DINOZAUR POLSKICH WÓD

Nawet w najkrótszej historii ryby, która głowacicą zowią, nie sposób pominąć kilku wątków, choćby miejsca starczyć miało jedynie na to, by o nich napomknąć. Bez nich zrozumienie, czym ta ryba jest dla Polski, byłoby trudne. Jedne wątki są udokumentowane przez naukę, powagą mężów uczonych potwierdzone, inne zasłyszane tylko, a jeszcze inne to legendy.




Chociaż głowacica w obecnych granicach polski występuje jedynie w górnym biegu dwóch rzek, i to raptem od nieco ponad stu lat, obrosła już legendą. Za sprawą naszych poprzedników: miłośników wędkarstwa, pasjonatów-hodowców, naukowców, którzy zgłębiali tajemnice przyrody, możemy dziś być dumni z tej ryby. Teraz kiedy nad ich wspólne dzieło nadciągają chmury, naszym zadaniem jest postępować tak, żeby je rozpędzić, zanim zdążą zaciągnąć całe niebo.
Głowacica jest rybą rzek zlewni Dunaju. W Polsce występowała w dwóch rzekach należących właśnie do tej zlewni: w Czarnej Orawie oraz Czadeczce. W 1901 roku ze Słowacji przyszła wieść o złowieniu w Popradzie na wędkę kilkunastokilogramowej głowacicy. Drzewiej tych ryb w Popradzie nie było, więc dzisiaj możemy jedynie przypuszczać - choć żadnych dowodów na to nie ma - że do Popradu trafiły przeniesione przez człowieka z wylęgarni, która znajdowała się w górnym biegu Hornadu, u Słowaków. Źródliska tych rzek są niedaleko siebie i bez większego wysiłku można było tego dokonać.
W Popradzie było jej dobrze, znalazła sobie tarliska i rozmnożyła się. A z Popradu krótka droga do Dunajca, gdzie warunki okazały się równie dobre. Już wówczas, jeszcze w Polsce rozbiorowej, zdawano sobie sprawę, jak cenna to ryba dla podhalańskiego środowiska. Wprawdzie do Dunajca wpływały na tarło trocie z Bałtyku, ryby niemałe, bo dziesięciokilogramowe sztuki do okazów wcale nie należały, to jednak były one raczej gośćmi rzece, pojawiającymi się tylko okresowo. Głowacica natomiast spędzały tu całe życie. Już wówczas stwierdzono na podstawie obserwacji, że oba gatunki mogą zamieszkiwać obok siebie. Wówczas jeszcze troci wiślanej i głowacicy sztucznie nie rozmnażano. Całą zaś uwagę społecznego ruchu, biorącego korzenie z Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, skupiona na uświadamianiu, że kłusownictwo pożytku nie przynosi. Nawiasem mówiąc, były to jedne z pierwszych prób (wiek był jeszcze XIX) uświadamiania lokalnej społeczności, że z chronienia środowiska przed nieokiełznanym kłusownictwem mogą płynąć korzyści. Wskazywano, że z turystyki wędkarskiej można równie dobrze żyć jak z ceprów, którzy przyjechali, by wczasować się i chodzić po górach. Argumentowano, że głowacica - ryba taka sama, a nawet większa od troci wiślanej - ściągać będzie na Podhale wędkarzy, i to przez cały rok, a nie jak trocie tylko przez krótki czas. A że ściągac będzie, nikt nie wątpił, wszak miejscowe okazy dorastały do półtora metra i więcej, a ważyły nawet po kilkadziesiąt kilogramów.

Z historią głowacicy nierozerwalnie sprzęgnięta jest wieś Łopuszna, gdzie przed wojną Polskie Towarzystwo Wędkarskie wybudowało ośrodek do rozrodu ryb łososiowatych, którymi zarybiano rzeki Podhala. Tutaj, na terenie ośrodka, w okresie II Wojny Światowej rozpoczęto budowę obiektu mieszkalnego, który do dzisiaj zwraca uwagę, będąc przykładem niezwykłej urody podhalańskiego stylu.
“Działo się dnia 18 lipca r.p. 1942, w trzecim roku wojny, gdy Prezydentem Państwa Polskiego był Władysław Raczkiewicz, prezydentem ministrów i Naczelnym Wodzem Armii Polskiej Władysław Sikorski, Metropolitą Krakowskim Książę Biskup Adam Sapiecha, w czasie bezprzykładnego w dziejach świata męczeństwa narodu polskiego.
W dniu tym rozpoczęto budowę głównego budynku ośrodka zarybieniowego w Łopusznej. Dzieło to zapoczątkowane w roku 1938 w wolnej Polsce przez Polskie Towarzystwo Wędkarskie w Krakowie, prowadzone było w najcięższych warunkach w dobie wojennej dla dobra gospodarstwa i nauki polskiej - inicjatywa spoczywała w rękach prezesa Polskiego Towarzystwa Wędkarskiego prof. Bronisława Romaniszyna. Współpracownikami i twórcami projektów byli p.p. inżynierowie Marceli Koszyca, Franciszek Hendzel, Władysław Kołder, inż. dr Stanisław Żarnecki, inż. dr Antoni Cieślewski, inżynierowie architekci: Stefan Meyer, Bogdan Treter, Adam Hełm-Pirgo.
Dokument niniejszy zostaje w dniu tym złożony jako symbol niezłomnej wiary w nieśmiertelność narodu i państwa Polskiego - dokument ten będzie uzupełniony przy dokonaniu poświęcenia całego ośrodka w wolnej Ojczyźnie”.

Nie mniej dumnie brzmi dokument spisany 9 sierpnia 1948 roku, kiedy oddawano budynek mieszkalny, kończący budowę całego ośrodka. Czytamy w nim między innymi:
“Zbudowany przez Polskie Towarzystwo Wędkarskie Ośrodek Łopuszniański, który w ciągu pierwszych lat swej działalności zdołał już wyprodukować i dostarczyć rybactwu polskiemu ponad trzy i pół miliona narybku ryb łososiowatych, będzie wraz z mieszczącą się w nim Doświadczalną Stacją Naukową, muzeum oraz schroniskiem służyć nauce polskiej, rybnemu gospodarstwu narodowemu, ochronie przyrody ojczystej oraz krzewieniu kultury sportu wędkarskiego”.
Na honorowym miejscu tego dokumentu widniej podpis Profesora Romaniszyna, a dalej inne podpisy równie zacnych ludzi, naszych wędkarskich protoplastów.
Rzeczywiście obiekt przez jakiś czas służył zadeklarowanym celom. Później został przejęty przez PZW. Pod nowym włodarzem świetnie działała jego część składająca się z wylęgarni, podchowalników i stawowa. Szczęścia nie miał główny budynek. Najpierw wydzierżawiono go przedsiębiorstwu “Chełmek” później Naftobudwie”, dzisiaj, zabezpieczony, nikomu nie służy.

Siła-Nowiceki i Rozwadowski
Pisząc o głowacicy, jej historii i osobach zasłużonych dla zachowania tego gatunku, warto wspomnieć postacie, które jeszcze wcześniej, w XIX w. i na początku XX w., zapisały piękne karty w dziejach wędkarstwa, rybactwa i ichtiologii w Polsce: Józefa Rozwadowskiego i Maksymiliana Siłę-Nowickiego.
Maksymilian Siła-Nowicki (1826-1890) był wybitnym zoologiem, jednym z twórców nowoczesnej ochrony przyrody i wskrzesicielem rybactwa w Galicji. Urodził się pod Tarnowem, doktorat uzyskał na Uniwersytecie Lwowskim, po czym objął katedrę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Był autorem pierwszego w Polsce podręcznika zoologii, pisanego z perspektywy darwinizmu. W latach 80. i 90. zajmował się głównie ichtiologią, publikując ok. 60 artykułów i notek o tej tematyce. Jednym z jego największych osiągnięć jest opracowanie pionierskiej na skalę europejską mapy „Przegląd rozsiedlenia ryb w wodach Galicji według dorzeczy i krain rybnych”. Zasługi Siły-Nowickiego nie ograniczają się do spraw naukowych. W 1879 r. założył w Krakowie Krajowe Towarzystwo Wędkarskie. Doprowadził też do przyjęcia w 1887 r. nowoczesnej jak na owe czasy Ustawy Rybackiej dla Galicji.
Józef Rozwadowski (1844-1937) pochodził z Drohobycza, studiował filologię klasyczną w Wiedniu, a po studiach osiadł w Krakowie, gdzie uczył łaciny i greki w jednym z gimnazjów. Jego pasją była jednak ichtiologia. Był członkiem Krajowego Towarzystwa Rybackiego i jego wieloletnim wiceprezesem. Dużo publikował, głównie w „Okólniku Rybackim”, organie prasowym KTR. Na jego łamach w latach 1900-1908 Rozwadowski publikował w cyklu „Nasze ryby” krótkie notki o biologii i siedliskach wszystkich gatunków ryb w Galicji. Jest też autorem „Poradnika dla miłośników sportu wędkowego czyli sztuki łowienia pstrąga, lipienia i łososia na wędkę” (I wyd. 1900, II wyd. 1908), przypomnianego 20 lat temu przez naszą redakcję, która wydała reprint oryginału.


Wróćmy do głowacicy.
Po wojnie w Dunajcu i Popradzie były ogromne ilości między innymi świnek, kleni, pstrągów. Późną jesienią lub zimą, kiedy stanęło się na moście - wspominają mieszkańcy - w każdym głębszym miejscu, gdzie trochę spokojniejsza woda, grupowało się tyle ryb, że dna nie było widać. Wtedy odławiano ryby sieciami. Zagarniano od środka nurtu i ściągano do brzegu, często pokrytego już lodem. Sieć wprowadzano w małe zatoczki i podbierakiem wybierano zawartość. Do skrzynek ładowano klenie, świnki, płocie, do wody wracały ryby szlachetne. Pośród troci i pstrągów można było zobaczyć także okazałe głowacice.

Mieczysław Kowalewski ukończył studia na Wydziale Rybackim Wyższej Szkoły Rolniczej w Krakowie w roku 1968. O wyborze kierunku kształcenia przesądziła pasja wędkowania. Z ojcem, jeszcze w latach 50., zapuszczał się z wędką nad Dunajec. Brał nawet udział w zawodach wędkarskich. Z tych czasów, z roku 1958, ma dyplom z zawodów. Z dbałością przechowywany, świadczy o tym, jak to jeszcze jako junior wędkował w Dunajcu przy Roztoce-Gierowe.
Pracę magisterską pisał o kleniach. Stąd też częste wizyty na Dunajcu, oczywiście w ośrodku w Łopusznej również. Po ukończeniu studiów podjął pracę w ośrodku w Mydlnikach pod Krakowem. Niedługo mu tutaj zeszło. Już podczas studiów i potem w pracy dał się poznać jako człowiek fachowy i odpowiedzialny, szybko więc zaproponowano mu kierowanie ośrodkiem w Łopusznej. Zdecydował się szybko, ale nie bez obaw, bo przecież nie miał doświadczenia w kierowaniu ludźmi. Szybko jednak dało znać o sobie wykształcenie odebrane pod okiem ludzi, którzy naukę widzieli nie w oderwaniu od innych dziedzin życia tylko jako jego element, a rygor i dyscyplinę konieczną w badaniach przenosili do innych obszarów życia.
Kiedy zdecydowałem się na kierowanie ośrodkiem zarybieniowym w Łopusznej - mówi p. Mieczysław Kowalewski - widziałem, że zbliża się koniec troci wiślanej w Dunajcu. Spiętrzono bowiem Wisłę zaporą we Włocławku, przerywając rybie jej drogę do tarlisk. Niejako naturalnie stworzyła się więc szansa dla głowacicy. Wiedzieliśmy już o niej, że dobrze się ma w Dunajcu i w Popradzie. Miała w dopływach tych rzek tarliska, wystarczało dla niej pokarmu. Pierwsze głowacice do sztucznego tarła złowiono w Czarnej Orawie. Zbiegło się to z bardzo dobrym czasem dla Polskiego Związku Wędkarskiego. Masowość organizacji obligowała władze partyjne i rządowe do pomocy. W zakładach pracy fundusze socjalne w dużej części szły na koła wędkarskie, wspomagano również centralnie całą organizację. Były środki, a nade wszystko chęci. Naukowcy włączali się w działania, co do których byli pewni, że będą kontynuowane. Kiedy objąłem ośrodek głowacice już w nim były.

Czwartego maja 1955 roku, kiedy ośrodkiem kierował Jan Kulec, odłowiono sześć głowacic w czarnej Orawie. Z nich tylko jedna samica miała trochę ikry. Pozostałe były puste, dlatego że odłowiono je po tarle, które ryby naturalnie odbywają od drugiej połowie kwietnia. Pozyskaną ikrę zapłodnioną mleczem samca. Miesiąc trwał okres inkubacji.
Od pierwszej chwili wszystko było trudne. Żadnego doświadczenia. Żadnej na ten temat literatury, ale mimo to z ikry dochowano się rybek i jesienią wpuszczono trzysta sztuk jesiennego narybku do Czarnej Orawy.
W następnych latach pozyskiwano kolejne głowacice i sztucznie je wycierano. Już wówczas podejmowano próby stworzenia stada głolwacic, tak zwanego podstawowego. Chodziło o to, by w stawach w Łopusznej mieć dorosłe ryby, które można by było wycierać, nie zaś, jak dotychczas, ścigać je po górskich rzekach, bez gwarancji, że pdłowi się je w odpowiednim momencie. Dysponując stadem podstawowym można doławiać pojedyncze głowacice, by mieszać krew w stadzie, a nie zdawać się na szczęście podczas łowienia dziko żyjących ryb.
Tworzenie podstawowego stada głowacic nastąpiło w dobrej chwili. W tym samym czasie budowano Orawską Prehradę, która tak zmieniła bieg rzeki, że wkrótce naturalne rozmnażanie się ryb stało się niemal niemożliwe. Innym czynnikiem kapitalnie zmniejszającym populację głowacicy na Słowacji było kłusownictwo.

Zanim Mieczysław Kowalewski objął ośrodek w Łopusznej z wytartych głowacic pozyskiwano niewiele rybek. Rocznie od 6000 do 10 000 szuka narybku, którym zarybiano tylko Czarną Orawę. Dopiero od kiedy spiętrzono Wisłę we Włocławku, czyli od roku 1968, narybek głowacicy zaczęto wpuszczać do Dunajca i Popradu.
Wraz z Mieczysławem Kowalewskim przyszła do PZW w Łopusznej nowa jakość. Kowalewski bowiem nie tylko wycierał głowacice i z ich ikry podchowywał wylęg, ale poszedł dalej. Opracował metody podchowu narybku letniego i jesiennego. Można było więc zarybiać takimi rybami, których wielkość gwarantowała dużą przeżywalność. Zbudował stado podstawowe, dla którego również opracował sposób odżywiania. Okazało się bowiem, że naturalny pokarm, pozyskiwany sieciami z Dunajca, bardzo dobrze wpływa na jakość ikry pozyskiwanej przy sztucznym tarle.
Kilka słów - lata pracy. Wszystko odbywa się przecież w cyklu rocznym. Każdy ruch musi być przemyślany, bo poprawić błąd można najwcześniej za rok. Trzeba myśleć z wyprzedzeniem, przewidywać, ale być tez przygotowanym na nieprzewidywalne. Z roku na rok wzrastała ilość ryb przeznaczonych do zarybień. Dzisiaj ośrodek w Łopusznej ma możliwość wyprodukowania miliona sztuk rocznie.

Z tego miejsca powinniśmy posłać ukłon Słowakom za ich prace nad poznaniem i utrzymaniem gatunku. Udało im się to pomimo ogromnej degradacji tamtejszych rzek. Jednak to, co osiągnęliśmy w Polsce, stawia nas na czele.

W kraju powstało bardzo wiele prac naukowych autorstwa Mieczysława Kowalewskiego i profesora Andrzeja Witkowskiego. Oryginalne badania nad głowacicą prowadził profesor Krzysztof Goryczko w kierowanym przez siebie ośrodku w Rudkach na Kaszubach. Karmił głowacice grubym pstrągowym granulatem. Ryby od początku były sztucznie chowane, od tarła, przez wylęg, do osobników dorosłych. Chociaż utrzymywane w tym ośrodku stado żyło, jednak jakość uzyskiwanej z ryb ikry była słaba. Zmienił więc pokarm: przed okresem tarła podawał im naturalny pokarm, dzięki czemu uzyskał ikrę lepszej jakości. Po raz kolejny okazało się, jak unikalna rybą jest głowacica, jak dziką i jak wiele starań należy dołożyć, by utrzymać w niewoli ryby zdolne wydawać zdrowe potomstwo.

Na zdjęciu, od lewej:
Mieczysław Kowalewski,
Krzysztof Goryczko
i Andrzej Witkowski.



W 1970 roku - wspomina profesor Andrzej Witkowski - w grupie studentów, kierowanych przez znanego zoologa profesora Andrzeja Wiktora, trafiliśmy do Łopusznej. Wówczas pierwszy raz zobaczyłem głowacicę i Mietka Kowalewskiego. Niedługo później, gdy prowadziłem badania nad lipieniem, potrzebowałem ikry tej ryby. Na Dolnym Śląsku nie udało się jej pozyskać. Trafiłem za ikrą do Łopusznej i tak wsiąkłem. Zaprzyjaźniłem się z Mietkiem, a efektem tego jest wiele, bardzo wiele prac naukowych poświęconych lipieniowi i głowacicy. W tym czasie w Łopusznej gromadziło się wielu wędkarzy. Odpowiadali na nasze prośby, przywozili materiały do badania. Wyglądało to tak, że prosiliśmy ich o informacje i o przewody pokarmowe złowionych ryb. Oni nas informowali, w których miejscach złowili ryby, jaką miały wielkość, ile mniej więcej ważyły, z dużych brali przewody pokarmowe. Kapitalna współpraca, dzięki której zgromadziliśmy bardzo bogaty materiał do badań.
Czasami, z różnych okazji - kontynuuje profesor Witkowski - przychodzi mi powiedzieć kilka słów o głowacicy. Oczekują tego na spotkaniach i w prywatnych rozmowach. Laikowi przemawia do wyobraźni wielkość głowacic, tym którzy się już trochę na rybach znają, opowiadam raczej o unikalności tego gatunku.
O głowacicy na pierwszym miejscu należy powiedzieć, że jest rybą, której nie wykorzystuje się do celów przemysłowych. Nie ma więc środków na jej badanie i w dzisiejszym, skomercjalizowaniem świecie, zainteresowanie nia jest małe. Tymczasem jest to gatunek ginący, bo zmieniane w sposób niekontrolowany jest naturalne środowisko, w jakim ryba ta może występować.
Na pewno głowacica jest swoistym dinozaurem naszej epoki i tak też powinna być traktowana. Ogromna, dorasta do 200 kilogramów, jest rybą - śmiało tak mogę powiedzieć - tylko wędkarską.
Kiedy inne ryby już śpią, głowacica zaczyna być bardzo aktywna. Najlepiej o tym świadczy jej niemiecka nazwa: huchenwetern (światło woda), gdyż najaktywniejsza jest podczas załamań pogody na przełomie jesieni i zimy.
Głowacica odżywia się prądolubnymi rybami karpiowatymi, ale w okresie, kiedy żaby wchodzą jesienią do wody na zimowanie, w przewodach pokarmowych badanych ryb znajdowaliśmy niemal wyłącznie żaby. Zjada także myszy, szczury.
Do tarła głowacica wyszukuje takich miejsc, w których żwir ma średnicę jednego do dwóch centymetrów. Chodzi o to, żeby ziarna ikry, które później będą pływały pomiędzy kamykami, nie zostały zgniecione. Do tarła głowacica buduje gniazdo. W tym celu usuwa z dna potoku około 12 ton kamieni. Oczywiście rani się przy tym, ale tylko płetwy, bo w ogóle ma skórę grubą jak na byku.
Zbiornik Czorsztyński jest dla głowacicy ogromną szansą. Może w nim przetrwać, bo to ogromna woda z niezliczoną ilością kryjówek. Populacja musi być jednak monitorowana chociażby dlatego, że w kwietniu, na amory, natura wyciągnie ją z największych głębin do potoków, w których wody jest po kolana.
W Polsce największa głowacica, o której wiem, że została złowiona na wędkę, ważyła 27 kilogramów. Widziałem ją, a w zasadzie jej zasuszoną głowę, u p. Alojzego Olejarza w Nowym Targu.

Chociaż dzięki takim ludziom jak pp. Kowalewski i Witkowski, dzięki PZW, jesteśmy w światowej czołówce, jeśli chodzi o ochronę i utrzymywanie ginącej populacji głowacicy, to jesteśmy kolosem na glinianych nogach. Przysłowie mówi, że kot przy jednej dziurze zdycha. Tfu, tfu.., ale wszystkie ryby w Ośrodku w Łopusznej żyją w wodzie pochodzącej z jednego źródliska.
Wiesław Dębicki










Łopuszna to niewielka miejscowość nieopodal Nowego Targu, u podnóża Gorców, rozciągająca się wzdłuż potoku uchodzącego do Dunajca. Turystów przyciągała zawsze swoim urokliwym położeniem oraz wartymi obejrzenia zabytkami, dworem Tetmajerów z końca XVIII wieku, gdzie mieści się obecnie filia Muzeum Tatrzańskiego, oraz drewnianym kościołem pod wezwaniem Świętej Trójcy i św. Antoniego Opata z przełomu XV i XVI wieku.
Dziś Łopuszna znana jest także za sprawa księdza Józefa Tischnera (1931-2000). Ten słynny moralista, duszpasterz i filozof urodził się w pobliskim Starym Sączu. Zanim został profesorem i dziekanem Wydziału Filozoficznego Papieskiej Akademii Teologicznej, prezesem Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu, kapelanem Solidarności, doktorem honoris causa dwu wyższych uczelni, kawalerem najwyższego polskiego odznaczenia – Orderu Orła Białego, właśnie w Łopusznej spędziła dzieciństwo i młodość, tu odprawił też swoją mszę prymicyjną. Dzisiaj na miejscowym cmentarzu znajduje się jego grób, a w centrum miejscowości budynek “Tischnerówka”, w którym mieści się izba pamięci ks. J. Tischnera.
Ks. Józef Tischner podkreślał zawsze swój związek z Podhalem i góralszczyzną. Z jego ogromnego dorobku pisarskiego szeroką popularność zdobyła zwłaszcza „Historia filozofii po góralsku”. Ochronę, upowszechnianie i twórczą kontynuację osiągnięć ks. Józefa Tischnera stawia sobie za cel mająca siedzibę w Krakowie fundacja „Instytut Myśli Józefa Tischnera”.



Data publikacji: 07-06-2011    Kategoria: ŚRODOWISKO


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj