SPININGOWANIE Z PLAŻY

IMAGEMorskie wędkowanie musi być bezpieczne i wygodne, lecz także przyjemne. Wszystko to zależy  od wielu czynników, ale  wśród nich na pierwszym miejscu jest...  plecak!



Na polskim Wybrzeżu mało jest takich miejsc, gdzie do  plaży można dojechać  samochodem. Gdyby nawet były, to przecież, aby spiningować w morzu, trzeba wejść po pas do wody. Jeszcze przedtem należy przenieść z auta i zabrać niezbędny ekwipunek. Najwygodniej wsadzić wszystko  do plecaka. IMAGE

Wtedy jednak rodzi się problem: zostawić plecak na brzegu i potem  co chwilę zerkać za siebie, czy też cały czas nosić go na plecach?

Niestety,  większość plecaków nie pozwala na taki wybór.  Kiedy bowiem woda sięga nam powyżej bioder, to plecak przemaka. Byłem w wielu wędkarskich sklepach, ale znalazłem tylko jeden plecak (marka: Salix Alba), z którym można  brodzić  w morzu. Niewielki jest, ale wystarczający. Główna komora mieści kołowrotek, szpule, adidasy, zapasowe skarpety, nawet cienką kurtkę. Boczne kieszenie są głębokie, więc nawet podczas głębokiego skłonu nic z nich nie wypadnie. Można bez ryzyka włożyć  do nich  dokumenty,  pudełka z przynętami,  również aparat fotograficzny. Co najważniejsze – szelki są  przyszyte w taki sposób i w takim miejscu, że trzymają plecak wysoko, przy karku. Dzięki temu nawet gdy  wejdziemy do dość głębokiej wody, to plecaka nie zamoczymy.

IMAGETaki plecak, o jakim tu mowa, zapewnia nam spokój i swobodę. Nie obawiamy się o pozostawiony na plaży dobytek, bo mamy go przy sobie.  Możemy łowić  tu i  tam nie wychodząc z wody.

Są wprawdzie takie łowiska, na przykład  ujścia kanałów lub małych rzeczek i strumieni,  przy których można się kręcić cały dzień. Ale także wtedy  nie stoi się w jednym miejscu,  tylko chodzi daleko  w jedną lub  drugą stronę obławiając metr po metrze. W innych miejscach  też co kilka rzutów przechodzimy parę kroków w bok i nawet się nie spostrzeżemy,  kiedy w ten sposób pokonamy parę kilometrów. Dlatego w plecaku powinniśmy mieć zapasowe obuwie. Nie ma sensu wracać brzegiem w spodniobutach. Po skończonym łowieniu ściągamy je i wracamy plażą.


Rzeczy niezbędne

W zimie, kiedy woda w morzu ma temperaturę około czterech stopni Celsjusza,  wytrzymamy w niej mniej więcej trzy godziny, najwytrwalsi łowią cztery godziny.  Potrzebny więc będzie termos i kanapki. To też wejdzie do plecaka Salix Alba. Latem  termos zastąpimy butelkami z wodą mineralną.

Wszystkie rzeczy,  które będziemy przenosili w plecaku (oprócz termosu i butelki z wodą), radzę włożyć do foliowego worka, najlepiej strunowego. Struny  zaciągamy tak, żeby w worku  pozostało powietrze. W razie czego trudniej się do niego dostanie woda, a sam worek będzie po prostu  wyporną poduszką. Kilka takich w plecaku niby nic, a wyporność spora i nasze bezpieczeństwo pewniejsze.


Przynęty
IMAGE

Kieszeń w spodniobutach umiejscowiona na wysokości piersi oraz dwie kieszenie w kamizelce powinny  pomieścić  wszystkie potrzebne przynęty. Wbrew pozorom przy spiningowaniu z plaży urywa się ich sporo, ale trzy pudełka wystarczą.  W jednym wahadłówki,  w drugim sbirulino i sztuczne muszki, w trzecim bezsterowce. Im mniej przynęt, tym większy komfort wędkowania, więc ta ilość to aż nadto.


 

IMAGEPodczas łowienia troci – bo to jest dzisiaj główny cel naszych plażowych wypraw - techniki połowu, przynęty i sposoby ich prowadzenia są przeróżne. Nie da się powiedzieć, że któraś z nich jest najlepsza.  Wiemy jedynie,  na jakie ryby trocie polują. Okresowo na śledzie i  szproty, które na przykład w maju są bardzo blisko brzegu. Śledzie są tam  również w środku lata, kiedy woda jest ciepła, ale tylko w tych miejscach,  gdzie  do morza uchodzą rzeki i  kanały z jezior. Do morza spłynął nimi narybek. Głównie leszczy, które w maju wycierały się w słodkiej wodzie. Teraz i  aż do końca sierpnia obżerają się nim  ławice śledzi, za nimi podążają  trocie. Dlaczego tylko do końca sierpnia? Tego z naukowych źródeł dowiedzieć się nie można.

Na środkowym Wybrzeżu rozmawiałem z wędkarzami, którzy łowią  tam, gdzie do Bałtyku uchodzą kanały z jezior Bukowo i Kopań. Ich zdaniem w strefie przybrzeżnej trocie polują na pewno na śledzie i na pewno na tubisy, a one są przy plaży przez cały rok. Zapewne zjadają także inne ryby, jest tam przecież dużo płoci i okoni, a także małych rybek, odżywiających się garnelami. Rybki, na które poluje troć, są raczej długie i na pewno się srebrzą, takie więc powinny też być trociowe przynęty.

Poglądy moich rozmówców są zgodne z praktyką. Podstawową bowiem przynętą na morskie trocie są wahadłówki, najlepiej wąskie i z jakąś kombinacją kolorystyczną. Powłoka z chromu lub niklu i dopiero ten błyszczący metal ma być pokryty farbą lub okleiną przypominającą rybie łuski.

W łowieniu morskich troci  nie mamy jeszcze takiego doświadczenia jak Duńczycy, Niemcy lub Szwedzi, może więc warto to i owo u nich podpatrzyć, choćby pewną ciekawostkę. Otóż ci bardziej od nas doświadczeni sąsiedzi znad Bałtyku  kolory i rozmiary swoich  przynęt dobierają stosownie do  pory roku. Przynęty wiosenne są białe i srebrne, letnie – żółte i zielone z dużym dodatkiem czerwieni. Jesienią łowią na przynęty w kolorach stonowanych, sporo w nich szarości  i jasnego brązu. Przynęty zimowe mają barwy ziemi, są czarne,  ciemnoszare i ciemnobrązowe. IMAGE

Wiosną  i zimą łowią dużymi przynętami. Na przykład sztuczna mucha wykonana z piór marabuta ma wiosną siedem  centymetrów, latem  tylko trzy. Podobnie z wahadłówkami - jedenaście centymetrów na zimę, na lato dziewięć, a nawet siedem. Im woda cieplejsza,  tym przynęty mniejsze. Zasada ta dotyczy sztucznych muszek, woblerów, wahadłówek i wszelkich  innych przynęt.


Uruchomienie kija

Żeby skutecznie łowić  trocie z brzegu, trzeba mieć sprzęt dobrej jakości i do tego zadania przystosowany. Liczy się  oczywiście wszystko, ale  najważniejszy jest kij. Przynętę trzeba bowiem zarzucać  jak najdalej. Im dalej,  tym złowienie troci pewniejsze. Trudno niestety orzec,  jaki ten kij   powinien być,  nie ma bowiem wspólnego mianownika, gdy chodzi o  ciężar wyrzutu. W USA na kijach spiningowych podany jest ciężar przynęty,  przy  jakim się on najlepiej spisuje. Europejscy producenci te ciężary podają jeden od Sasa, drugi do lasa. Dla przykładu: europejski kij z 60-gramowym ciężarem wyrzutu ma sztywność i dynamikę mniejszą od uncjowego kija z USA (uncja = 28 g). Więc o kijach najlepiej  powiedzieć tak: długość minimum 2,7 m, a rzeczywisty ciężar wyrzutu  taki, żeby kij się uruchomił. Znaczy to,  że podczas wymachu z ciężarem 30 g powinien się na całej długości blanku wygiąć tak,  by było w nim czuć katapultę. Takim blankiem spokojnie wyrzucimy błystkę ważącą około 10 g i 50-gramowe sbirulino. Do wymachu nie należy się jednak przykładać zbyt mocno,  żeby kij nam nie pękł.

O opinię w sprawie kija zwróciliśmy się do Janusza Paprzyckiego, wielokrotnego mistrza świata w wędkarstwie rzutowym. - Osoba stojąca po biodra w wodzie – twierdzi mistrz - powinna mieć wędzisko o IMAGEdługości  od 3,0 do 3,6 m,  szczegóły  zależą od jej cech fizycznych. W tak zwanych kijach dwuręcznych dolniki powinny być długie, ale nie aż tak, by utrudniały połów i hol. Tu znowu w grę wchodzą fizyczne warunki wędkarza: jego wzrost, długość ramienia i przedramienia. Kije więc należy dobierać “do siebie”, to znaczy tak, żeby pod każdym względem pasowały do wędkarza, który będzie się nimi posługiwał. Należy przy tym uwzględniać rozmaite sytuacje ekstremalne, takie na przykład, że  trzeba będzie rzucać bardzo daleko lub zacinać na dużych odległościach. Gdybym to ja miał kupować kij, wybrałbym  taki, który ma szczytową akcję,  niewielką średnicę blanku i sztywny dolnik.


 

Duży wpływ na odległość rzutów ma również kołowrotek. Wcale nie musi to  być wyrób  markowy. Dobry jest każdy kołowrotek, który dokładnie i równo układa linkę zwój po zwoju.
Podczas wędkowania w morzu  kołowrotek nie uniknie porcji słonej wody. Nie ma też sposobu,  by uchronić przed korozją jego mechanizmy, obudowę i szpule. Mamy więc do wyboru: albo kupić kołowrotek,  który ma zabezpieczenia przed solą (jest  bardzo drogi), albo posługiwać się kołowrotkiem tanim wiedząc z góry, że wystarczy nam na sezon,  góra dwa.
Kołowrotka dotyczy też problem skręcania żyłki. Znawcy mechaniki twierdzą, że przyczyną tej dolegliwości jest  źle dobrana średnica szpuli w stosunku do średnicy rolki na kabłąku, a także nieodpowiedni  skok szpuli podczas nawijania. Kołowrotki o szpuli stałej z zasady skręcają nawijaną linkę, ale jedne robią to w większym, inne w mniejszym stopniu. Najlepiej wiedzą o tym spiningiści łowiący bolenie, którzy przecież nie tylko daleko rzucają, ale też używają cienkich żyłek. Motek często wystarcza im na pół dnia wędkowania. Idąc więc na plażę łowić  trocie, też  warto zabrać zapasowe motki,  bo nigdy nic nie wiadomo.
IMAGE
Plecionka czy żyłka
Tu nie ma wątpliwości i poszukiwań. Większość doświadczonych   wędkarzy odpowiada, że tylko żyłka. Używają żyłek o średnicy od 0,28 do 0,35 mm, a ci, którzy mieli do czynienia z żyłką koniczną przeznaczoną na słoną wodę, bardzo ją sobie chwalą. Koniczna żyłka Dega zaczyna się od średnicy 0,30 lub 0,35 mm i płynnie przechodzi do 0,22 mm. Motek  zawierający 150 m kosztuje około 24 zł. Argument za żyłką w ogóle jest jeden: w przeciwieństwie do plecionek żyłka schodzi łatwo ze szpuli i rzuty są wyraźnie dłuższe. Sprawa zacinania i rozciągliwości żyłki jakby nie istnieje,  bo przynęta wisi  zawsze na mocno napiętej żyłce i ryba sama się docina.

Z Mirkiem Mołstoniem z Inowrocławia łowiłem w ujściu Czerwonki,  z Wiesławem Łabendą z Łupawy przy przekopie z jeziora Kopań do morza, z Jurkiem Duchem  z Lęborka, Wiesławem Łabendą w Dębkach i Jastrzębiej Górze.


IMAGE

Ujście rzeczki Czerwonki (na wschód od Ustronia Morskiego) jest znanym łowiskiem troci, ale również innych IMAGEryb. Miejscowi zjawiają się tam  w czasie, kiedy belony są blisko brzegu, i łowią je na spining. Na leszcze, węgorze, płocie i okonie chodzą na molo w Ustroniu.

Na tym łowisku jestem z Mirkiem Mołstoniem, który pierwszy raz bierze się do spiningowania w morzu.

IMAGEBałtyk w pełnej gladzie, powierzchnię ma jak lustro. Woda jest przejrzysta, warunki bardzo sprzyjające. Spotykamy miejscowego wędkarza z Ustronia, Artura Łakomka. Wybrał się na belony. Mówi, że wczoraj i przedwczoraj jakiś wędkarz z Kołobrzegu złowił trocie. Jedna z nich miała blisko pięć kilogramów.

Łowimy, rozmawiamy, nic się nie dzieje, ale  do czasu. Jest początek maja. Woda ma niewiele nad pięć stopni, jest więc zbyt  zimna nawet dla troci, a belony stają się  aktywne dopiero wtedy, kiedy temperatura wody osiągnie osiem - dziewięć stopni. Ale są przy brzegu, nawet  zaczynają odprowadzać nasze wahadłówki. Artur ma belonę na kiju, chwilę po nim pierwszą w życiu belonę zapina Mirek. Zdumiewa go, że jest tak waleczna. Komentuje każdy jej wyskok ponad powierzchnię, każdy zryw, który i my słyszymy, bo tak głośno gra jego kołowrotek.

- Nie ma nawet kilograma – mówi Mirek, trzymając już belonę w ręce – a wyprawia harce jak pięciokilowy szczupak. Nigdy bym się nie spodziewał takiej siły w rybie, która przypomina węgorza. Holowałem ją z pełnego wyrzutu,  chyba z pięćdziesięciu metrów,  i cały czas była taka silna. Niesamowite przeżycie!

Każdy z nas ma po belonie, ale o więcej trudno. Po niektórych rzutach idzie ich za blachą kilka lub  kilkanaście. Piękny widok  smukłych, błyskających srebrem wężowatych ryb. Co chwilę któraś z nich zwija się  nerwowym zrywem w literę S, by nagle  się wyprostować i jak błyskawica strzelić w wahadłówkę.

Pukają, stukają, ale na kotwiczkę wejść nie chcą. Zresztą nie one są naszym celem. W bankowe miejsce wybraliśmy się na trocie. Jak się okazało, moi dzisiejsi partnerzy przyjeżdżają tu  od wielu lat. Dlaczego wcześniej nie chwalili się tym odkryciem? Odpowiadają, że nie ma czym, ale ja wiem swoje. Milczeli, bo  nie chcieli, żeby ich inni wędkarze zadeptali.IMAGE


 

Na plaży, jak w każdym innym  łowisku, są dla ryb miejsca lepsze i gorsze. Dobre jest każde ujście rzeczki i strumienia, jak w przypadku  Czerwonki, ale wcale nie dlatego, że jest tam więcej ryb, tylko że łatwo takie miejsce namierzyć. Kiedy trocie ciągną na tarło, w ujściach jest ich najwięcej, ale poza tym okresem przebywają na całej długości naszego Wybrzeża i jak  się dowiaduję,  są rozłożone równomiernie.

“Świetne łowisko znajduje się  kilometr na zachód od latarni w Stilo. Zachęcam, bo całkiem niedawno złowiono tam  dużo troci”.  Albo:  “Na ostatnim wiatraku (plaża w Darłówku) trzymają się tęczaki. Wiem, bo tydzień temu je tam łowiłem.” Gdyby ktoś komuś z czystej życzliwości takie informacje przekazywał,  prawdopodobnie wprowadzałby swego rozmówcę w błąd. Ujścia rzek, kanałów, przekopy – tak, te miejsca są zawsze pewne. Nie najlepsze,  bo oblegane przez wędkarzy, ale właśnie pewne. Inne łowiska, przy otwartych plażach, trzeba ciągle namierzać. Jeżeli nawet ryby tam były, to nigdy nie ma pewności,  czy są tam jeszcze i jak długo pozostaną. Bierze się to stąd, że prądy morskie,  przy plażach  bardzo silne, stale zmieniają dno. Dobrze to  wiedzą wędkarze łowiący metodą gruntową. Czasami po sztormie muszą od nowa szukać takiej partii dna, na której nie ma piasku.

IMAGEJasny pas widziany pod powierzchnią to refka, pas ciemny to rów, z którego prąd wody wybrał piasek i   odsłonił  żwir, kamienie albo iły. To właśnie wzdłuż ciemnych, głębszych partii dna wędrują  ryby w poszukiwaniu pożywienia. Tam żyją  garnele, do nich lgną leszcze, płocie, okonie, tubisy, także śledzie i flądry.  Trocie  być może również napychają się garnelami, ale głównie polują na śledzie i tubisy.

Jak więc szukać dobrych łowisk? Przede wszystkim zasięgać języka. Gdy informatorzy zawodzą, zamienić się w plażowego  trapera.  Najpierw ocenić morze  z wysokości wydm i  wybrać taką jego  partię,  gdzie są co najmniej dwie refki (lepiej, żeby były trzy). Potem  wejść do morza tak daleko, aż woda sięgnie  do  bioder. Następnie zrobić  krok w bok, jeszcze jeden krok w bok i kolejny. Cały czas rzucać jak najdalej i powoli się przesuwać.IMAGE


Jeszcze raz o przynętach i trochę o technice łowienia

Można kupić wahadłówki, które mają ten sam rozmiar, ale różną wagę. Wahadłówka, powiedzmy 9-centymetrowa,  jest wykonana z blachy o grubości trzech, czterech, a  nawet pięciu milimetrów. Ważą  odpowiednio  12, 18 i 24 g.  Nad wodą przydadzą się wszystkie. Ciężką wahadłówkę dorzucimy najdalej, będziemy też mogli nią dżigować. Lekką można prowadzić w niezbyt szybkim tempie tuż pod powierzchnią.

Jak prowadzić przynętę, by skutek był najlepszy? Na pierwszym miejscu umieściłbym następujący  sposób: Jak najdalszy rzut i prowadzenie przynęty tuż pod powierzchnią w  niemal  boleniowym tempie.

Na drugim: Rzucić jak najdalej i na dystansie  piętnastu - dwudziestu metrów szybko prowadzić  przynętę pod powierzchnią, potem przestać ściągać, by opadała na napiętej żyłce i cały czas migotała  jak przetrącony tonący śledź.

IMAGENa trzecim miejscu stawiam schody. Gdy błystka dotyka powierzchni, ciągniemy ją kilka metrów, potem pozwalamy jej tonąć na napiętej żyłce. Kiedy dotrze do połowy głębokości, zaczynamy  ją ściągać. Wtedy błystka podnosi się  do powierzchni. Znowu przestajemy ściągać i pozwalamy jej opadać na napiętej żyłce. Powtarzamy to tak długo, aż błystka dotrze nam  pod nogi.

Istnieje ścisły związek między sposobem  prowadzenia i właściwościami przynęty. Jeżeli chcemy prowadzić szybko (sposób pierwszy), musimy mieć błystkę długą, wąską, w miarę prostą,  by jak najmniej rzucało nią na boki, bo to ryby płoszy.  Im wolniej chcemy  prowadzić,  tym wahadłówka powinna być lżejsza i bardziej powyginana – ta zasada obowiązuje nie tylko na jeziorach. I nie chodzi tylko o  wahadłówki, również  inne przynęty trzeba prowadzić zgodnie z ich właściwościami. Woblerów bezsterowych użyjemy do łowienia przy powierzchni, a tych, które mają  ster i  mocną akcję ogonową - do łowienia w toni i przy dnie.

Do spiningowania  w morzu  używa się również sztucznych muszek. W tym jednak przypadku nie są one samoistną przynętą, jak w klasycznej metodzie muchowej, lecz tylko dekoracją lekkich dżigów. IMAGE

W łowisko podaje się je przy zastosowaniu sbirulina lub  kawałka stearynowej świeczki (pisaliśmy o tym dwa miesiące temu). W tym przypadku i świeczka, i sbirulino  pełnią funkcję obciążnika, który pozwala lekką przynętę rzucić bardzo daleko.

 Taki dżig z  muszką albo, gdy kto woli,  muszka na dżigu wymaga szczególnego  prowadzenia. Jeden sposób polega na tym, że ściąga się niezbyt szybko i  niemal jednostajnie, wtedy muszka płynie kilkanaście lub kilkadziesiąt  centymetrów (do pół metra) pod powierzchnią. Co jakiś czas robi się krótkie przerwy, żeby zeszła głębiej, potem się ponownie ściąga. Jest też inny sposób prowadzenia muszki. Zestaw się ściąga i co kilkanaście metrów zatrzymuje na kilka minut(!). W tym czasie dżig z muchą buja się pod pływakiem.

Do dżiga wystarcza przypon dwumetrowy, czasami nawet krótszy, ale przy zarzucaniu to i tak spory kłopot. Stoimy przecież po pas w wodzie, więc gdy robimy   wymach, to zestaw  się topi i  później trzeba go wyszarpywać  z wody. Jeszcze większy kłopot sprawia sztuczna muszka typu streamer, która ma niewielkie dociążenie na trzonku haczyka. Żeby ten zestaw był skuteczny, przypon musi być  długi nawet na trzy metry. Z zarzucaniem duży kłopot, ale sbirulino, trzy metry przyponu, powolne prowadzenie i lekkie podszarpywanie to kombinacja bardzo skuteczna.


 

IMAGEDno ciągle się zmienia. Powodują to  sztormy i morskie prądy. Woda bez przerwy coś nanosi lub odwrotnie – odsłania to, co przedtem było przykryte  piaskiem. Na krótko, czasami na dłużej. Z tego, co naniosła, tworzą się małe rafy, przy których natychmiast skupiają się jakieś organizmy. Czasem, gdy morska woda jest  przejrzysta, te rafy dobrze  widzimy i dokładnie  obławiamy. Częściej jednak stoimy przed ogromnym obszarem wody niemal bezradni, pełni wątpliwości,  czy wybraliśmy dobre miejsce, a każdy kolejny pusty rzut wzmacnia wątpliwość i zarazem osłabia nadzieję na złowienie ryby.

Jest na to lekarstwo. Trzeba już w pierwszym rzucie zapiąć troć, a jeżeli się nie uda,  to po każdym następnym rzucie i ściągnięciu przynęty przesunąć się o  krok i rzucić   z nowego miejsca. Zapewne się zdarzy, że gdzieś tam coś błystką szarpnie. Być może  jest to ryba, a może blacha trafiła na  glon unoszący się w wodzie lub zahaczyła o coś na dnie. Tak czy inaczej,  w tym miejscu trzeba rzucić więcej razy.


 

IMAGEW Dębkach, między Karwią i Lubiatowem (nie mylić z Dąbkami blisko Darłowa), są dobre łowiska mało znane spiningistom, ale dobrze rozpracowane przez plażowych gruntowców. Płaska i szeroka plaża, trzy refki, blisko plaży chorągiewki zaznaczające rybackie sieci. Morze jest spokojne. Wchodzimy do wody, łowimy, ale chęci szybko odchodzą, bo jak okiem sięgnąć sieć przy sieci, nawet w dwóch rzędach. Trocie nie są takie głupie, żeby się w nich teraz wieszać. Rybacy dobrze wiedzą, a my od nich,  że kiedy morze spokojne,  połowów nie ma. Dopiero gdy jest fala, ryby są mniej ostrożne, zapewne gorzej wówczas widzą i wpadają w pułapki.IMAGE

Podchodzimy do traktora, który wyciągał rybacką łódź na piasek, teraz zapakowano na niego połów z nocy. Skrzynki, około trzydziestu, przykryte brezentem. Zobaczyliśmy tylko sześć dużych pojemników wypełnionych ikrą dorszy. Rybacy zapytani o trocie odpowiadają: “A kto je tam widział!”.

Jedziemy do Jastrzębiej Góry. To zupełnie inne łowisko. Dużo kamieni i na brzegu, i w morzu, ale w morzu  nie pokrywają  całego dna. Są tam  pojedyncze duże głazy, wszystkie obrośnięte glonami. Od czasu do czasu pod nogami śmigają nam małe rybki. Ale woda jest tak zimna, że ręce wykręca. Po godzinie łowienia zimno odczuwamy także na nogach. Słońce świeci, na brzegu ciepło, więc wychodzimy się ogrzać, potem  znowu łowimy. Trzy tury, każda po godzinie, ale bez kontaktu z rybą.

Następnego dnia  jedziemy na ujście kanału z jeziora Kopań. Mamy dogodny dojazd od wsi Wicie przy wschodnim brzegu jeziora. Choć tu i ówdzie droga mocno zniszczona, osobowym samochodem dojeżdżamy niemal nad samo morze. Spotykamy p. Bogusława Roga ze Sławna. Rodzina wybiera się  na plażę,  on w spodniobutach na trocie. Od wielu lat łowi je w Wieprzy, w morzu od niedawna. Na koncie ma ich już sporo.   Dzisiaj zjawił się nad Kopaniem, bo znajomi mu powiedzieli,  że w ostatnim tygodniu łowiono tu dużo  troci.

Podchodzimy do kanału. Jest przekopany i płynie przezeń woda z jeziora do morza. Widać, że to już końcówka. Za chwilę poziomy się wyrównają, potem przyjdą duże fale i przekop zasypią.


Przekopy

Większość przymorskich jezior ma stałe połączenie z morzem, ale niektóre kanały (Kopań, Bukowo, Jamno) są zasypywane piaskiem niesionym przez sztormowe fale. Latem  nikt się tym nie przejmuje,  bo wpływające do tych jezior rzeki i tak nie są w stanie uzupełnić ubytków spowodowanych parowaniem. Inaczej po zimie. Wody po topniejących śniegach jest dużo, jej poziom w jeziorze się podnosi, pola podmakają,  a nadbrzeżne wsie są zalewane. Wtedy przekopuje się zwały piasku blokujące ujście jeziorowych wód. Tutejsi ludzie tak się nauczyli, że zamiast mówić Jamneński lub Bukowski kanał,  mówią: przekopy.

IMAGEW miejscu, gdzie był  kanał, wystarczy przekopać rowek szeroki na sztychówkę, a wkrótce  woda tak wydrze piasek,  że powstanie rwąca i głęboka rzeka. Białoryb jakby na to czekał. Najpierw pod prąd suną morskie okonie, za nimi leszcze. Spieszą,  by w słodkiej wodzie odbyć tarło. W słodkiej i ciepłej rzece, która wlewa się do Bałtyku, kipi podwodne życie. Trocie też mają tam  swoją rolę do odegrania.

Kiedy się tylko ludzie dowiedzą, że woda z jeziora zaczyna iść na morze, natychmiast się zjeżdżają na trociowe żniwa.

- Trafiliście na końcówkę - mówi Krzysztof Ziniewicz ze Słupska. - W zeszłym tygodniu schodziło się z łowiska z dwoma trociami, a byli i tacy, którzy łowili kilka razy tyle.

Łowimy. Krzysztof wyciąga parokilową troć. Łowi wahadłówką, prowadzi ją szybko pod powierzchnią. Ja mam dwie ryby: okonia, który zszedł mi pod nogami, i jakąś większą rybę, której mocne podwodne pulsowanie wyraźnie czułem na kiju. To nie przypadek, że obie ryby spadły z haka. Łowię pływakiem ze świeczki,  za nim jest dżig udekorowany pęczkiem  białego marabuta i pasemkami mylaru. Na normalną muszkę ryby zapinają się w tak, że haczyk mocno tkwi w tak zwanych nożyczkach. Widocznie w dżiga uderzają inaczej albo też ciężki ołów sprawia, że mogą przynętę  wytrzepać.

Na powierzchni lekko sfalowanej wody widać, że jakieś ryby  żerują. Niestety, są poza zasięgiem rzutu.

Na brzegu jest zniszczony budynek  dawnej strażnicy. Naprzeciw niego pływamy małymi łódkami. Budynek jest dla nas punktem orientacyjnym. Nazywamy go bunkrem, tak zresztą wygląda. Jest  szary i kanciasty, wyłupione z ram okna wyglądają jak strzelnice. Naprzeciw bunkra w zasięgu rzutu leży na dnie wrak stalowego jachtu. IMAGEKilkadziesiąt metrów z boku jest duża podwodna łąka. Właśnie tam  zaciąłem  tę większą rybę.

Krzysztof cały czas łowi w wodzie wylewającej się z jeziora. Jest mętna, ale ciepła, więc można w niej długo stać. Z tego ciepłego dobrodziejstwa zapewne korzystają również ryby. Woda z jeziora ma około dziesięciu stopni, a niewiele dalej, za drugim rzędem pali,  tylko pięć.

Kończymy z zachodem słońca. Lekki wiatr od morza niesie zimno i przenikliwą wilgoć.


 

 Nazajutrz znowu tam przypływamy. Wiatru nie ma, a prąd jest tak słaby, że dno możemy oglądać jak w telewizorze. Wzrokiem szukamy ryb. Nie widać. Wpatrujemy się w  stalowe wręgi zatopionego jachtu. Jest obrośnięty glonami, a otacza go wypłukany rów, który prowadzi do rozległej podwodnej łąki. Na niej co krok leży duży wiśniowobrązowy głaz, są też skupiska  drobnych kamieni. Idealne warunki dla wszelkich ryb.

Zatopiony jacht leży na głębokości czterech metrów, łąka od trzech do  czterech i pół. Do tych miejsc dorzucaliśmy z piaszczystej łachy, na której było  pół metra wody. Teraz dryfujemy i łowimy. Rzucamy wahadłówkami i szybko je ściągamy, ale  ryb nie ma. Odpływamy na siedem metrów. Woda zmienia kolor, dna już nie widać, ale na całej  powierzchni coś się dzieje. Dużo bąbli, oczkowanie, spławy małych rybek... Echosonda nie rejestruje żadnej ryby, ale ekran miga. To znak, że urządzenie widzi jakieś rybki, są jednak za małe, żeby zostawiać ślad na ekranie.

Kiedy po wyłączeniu silnika woda się uspokoiła, słyszymy pluski. Coś chlapie to tu, to tam, coraz więcej tego. Wreszcie zauważamy. To trocie! Nie rzucają się, tylko tuż pod powierzchnią zawijają rogale w ataku na drobnicę. Staramy się jak można i czym tylko można. Bezskutecznie.

IMAGEOd brzegu jesteśmy około trzystu metrów. Cały czas obserwuję ekran echosondy. Nie ma tutaj płaskiego dna, czego  można się było spodziewać patrząc na morze z  brzegu. Różnice w głębokości od pół do metra, jak w dobrym zbiorniku zaporowym. Takie jest dno naprzeciwko bunkra.

Znudzeni ciągłym rzucaniem, szybkim ściąganiem i tym, że trocie mają nas gdzieś, kładziemy lekkie wahadłówki na dnie. Trzymamy je tam przez chwilę, potem chcemy poderwać, ale się nie dają. Teraz następuje to, co zwykle pojawia się w wędkarskich opowieściach: zaczep nagle ożywa. Pierwszy dorsz ma trzy kilogramy. Później są piątki, czwórki i szóstki. Trafiliśmy na stado tubisów. Od dołu biły w nie dorsze, przy powierzchni trocie, a my zdobyliśmy nowe doświadczenie.IMAGE

Wiesław Dębicki


Data publikacji: 14-05-2012    Kategoria: MORZE - PLAŻA


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj