STAW GOSZCZANOWSKI



Staw Goszczanowski wziął  nazwę od pobliskiej wsi. Jest w niej  zapora, a w zasadzie mnich piętrzący jego wody. Od zapory ciągnie się długi na kilka kilometrów wąski akwen otoczony lasem. Jego powierzchnia  wynosi  blisko 40 hektarów. Staw powstał przed wojną. Wtedy i jeszcze długo po wojnie hodowano w nim  karpie. W czasach socjalizmu był bardzo dobrze pilnowany, mogli z niego korzystać tylko uprzywilejowani  wędkarze. Obecnie jest w gestii gorzowskiego PZW. Nadal się go  dobrze pilnuje. Niestety, ten piękny zbiornik jest  zarybiany amurami, ale trafiło do niego również sporo szczupaków.






Do goszczanowskiego stawu nie dopływa żadna struga,  zasilają go  jedynie  źródliska i podwodne przesiąki. W wielu miejscach wznoszą się nad nim wysokie piaszczyste skarpy porośnięte  sosnami  i świerkami. Blisko wody rosną  drzewa liściaste. Brzegi miejscami są podmokłe, jednak w większości twarde, więc dostęp do wody jest łatwy.
Nad zbiornik wybrałem się  z wędkarzami ze Skwierzyny, których poznałem podczas plażowego wędkowania w Kołobrzegu. W stawie łowią od wielu lat,  przeważnie na spining, ale siadają również za karpiami i mają zaliczonych kilka ładnych okazów.
 

Staw koło Goszczanowa to dla wędkarzy bardzo trudne łowisko. Jest płytki, a  całe dno pokrywa  roślinność zanurzona. Były tam także kolonie kapelonów, ale amury  szybko się z nimi rozprawiły. W bardzo wielu miejscach leżą w wodzie przewrócone drzewa.  Niektóre jeszcze z liśćmi, z innych  pozostały jedynie konary.
Przyjezdnych wędkarzy przyciągają nad staw  szczupaki i okonie. Dużo jest zwłaszcza  okoni, nie są jednak zbyt wielkie. Dwudziestak uchodzi tu za  dobrą zdobycz, chociaż trafiają się większe. Wśród szczupaków przeważają sztuki nieprzekraczające 50 cm,  dużo jest też niewymiarowych (pochodzą z ostatnich zarybień). Żeby złowić szczupaka o wadze dwóch – trzech kilogramów, bo i takich jest sporo, trzeba trafić na  okres dobrego żerowania. Tutaj bowiem małego szczupaka łatwo nakłonić, by  uderzył w sztuczną przynętę. Kto ma ochotę na   dużego, musi wyśledzić, gdzie on przebywa,  i łowić go wtedy, gdy się wynurza z kryjówki.
Woda w stawie jest  przejrzysta. Wprawdzie latem  robi się trochę mętna, bo kwitnie. Trwa to krótko i nawet wtedy  widać podwodną roślinność, jednak wzrok nie dociera  na tyle głęboko, żeby dobrze ocenić łowisko. Dlatego do  Goszczanowa najlepiej trafić wtedy, kiedy świeci słońce. Wówczas światło  przebija wodę i widać wyraźnie, jak wyglądają podwodne ogrody.
Swoim przekrojem staw  przypomina rynnę, przy brzegach jest płytko,  na środku głęboko. Ale nie wszędzie. Moi przewodnicy zaraz po zwodowaniu łodzi udali się w znane sobie miejsce, gdzie – wedle ich zapewnień - szczupaki są zawsze,  bo jest tam trochę głębiej. Rzeczywiście,  było głębiej, ale nieznacznie, a podwodna roślinność układała się  wzdłuż brzegu i tworzyła  jakby  tarasy. Nie rosła też  tak gęsto jak gdzie indziej. Zgodnie z zapowiedzią  złowiliśmy tam  kilka szczupaków i kilkadziesiąt drobnych okoni.

 

Według zapewnień moich przewodników, w stawie takich miejsc jest o wiele więcej. Dobrze się w nich łowi przynętami tradycyjnymi.  Oni mieli na wędkach kopyta marki Mikado. Biała guma z czarnym grzbietem długa na pięć centymetrów  była  założona na pięciogramową główkę. Ponoć tutaj ta przynęta jest nie do pobicia. Ja jednak  moje trzy szczupaki złowiłem na kalifornię pleksi z niebieskim brokatem, nadzianą na dziesięciogramowy dżig typu narta. Niestety, każdemu z nich brakowało po parę centymetrów do wymiaru.  Dla zachęty powiedziano mi, że padł tu szczupak bez mała dziesięciokilowy, łowi się też sporo piątek i siódemek
Gdybym jednak kogokolwiek zachęcał do odwiedzenia tego łowiska,  to nie po to, żeby sobie  nałowił dużych ryb, ale po to, żeby eksperymentować z przynętami powierzchniowymi. Tutejsze okonie i szczupaki najczęściej biorą na  te sztuczne przynęty, które są wolno prowadzone i później  puszczane w opad. Wyskakują do nich z zielska. Dlatego tak dobrze  łowi się je tam, gdzie nad roślinami jest chociaż metr wody. Ale takich miejsc jest niewiele,  przeważnie  ta warstwa ma zaledwie pół metra, a nawet jeszcze mniej. Tam również żyją
drapieżniki, co więcej, żyją dobrze, bo nikt nie zakłóca ich spokoju. Niewielu bowiem z nas ma przynęty i umiejętności odpowiednie do tego, żeby również w takim łowisku dać sobie z rybami radę.
Dlatego powiem krótko: chcesz  sprawdzić skuteczność przynęt powierzchniowych, wybierz się do Goszczanowa.
Wiesław Dębicki


Data publikacji: 18-02-2012    Kategoria: ŁOWISKO


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj