JAK SIĘ ZABRAĆ ZA ŁOWIENIE PSTRĄGÓW



Stałem sobie z malutką, podlodową wędeczką nad przeręblem. Słoneczko świeci, 20 stopni mrozu, cisza, śnieg się skrzy. Jednym słowem bajecznie. Pstrągi tęczowe nie brały. Pewnie dlatego, że do łowienia niezbyt się przykładałem.
Z zamyślenia wyrwał mnie znajomy, któremu też wszystko, co  nas otaczało, wydawało się piękne i wolał to piękno podziwiać niż zajmować się rybami. Zaczęliśmy rozmawiać, a finał był taki, że to nie pstrąg, lecz ja zostałem złowiony. Uległem bowiem jego namowom i postanowiłem napisać artykuł o moich doświadczeniach z rybą, za którą się uganiam już dziesiątki lat.















Żeby łowić pstrągi, trzeba spełnić trzy podstawowe warunki. Po pierwsze, doskonale znać rzekę. Po drugie, zachowywać się bezszelestnie i nie dać się rybie zobaczyć. Po trzecie, mieć właściwy sprzęt i odpowiednie przynęty.
Wybierzcie sobie rzekę. Przyda się do tego “Informator krainy wód łososiowatych” PZW, można też kogoś popytać albo zaglądnąć do internetu.  Gdy się już zdecydujecie, to podzielcie wybraną rzekę na kilka odcinków. Jeden będzie np. od wsi A do mostku B, drugi od mostku B do kolejnego mostu C itd. Powinny one mieć 5-7 kilometrów w linii mniej więcej prostej. To będą tak zwane odcinki dzienne. Można je pokonać przez dzień wędkowania nie narzucając sobie zbyt wyśrubowanego tempa.
Bierzcie spining, jaki macie, byle w miarę lekki, i małe przynęty. Wędrując brzegiem rzeki rzucajcie z prądem i pod prąd. Po kilka rzutów w jedno miejsce i dalej, i dalej. Z góry jednak załóżcie, że nie przyjechaliście po rybę, tylko po to, by jak najlepiej poznać wodę. Starajcie  się zwracać uwagę na każdy szczegół i jak najwięcej zapamiętać. Do wody podchodźcie jak najciszej. Nie ma rzek, które nie miałyby wydeptanych brzegów. Stawajcie  tam,  ale próbujcie też  wcisnąć się gdzieś obok, pomiędzy nadbrzeżne  gałęzie Stamtąd będzie można podać pstrągowi  przynętę pod innym kątem.
Przy  każdym  podejściu zapamiętujcie rzekę. Zwracajcie uwagę na rzeczy niepozorne. Jakąś  małą kępkę traw, niewielkie zawalisko na brzegu, utopioną gałąź...  I cały czas przy tym pamiętajcie, że nic nie złowicie, jeżeli nie będziecie się zachowywać cicho lub będzie was  dobrze widać  z wody. Sam przez lata lekceważyłem ten warunek i dlatego dzisiaj każdemu radzę, że jeżeli ma się inaczej zachowywać nad brzegiem pstrągowej wody, to niech się lepiej wybierze na płotki. Może coś złowi.
Względem słońca i rzeki ustawiamy się tak, żeby nasz cień nie padał  na wodę. Przemieszczamy się powoli, patrzymy pod nogi, na wodę i nad wodę. Nawet zimorodek, który sfrunął z gałązki wiszącej nad wodą, informuje nas  o stanowisku pstrąga. Poluje przecież na małe rybki, tyle że z powietrza. Pstrąg też na nie czyha, ale  z wody, musi więc być gdzieś w pobliżu.  Zresztą oczy trzeba mieć dookoła głowy.
 A jak wam idzie rzucanie? Potraficie wetknąć  lekką obrotówkę pod gałęzie wiszące nad wodą na przeciwnym brzegu? Na pewno nie. Ale ta umiejętność  przychodzi z czasem. Zanim wyszedłem na pierwszą wyprawę,  mój nauczyciel kazał mi pięciogramowy gumowy ciężarek rzucać  w domu, gdzie było pełno wazonów, luster, oszklonych obrazów itp. Miałem jednak celować pod krzesło, pod stół, do wiadra z węglem stojącego koło pieca. Już w domu się przekonacie, że kijem długim na 2,7 m trudno gdziekolwiek trafić, a przy tym o wszystko się zahacza. Właśnie dlatego polecam wędzisko o długości 2,1 metra z akcją szczytową, ciężarem wyrzutowym 2-15 gramów i lekko się pod obciążeniem uginającym dolnikiem. W tym przypadku zapomnijcie o kupowaniu przez internet.
Kołowrotek ani mały, ani duży, tylko taki, który wyważa kij. Znaczy to, że jego środek ciężkości winien się znajdować parę centymetrów  nad kołowrotkiem.
Żyłka od 0,18 do 0,22 mm (ja używam 0,20), ale   nie z hipermarketu po 5 zł za 200 metrów. Od wielu lat jakość trzyma Stroft,  ostatnio rewelacyjny jest Owner. Lepiej wydać parę groszy więcej, bo za to później mniej będzie kłopotów  nad wodą i mniej przynęt się straci.
O przynętach można w nieskończoność, tyle ich jest i taka różnorodność. Ale na początek nie polecam za dużo. Do łowienia pod prąd rzeki wystarczy obrotówka Aglia, najlepiej  nr 2, ale warto też mieć w pudełku kilka blaszek nr 3. Jedne i drugie w kolorze  matowego srebra lub matowej miedzi. Może też być srebro w czerwone kropki.
Niestety, obrotówki, nawet te z najlepszych firm, mają pewne wady i trzeba je tuningować, czyli przerabiać po to, żeby skrzydełka kręciły się natychmiast po dotknięciu wody. Trzeba więc całą błystkę rozebrać i wygładzić wszystkie części, które się obracają. Najpierw delikatnie przetrzeć ich powierzchnie bardzo drobnym pilnikiem, później papierem ściernym, a na końcu wypolerować na grubym i twardym filcu. Radzę też wymienić blaszane strzemiączka. Lepsze są z drutu, ze  spłaszczonymi końcówkami. W swoich obrotówkach wymieniam również kotwiczki.  Oryginalne są zwykle o numer lub  dwa za duże. Do Aglii nr 2  używam kotwic nr 6. Aglie nr 3 są przez producenta uzbrojone w kotwice nr 4, a moim zdaniem najlepszy do nich jest nr 5. Niestety ten rozmiar trudno  kupić. Rozebraną obrotówkę trzeba później złożyć. Potrzebny więc będzie nierdzewny drut,  najlepiej dentystyczny.
Do przynęt przeznaczonych do łowienia z prądem dołączam najmniejsze woblery Shad Rap Rapali. Kolorystyka: okoń na dni słoneczne,  srebrnoniebieski na pochmurne.
Tyle przynęt na początek wystarczy (o łowieniu z prądem pomówimy za chwilę). Żeby jednak były skuteczne, należy się wyzbyć strachu. Jeżeli będziecie prowadzić przynętę odrobinę za szybko w obawie, że się urwie na zaczepie, to cała zabawa straci  sens.
Zasada jest taka: przynętę należy, w stosunku do szybkości nurtu, prowadzić jak najwolniej, byle się kręciło skrzydełko, byle Shad Rap zapracował ogonkiem. Bo chodzi o to, żeby   pstrąg mógł przynętę jak najdłużej obserwować.
Chyba każdy wie, w jakim miejscu mogą się chować małe rybki. Zanim jednak rzucicie tam przynętę, odczekajcie z zegarkiem w ręku przynajmniej minutę. Cel tego jest dwojaki. Po pierwsze każde zajmowanie nowego stanowiska wywołuje nerwowość, a ta minuta pozwoli wam się uspokoić. Po drugie chodzi o to, żeby nieuniknionego przy tym hałasu, choćby najmniejszego, ryba nie kojarzyła z pluskiem wpadającej do wody przynęty.
Często już po pierwszym rzucie pstrąg atakuje, ale czasem tylko się pokaże. Wtedy mamy dwie możliwości. Albo będziemy przez pół godziny rzucać w to samo miejsce,  albo stąd odejdziemy, wrócimy po półgodzinie i zaczniemy rzucać od nowa. Od nas też zależy, czy będziemy przeciągali obrotówkę przez najgłębsze miejsca, czy po rzucie położymy ją na dnie w bezruchu i po długiej chwili raptownie poderwiemy. Wtedy znowu może być dwojako: albo złapiemy rybę, albo zaczep.
Przy łowieniu pstrągów  mamy wyjątkową możliwość stosowania różnych taktyk. I właśnie dlatego należy dokładnie zapamiętywać każde obławiane i pachnące rybą miejsce. Nie zawsze przecież sukces przyjdzie już za pierwszym razem. Podczas kolejnych wypraw będziemy rzucać w to samo miejsce, ale z innej pozycji, inną przynętą, w innym ją poprowadzimy tempie. Pstrągów nie ma wiele,  dlatego jest ważne, żeby podać im przynętę  tak, jak przed nami nikt tego nie robił.
Teraz trochę o pogodzie. Zwykle na ryby wybieramy  się nie wtedy, gdy jest odpowiednia pogoda, lecz kiedy mamy na to czas. Ale warto wiedzieć, że na pstrągi dobre jest stałe od  kilku dni ciśnienie, pełne zachmurzenie, a jeszcze do tego drobny, przelotny deszczyk.  Jeszcze lepsze są ostatnie godziny przed przejściem frontu atmosferycznego, zwłaszcza latem. Człowiek staje się wtedy senny. Ale uważajcie, bo chwila drzemki na nadbrzeżnej łące może się skończyć tym, że prześpicie najlepsze brania w życiu. A tak w ogóle to na pstrągi nie ma złej pogody. Nawet gdy nie biorą,  to znowu poznamy jakiś kawałek rzeki, innym okiem popatrzymy na znane wcześniej fragmenty nurtu.
Pstrągarzowi zawsze jest dobrze, nawet w styczniu,  lutym i marcu, kiedy woda jest bardzo zimna. Pstrągi są wtedy  wyjątkowo niemrawe i najlepiej je łowić schodząc z prądem rzeki. Używamy tego samego kija,  kołowrotka, żyłki i nawet tych samych obrotówek. Tylko woblery trzeba zmienić. Muszą mieć węższe stery. Niezłe są hornety Salmo, ostatnio świetnie się spisują feroksy Jaxona, dobre są również Original Rapala.
Kiedy woda jest zimna, łowimy tam,  gdzie nurt jest wolny i spokojny. Pisząc o łowieniu pod prąd zalecałem, by przemieszczać się powoli. Teraz powinniście się poruszać niewiele szybciej niż rosnące nad wodą drzewa. Kilometr na cały dzień wystarczy. Nawet pięćset metrów. Musimy przy tym korzystać z każdej osłony, żeby nas ryby nie zobaczyły. O tej porze roku odcinki łąkowe są dobre tylko dla tych, którzy lubią się do brzegu czołgać i zaczynają od miejsca, z którego nie widzą wody.
Sama zaś taktyka łowienia jest bardzo prosta. Spuszczamy wobler  z prądem, potem  podciągamy do siebie i cały czas nim gramy: poszarpujmy szczytówką,   zatrzymujemy, po  chwili  znów puszczamy itd. Możemy też rzucać pod drugi brzeg i sprowadzać przynętę po łuku albo lekko pod prąd. Ściągać zaczynamy dopiero wtedy, gdy z powierzchni wody znikną koła, które  powstały po wrzuceniu woblera. Można też   położyć go pod nogami i spuścić  z nurtem ile się tylko da, a później grać nim podczas   podciągania.
Jakie to wszystko proste, prawda?


ASY - TAJEMNICE PRZYNĘT PSTRĄGOWYCH


Na pstrągi są przynęty dobre i bardzo dobre. Złych nie ma bo na każdą można jakąś rybę złowić.
Znawcy polecają jakieś konkretne przynęty. Należy ich rad słuchać w myśl zasady, żeby nauka w las nie poszła. Od przynęt, którymi radzą łowić, najkrótsza jest droga do znalezienia jeszcze lepszych. Ale jest jeszcze wiele przynęt o których mało kto wspomina. To ASY.


Wśród seryjnie produkowanych przynęt ASY  prawie się nie zdarzają. Wszystkie są rękodzielnictwem. Powstawały  długo, czasami przez wiele lat. Po każdej wyprawie poprawiane i udoskonalane tak, że ich twórcy osiągnęli coś o czym można powiedzieć: ryby je lubią.
Najczęściej nie mają „handlowego” wyglądu, a rady, których udzielają kupującym lub obdarowywanym ich twórcy zupełnie do tych przynęt zniechęcają. Mówią: mają być brudnoszare, zapyziałe i łów nimi bardzo wolno prowadząc.
Co do koloru można się zgodzić, ale porada, „prowadź bardzo wolno” trzyma się tylko do pierwszego złowionego pstrąga. Tak już bowiem jest w naszej wędkarskiej naturze, że gdy na jakąś przynętę złowimy rybę zaczynamy o tą przynętę dbać. Nie łowimy nią w czepach, nad miejscami w których się spodziewamy zawad przeciągamy ją szybko, jednym słowem robimy wszystko by drugiej ryby nie złowić. To jednak dygresja bo zasadniczy temat to ASY.
Każdy AS ma swoją historię, oczywiście również swojego twórcę. Opowiem o trzech przynętach, pewniaków nad pewniakami na pstrągowych wyprawach.

Błystki wahadłowe Zbigniewa Dudy z Zamościa.
Zbyszek, ręcznie klepie wahadłówki różnej wielkości. Pstrągowe doświadczenia zdobywał na rzekach Roztocza. Wypracował kilka modeli wahadłówek, trzy i czterocentymetrowych. Teraz, kiedy presja na te łowiska bardzo wzrosła, łowi również wahadłówkami, ale większymi, dostosowanymi do innych technik  prowadzenia.
Okazuje się bowiem, że nie tylko okonie i sandacze biorą w opadzie i wyraźnie reagują na kolor przynęty, tak zachowują się również pstrągi potokowe. Zaczął więc klepać pięciocentymetrowe i większe wahadłówki zdobiąc je różnymi wzorami. Taką wahadłówkę naprowadza się nad domniemane stanowisko pstrąga i puszcza w swobodny opad na napiętej żyłce.
Ceny jakie osiągają te wahadłówki to 25 do 30 zł.

Królewska wahadłówka.
O twórcy tych wahadłówek wiem tyle, że pochodzi ze Starachowic. To bardzo bardzo bardzo łowne przynęty. Większa, ta długości zapałki, na nią połakomi się każda ryba. Mniejsza, słów brakuje by opisać jej łowność. Mogę tyle o niej powiedzieć, że bez względu na panujący mróz i temperaturę wody zbliżoną do zera
rozebrałbym się i wchodził do rzeki by uwolnić tą błystkę z zaczepu. Jej twórca wybijał na nie znak korony. Wiedział co robi.
Nie słyszałem, żeby tymi wahadłówkami, w ostatnich latach, ktokolwiek handlował.

Buczkówka.
Twórcą tej obrotówki był wrocławianin p. Buczek. Osobiście go nie znałem, ale wiele powiedzieli mi o nim jego koledzy, świetni wędkarze pp. Ryszard Gawron i Kostek Doroszewski.
P. Buczek był technikiem dentystycznym i z materiałów, z jakimi miał na co dzień do czynienia, wykonał formy do wyklepywania skrzydełek do błystek obrotowych. Z blachy należało wyciąć skrzydełko, które pasowało do formy, następnie wyklepywało się młotkiem, po wcześniejszym nałożeniu stempla.
Poznałem dwa skrzydełka p. Buczka: Karbowaniec i Motylek. Karbowaniec „działa” na szczupaki. Motylkowi nie mogą się oprzeć pstrągi potokowe.
Motylki robione są w różnych konfiguracjach. Takie samo skrzydełko „nosi” korpusy w różnej wadze. Od łowiącego zależy jak wykonaną obrotówkę zastosuje na konkretnym łowisku. Motylki z ciężkimi korpusami są do łowienia pod prąd i w poprzek nurtu. Z lekkimi korpusami do ściągania z prądem rzeki. Prowadzone w pół wody lub blisko powierzchni wykazują się bardzo dużą łownością.
Dzisiaj te obrotówki są prawie nie do kupienia, a jeżeli to osiągają zawrotne ceny: 15 – 20 zł.





Data publikacji: 04-02-2012    Kategoria: PORADNIK JUNIORA


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj