych, jakie osiągali zawodnicy z łódek pływających w innych rejonach Bałtyku. Powodem była duża ruchliwość dorszy. Trudno zgadnąć, co je do tej wyjątkowej aktywności skłaniało. Albo uganiały się za śledziami, albo płoszył je hałas silników i stukot uderzających w dno niezliczonej ilości pilkerów.
Można było przypuszczać, że jeżeli drugiego dnia zawodów Bałtyk pozwoli nam wypłynąć, to będziemy dorsze dłubać, a sukces odniesie ten, kto trafi na większą ich ławicę. O belonach nie ma co wspominać. Pokazały się i od czasu do czasu można je było łowić, ale w piątek temperatura wody nieznacznie przekroczyła sześć, a w niedzielę doszła do ośmiu stopni Celsjusza. Tymczasem belony zaczynają być aktywne dopiero wtedy, kiedy woda ma powyżej dziewięciu stopni.

Przyglądałem się załodze braci Omylaków. Kilka razy już o nich pisałem, bo zawsze albo nasze zawody wygrywali, albo zajmowali czołowe miejsca. Pływają siedmiometrową łodzią z silnikiem o mocy stu kilkudziesięciu koni. Kiedy Bałtyk jest spokojny, w poszukiwaniu dorszy penetrują bardzo rozległe obszary. Dorsze łowią już od wielu lat (zaczynali blisko brzegu z pontonu), mają więc bardzo duże doświadczenie i wiele zapisanych w GPS-ie pozycji. Używają aparatu marki Garmin GPS map 276 C. Mówią, że wcześniej mieli urządzenia innych firm, ale garmin naprowadza ich z niebywałą dokładnością.

Kiedy wrócili po pierwszym dniu wędkowania, zaglądnąłem do ich skrzynek. Inni zawodnicy mieli dorsze mniej więcej jednakowej wielkości. U Omylaków panowała pod tym względem duża rozmaitość. W ich skrzynkach były dorsze o wadze półtora, czterech, pięciu i sześciu kilogramów. Była też ósemka, a na deser opowieść o takim dorszu, jakiego jeszcze żaden z braci na kiju nie miał. Janusz Omylak męczył się z nim ponad pół godziny, potem plecionka się urwała. W drugim dniu Mirosław Omylak wyjął dorsza, który ważył 10,5 kg (po wypatroszeniu 8,5 kg). Był to największy złowiony na zawodach okaz, łowca otrzymał za niego pamiątkową statuetkę. “W porównaniu do wczorajszego ten wyszedł z Bałtyku jak dziecko z przedszkola” - usłyszałem.
Zawartość skrzynek mogła świadczyć o tym, że Omylakowie byli na wielu łowiskach znajdujących się na różnych głębokościach. Owszem, kiedy ławice są z jakiegoś powodu rozproszone, można złowić raz sztukę ważącą dwa kilogramy, za chwilę piątkę, a potem półkilowego bolka. Ale oni pływali po różnych głębokościach i podejrzewam, że właśnie dlatego nie wygrali tych zawodów. Stracili za dużo czasu, bo kto chce łowić w taki sposób, musi się wagą i kolorem pilkera oraz sposobem jego prowadzenia dostosować do aktywności i ilości dorszy w łowisku. Czasami lepiej więc parkować w jednym miejscu i dłubać metodą dorsz - przerwa - dorsz - przerwa - przerwa - dorsz, aniżeli szukać ławicy.

Każde zawody na małych łódkach to nowa lekcja.
Wszystkie nasze dorszowe łowiska są podobne, z wyjątkiem Kołobrzegu i Zatoki Gdańskiej. Te dwa łowiska wyróżniam, bo tam jest dużo wraków. Przy nich dorsze trzymają się niemal przez cały rok, dlatego nie trzeba ich długo szukać. Tak było dotychczas, ale w Zatoce Gdańskiej już występuje pewne nowe zjawisko. Od czasu, kiedy przybyło tam jednostek wędkarskich (dużych kutrów i małych łódek), zauważa się przełowienie wraków. Każdego kolejnego dnia łowi się coraz mniej. Dopiero sztorm nagania nowe dorsze i zabawa zaczyna się od początku.
W innych łowiskach dorsze nie mają takich punktów koncentracji, ale rejony, w których występują, są pewne i znane nam od dawna. Tę prawidłowość zaburza jedynie biologia innych gatunków, konkretnie - tarło lub wędrówki za pokarmem.
 Ryby trą się w strefie przybrzeżnej, to zwabia dorsze. Tylko pogoda, a dokładniej - zimne prądy wody potrafią na jakiś czas zakłócić ten rytm. Wtedy te ryby, które się trą, i te, które na tamte polują, gdzieś na jakiś czas przepadają. Tak było też podczas tegorocznych zawodów. Dorsze odeszły od brzegu, ale że od kilku dni przebywały na głębokości od jedenastu do dwudziestu metrów, niemal wszyscy tam właśnie skierowali swoje łódki.

Kiedy na łódce jest jedna drużyna, łowi się znakomicie. Nie ma konkurencji, wszyscy łowią do jednej skrzynki, więc każda uwaga i propozycja jest cenna. Tak postępowała drużyna doświadczonych morskich wędkarzy ze Szczecinka. Szybko wypracowali sobie sposób prowadzenia pilkera i wyselekcjonowali jego kolor (seledynowy). Łowili na głębokości od kilkunastu do dwudziestu metrów pilkerami ważącymi 100 gramów albo mniej. Podrywali je z dna i utrzymywali w długim opadzie.
Lublinianie łowili zupełnie inną techniką, a ich pilkery były błyszczące, bo pokryte niklem. Drużynę ze Szczecinka wyprzedzili o dwanaście kilogramów dorszy na osobę. A trzeba jeszcze dodać, że drugiego dnia wypłynęli w morze prawie pięć godzin później, bo coś im w łodzi nawaliło.
- Przyjechaliśmy – opowiadają lublinianie - z pilkerami, o których krążą legendy. Wcześniej nimi nie łowiliśmy, ale wiedzieliśmy, że muszą się zachowywać podobnie do parasolek. Na warunki, jakie panowały podczas zawodów, były to przynęty wprost idealne. Już pierwszego dnia dosyć szybko to dostrzegliśmy, że dorsze żerują na tubisach oraz śledziach i najchętniej atakują pilkery zawieszone metr nad dnem, a nawet wyżej. Błyszczące pilkery świetnie imitowały ich naturalny pokarm, trzeba było tylko ustalić, jak się nimi posługiwać. Każdy z nas, gdy tylko złowił dorsza, mówił innym, jak prowadził przynętę i kiedy było branie. Dobrym wskaźnikiem, że dorsze są wysoko nad dnem, były uderzenia w przywieszki. Dla nas jednak pilker jest pewniejszy, dlatego łowiliśmy bez
przywieszek. Po kilku puknięciach podnosiliśmy pilkera płynnym ruchem wysoko nad dno. Jeżeli brania nie było, podnosiliśmy go jeszcze wyżej. Ten prosty sposób zapewniał nam dobre wyniki, chociaż dryf łodzi był niewielki. A wiadomo, że jak jest dryf, to wtedy dorsze łowi się najlepiej.
Pływałem z Mirosławem Mołstoniem z Inowrocławia. Podczas pierwszego dnia zawodów łowiliśmy podobnie jak inni i w tych samych miejscach. Podobne też mieliśmy wyniki. Byliśmy już nad morzem prawie tydzień, lecz wiele z tego czasu poświęciliśmy na spiningowanie z plaży. Mirek zaproponował, żeby niedzielę spędzić nie na dorszach, tylko spróbować na przekopie złowić troć. Przekop to największe przewężenie mierzei pomiędzy jeziorem Kopań a Bałtykiem.
Zatem popłynęliśmy na przekop. W przejrzystej wodzie oglądaliśmy szczątki zatopionego jachtu. Kilka dni wcześniej właśnie tam, nad zatopionym jachtem, zaciąłem najpierw dużego okonia, później chyba troć, której jednak nie wyholowałem. W zestawie miałem sbirulino, a przynętą była duża, biała włosianka uwiązana na dżigowej główce. Pewnie tego włosia było za dużo i haczyk nie mógł się wbić na odpowiednią głębokość.
Teraz z Mirkiem zaczęliśmy spiningować z lekko dryfującej łodzi. Pierwsze rzuty poszły tam, gdzie poprzednio zaciąłem ryby. Było tam około trzech metrów głębokości. Brań nie było, więc powoli przesuwaliśmy się na głębszą wodę. Trzysta metrów od brzegu było trochę ponad sześć metrów.
Echosonda była zespolona z GPS-em marki Garmin GPSMap 420, otrzymaliśmy ją od przedstawiciela firmy na czas zawodów. Taką echosondę miała również drużyna z Lublina. GPS łatwo rozszyfrować, ale echosondy trzeba się uczyć długo. Na ekranie coś migotało, ale nie wiedzieliśmy, jak to interpretować. Dno było wyraźnie zaznaczone, kolor to kolor, ale ryb nie było widać. Usłyszałem natomiast głośne chlupnięcie, po chwili kolejne. Wtedy Mirek dostrzegł troć zawijającą koło w ataku na jakąś małą rybkę. Założył systemik na śledzia. Kilka sztuk mu spadło, ale po chwili wyciągnął tubisa. Wtedy zrozumiałem, co znaczy to migotanie echosondy. W toni jest dużo rozproszonego drobiazgu. Tak małych rybek echosonda nie może pokazać, ale migotaniem sygnalizuje ich obecność.
Z zapałem rzucam wąską wahadłówką i dosyć szybko ściągam ją tuż pod powierzchnią. Chcę złowić troć. Łowię ponad godzinę. Zmieniam wahadłówki, przebieram w kolorach. Brań nie ma, nie widzę też, żeby jakaś ryba chociaż przynętę odprowadziła.
Chociaż pierwszego dorsza to ja złowiłem, później szło mi już słabiej niż Mirkowi. Ostatecznie jest siedem do pięciu, a mój dorsz jest najmniejszy. Największy miał sporo ponad sześć kilogramów, pozostałe w pobliżu pięciu. Kiedy tylko zostały wciągnięte do łódki, pluły śledziami i tubisami.

Kiedy przybijamy do nabrzeża, to się okazuje, że nikt nie ma tak dużych dorszy, ale też nikt nie łowił tak płytko. Dorsze złowiliśmy pomiędzy szóstym a siódmym metrem. Kiedy rozmawialiśmy o namierzaniu dorszy, okazało się, że wszyscy postępowaliśmy tak samo. Jeżeli tylko echosonda pokazała na środku ekranu ciemną chmurę, całą uwagę skupialiśmy na prowadzeniu przynęty. Ciemna chmura bowiem to śledzie, a pod nimi zawsze są dorsze. Kiedy łowisko ma, powiedzmy, dwadzieścia metrów głębokości, ławica śledzi, chociaż dorsze ją zapewne niepokoją, płynie w całości. W takiej sytuacji dorsze traktują nasze pilkery tak, jakby to był śledź, który odpadł od ławicy. Rzucają się na niego i dlatego brania wyczuwamy na kiju jak mocne kopnięcie.
Pamiętamy jednak, że kilkanaście naszych okazałych dorszy złowiliśmy w płytkim łowisku. Było tam zapewne tak, że dorsze najpierw rozproszyły ławice śledzi i tubisów, a potem polowały na umykające maluchy i nie dały im się ponownie zebrać. W tej podwodnej gmatwaninie ze zrozumiałych powodów małych dorszy nie było. Znamy to przecież, w wodach śródlądowych dzieje się podobnie. Gdy polują duże ryby, małe znikają, inaczej same mogłyby zostać pożarte. Dlaczego jednak te duże dorsze biorą bardzo delikatnie, jakby od niechcenia? Powód jest dość prosty. Duży dorsz ma już swoje lata i wie, jak trzeba polować, żeby nie tracić na to zbyt wiele energii. Zna sposoby i ma doświadczenie, dlatego jest duży.




Data publikacji: 29-05-2011    Kategoria: MORZE - MAŁE ŁÓDKI


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj