INWAZJA POTWORÓW NA AMERYKAŃSKIE RZEKI

Kanał telewizyjny Nat Geo Wild, drugi obok National Geographic Channel kanał dokumentalny w portfolio FOX INTERNATIONAL Channels poland, prezentuje bardzo ciekawy cykl zatytułowany „Polowanie na wodne potwory”. Z naszego, wędkarskiego punktu widzenia seria ta jest godna polecenia i warto ją obejrzeć. Można nie tylko oglądać ekscytujące hole dużych ryb, łowionych w wodach wielu krajów świata, ale i wiele się nauczyć. Prowadzący programy jest nie tylko wędkarzem, lecz również ichtiologiem o duszy badacza terenowego. Poruszane są tematy z różnych dziedzin wiedzy, z ochroną środowiska i zagrożonych gatunków na czele.


Nas szczególnie zaintrygował odcinek zatytułowany „Inwazja na amerykańskie rzeki”. Jego temat jest nam szczególnie bliski, bo na łamach „Wędkarza Polskiego” dziesiątki, jak nie setki razy publikowaliśmy artykuły o szkodliwości wprowadzania obcych gatunków ryb dla rodzimej ichtiofauny. Tym razem wodnym potworem jest tołpyga, i to nie ze względu na osiągane rozmiary, a z całego szeregu innych przyczyn. Sprowadzono ją do Stanów Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych z myślą o zasiedleniu nią osadników ściekowych, zbiorników obfitujących w fito- i zooplankton. Obecność ryb miała być czynnikiem wspomagającym proces oczyszczania wody.
Tragedia rozpoczęła się w 1993 roku. Za sprawą powodzi tołpygi białe i pstre dostały się do zlewni rzek Missouri i Missisipi. Rozwój ich populacji następuje od tego czasu w szalonym tempie. Ryby potrafią odbywać tarło do czterech razy w roku. Dwudziestokilogramowa samica tołpygi składa dwa miliony jajeczek. W ciągu dwóch lat rybia populacja potrafi się zwiększyć z 10 tysięcy do 100 tysięcy.


W rzece Illinois szacowana ilość tołpyg to dwa miliony. Rzeka ta ma znaczenie strategiczne dla zatrzymania inwazji, bo poprzez kanał łączy się z Wielkimi Jeziorami
. W tym wypadku chodzi o uchronienie od zagłady rodzimego gatunku, jesiotra jeziornego. Zasiedlenie jezior przez tołpygi mogłoby zniszczyć i tak już mało liczebną, a drugą co do wielkości rybę Ameryki Północnej, której rodowód jest starszy od dinozaurów. Bierze się nawet pod uwagę wybudowanie kosztownej bariery wysyłającej impulsy elektryczne, bo ze względu na znaczenie dla żeglugi kanału zamknąć nie można.
W ramach frontu walki z inwazją wprowadzono bardzo restrykcyjne przepisy dotyczące sprzedaży ryb obcych gatunków. Nat Geo Wild pokazuje to na przykładzie chińskiej dzielnicy w Chicago. Sprzedawana ryba musi być uśmiercona przez sprzedawcę, i to nie ze względów humanitarnych. Chodzi o to,  aby klient  nie wypuścił do jeziora żywej tołpygi lub amura. Szczególnie zwrócono uwagę na chińską społeczność, bo biali Amerykanie tołpyg i amurów jeść nie lubią. A szkoda, bo jak wyliczono, mogłoby to w dużym stopniu rozwiązać problem. Wystarczy, aby każdy obywatel stanów objętych inwazją zjadł jedną tołpygę tygodniowo. Próbowano nawet promować tołpygę z grilla pod nazwą  „łososia z Missisipi” lub „widłogona-ninji”.
Swoją batalię toczą też z tołpygami mieszkańcy wsi i miasteczek znad rzeki Illinois. Urządzają „Rybacki Turniej Rednecków” (Redneck to amerykańskie, nieco pogardliwe określenie białych farmerów z południa USA, zwykle ubogich, słabo wykształconych i o konserwatywnych poglądach - przyp. red.) w łowieniu z łodzi motorowych. Główna nagroda dla najefektywniej łowiącego „wsioka” to 1000 dolarów. Zawody te są intrygujące, bo ryby łowi się podbierakami, lecz nie w wodzie, a w powietrzu. Jest to możliwe, ponieważ pływające w dużych ławicach tołpygi białe masowo wyskakują nad wodę, spłoszone szumem silników pędzących po wodzie łodzi. Co ciekawe, zjawisko to jest charakterystyczne tylko dla tołpyg amerykańskich. W Chinach ryby tak nie reagują.
Naukowcy uważają, że mamy tu do czynienia z mutacją, jaka wystąpiła u pierwszych sprowadzonych osobników i utrwaliła się w genotypie następnych pokoleń. Wyskoki tołpyg nad wodę dają możliwość rozgrywania niecodziennych zawodów, z drugiej jednak strony potrafią być śmiertelnie niebezpieczne. Zderzenie załoganta prującej ponad 40 km na godzinę motorówki lub narciarza wodnego z choćby kilkukilogramową rybą może skończyć się tragedią.
O skali inwazji świadczą wyniki zawodów. Po pierwszej z dwu dwugodzinnych tur prowadzenie zdobył zawodnik mający na koncie 112 ryb. Łącznie złowiono ponad 1500 tołpyg, które przeznaczono na paszę.
Jeśli chcecie dowiedzieć się, jakie rozmiary osiągają tołpygi w wodach Stanów Zjednoczonych, chcecie wiedzieć, jak wygląda łopatonos i jak udaje mu się przetrwać najazd hord obcego gatunku, jesteście ciekawi, jak łowi się jesiotry na rzece Saint Clair, albo po prostu interesują Was nowinki z zakresu ichtiologii, biologii i wędkarstwa - obejrzyjcie „Inwazję na amerykańskie rzeki” i inne filmy cyklu o wodnych potworach. Programy te potrafią wciągnąć równie mocno jak machanie kijem.

Amerykanie niczego się nie nauczyli
Jakby Amerykanom mało było tołpyg, plagi azjatyckich pytonów w południowych stanach i nilowych waranów na Florydzie i wysepkach u jej wybrzeży, usankcjonowali kolejną, tym razem genetyczną, ingerencję w ład tego świata. Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) przyznała certyfikat bezpiecznego produktu zmodyfikowanemu genetycznie łososiowi. To pierwszy przypadek dopuszczenia do masowej hodowli i obrotu handlowego zwierzęcia o zmanipulowanej genetyce. Łosoś mutant ma
wszczepiony gen bielmika, oceanicznej ryby z rodziny dorszokształtnych. Został on „wyprodukowany” do hodowli w sadzach u wybrzeży oceanu. Zdaniem wielu naukowców sceptycznie nastawionych do ingerencji w naturę jest tylko kwestią czasu, gdy zbiegłe z rybich farm mutanty zaczną się krzyżować z dzikimi łososiami. A wtedy może dojść do katastrofy. Wskazują na to dotychczasowe doświadczenie, gdy zmodyfikowane formy życia krzyżowano z dzikimi odpowiednikami. Prognoza brzmi strasznie, bo takie mieszańce traciły zdolność przetrwania, gorzej rosły i gorzej się rozmnażały. Potwierdziły to badania mieszańców łososi hodowanych od pokoleń w sadzach (bez jakiejkolwiek ingerencji w geny) z ich normalnie żyjącymi krewniakami. Gdy genetyczne mutanty z certyfikatem FDA, wydostaną się na wolność, mogą bardzo poważnie zagrozić populacji dzikich łososi i w najgorszym wypadku doprowadzić do jej wyginięcia. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy dotychczas dopuszczone do uprawy modyfikowane rośliny mają jakiś wpływ na naturę, niech o to zapyta leśniczego lub myśliwego. Nasze dziki, zajadające się od kilku dobrych lat „ulepszoną” kukurydzą, mnożą się na potęgę.  Mają chęć na amory przez okres całego roku, podczas gdy normalnie huczka (okres godowy) trwała od listopada do stycznia. Wcześniej też dojrzewają płciowo i dają słabsze potomstwo. Niegdyś wiadomo było, kiedy trzeba się strzec w lesie lochy z warchlakami, dziś można się na nią natknąć o każdej porze roku. Wszystko to za sprawą niewinnie, genetycznie podkręconej dla lepszych plonów kukurydzy.

Jak łowiono tołpygi w Polsce
Gdy w latach siedemdziesiątych tołpygi pojawiły się w Polsce w sztucznie podgrzanych wodach (zbiorniki zrzutowe elektrociepłowni), miały całkiem dobre przyrosty i osiągały imponujące rozmiary. Piała nad tym faktem nie tylko ówczesna wędkarska prasa, ale przede wszystkim dzienniki i inne media, zgodnie z jedyną słuszną linią, czyli propagandą sukcesu. Tołpygi sprowadzono do naszego kraju z węgierskich hodowli stawowych, licząc na cudowną wydajność rybiego mięcha z hektara. Wędkarze chcieli się dobrać tołpygom do skóry, bo któż nie chciał by mieć na wędce egzotycznego olbrzyma.
Pierwszy patent na łowienie tołpyg był genialny w swej prostocie. Była nią solidna wędka spławikowa podawana wpół wody lub nieco powyżej, z dużym i mocnym hakiem. Przynęty nie używano, serwując rybom tylko goły haczyk. Tołpygi pływające w toni zasysają wodę niczym wieloryby fiszbinowe żerujące na krylu, więc raz na jakiś czas rybi odkurzacz potrafił wciągnąć w paszczę haczyk. Nieduży spławik to wyraźnie sygnalizował i można było ciąć. Po powodzi roku 1997 łowiono duże tołpygi na spining przy okazji późnojesiennych połowów sandaczy. Ryby miały przynęty w pysku, więc nie były to żadne podczepienia. Bardzo możliwe, że i w tych wypadkach zadziałała zasada odkurzacza, a nie zmiana preferencji pokarmowych. Teorię przejścia tołpyg na drapieżny tryb życia, usiłowali przepchnąć niektórzy wędkarze, argumentując to groteskowym twierdzeniem, że wszystko zdziczeje.
Na konińskich łowiskach tołpygi łowiono od dawna, i to w ciekawy sposób. Polegał on na specjalnym nęceniu. Z zanętą spożywczą mieszano dużo styropianu, który w bystro płynącej wodzie tworzył słup, a w zasadzie parawan zanętowy. W nim ustawiały się tolpygi, które żerowały w toni lub przy powierzchni. W zanętę wpuszczano spory haczyk podwieszony pod malutkim spławikiem. Po zacięciu tołpygi kolega łowiącego ustawiał się poniżej z podbierakiem. Wystarczało rybę przytrzymać, a prąd wody spychał ją do brzegu, gdzie trafiała do podbieraka. Tym sposobem łowiono nawet kilkunastokilogramowe sztuki. Co ciekawe, spychane do brzegu przez prąd wody, w ogóle nie walczyły.
 Krzysztof Szymański


Data publikacji: 04-06-2011    Kategoria: ŚRODOWISKO


Liczba komentarzy: 1    Pokaż     
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj