TROLING W MORZU

obrazek

Po wrzuceniu przynęty do wody i wypuszczeniu około 30 - 40 m żyłki zakładaliśmy na nią plastykowe pływające klapki, tzw. parawany. Utrzymują one zestaw w pewnym oddaleniu od łodzi (tę odległość można regulować), a ich jaskrawoczerwony kolor ...


obrazek


Drugiego dnia, nieco znudzony szczupakami, postanowiłem wybrać się na trolingowy połów troci. Więcej chętnych nie było (wczoraj dwie łodzie trolingowały bez skutku), więc popłynąłem tylko w towarzystwie dwóch Finów. Choć maj nie jest na trocie dobry, moją propozycję przyjęli z ochotą. W ich mniemaniu złowienie choćby ledwo wymiarowej morskiej troci jest większą sztuką niż 5-kilowego szczupaka.

Wyruszyliśmy wyposażeni w trolingowe wędziska Ugly Stick z multiplikatorami, na których były nawinięte żyłki o średnicy 0,40 mm. Jak wyjaśnili moi partnerzy, plecionka się do trolingu nie nadaje, bo jest zbyt sztywna. Często się zdarza, że przy zacięciu kotwice rozrywają rybom pyski, a przy zaczepie łamią się wędki. Żyłka jest lepsza, bo jest rozciągliwa, więc atak ryby zostaje zamortyzowany.

obrazek

Trolingowanie w morzu jest zajęciem prostym, ale pracochłonnym. Najważniejsze to znaleźć ławicę śledzi, na które bałtyckie drapieżniki najchętniej polują. Na echosondzie wypatrzyliśmy je w dwóch miejscach (na ekranie wyglądały jak kłębek wełny). Były na stoku jednej z wysp wychodzącym daleko w wodę, na głębokości 5 - 7 metrów, oraz w rynnie ciągnącej się wzdłuż pionowej skały, gdzie głębokość dochodziła do 20 m. Teraz należało tylko wybrać schodzące odpowiednio głęboko woblery. Z tym nie było najmniejszych problemów, bo gospodarze wyposażyli każdego z nas w bogaty zestaw rozmaitych przynęt Rapali, Storma i Blue Foxa. Przy wyspie postanowiliśmy łowić na 36-gramowe wahadłówki, największe woblery shad rap, tonące magnum o długości 14 - 18 cm i 7-centymetrowe woblery DT (Dives-to, nowość Rapali). W rynnie, gdzie śledzie stały w połowie głębokości, do wody szły najczęściej risto rapy (9 cm) i down deep husky jerk (12 cm) w różnych wariantach kolorystycznych.

obrazek

Po wrzuceniu przynęty do wody i wypuszczeniu około 30 - 40 m żyłki zakładaliśmy na nią plastykowe pływające klapki, tzw. parawany. Utrzymują one zestaw w pewnym oddaleniu od łodzi (tę odległość można regulować), a ich jaskrawoczerwony kolor pozwala śledzić przynętę i tak manewrować łodzią, zwłaszcza podczas zwrotów, żeby nie splątać zestawów. Dzięki temu sprytnemu urządzeniu mogliśmy zarzucić aż dziesięć przynęt (po cztery po obu burtach, dwie z rufy bez parawanów). Normalnie wędkarzowi wolno ciągnąć tylko jedną, ale my wędkowaliśmy na specjalnych prawach, poza tym na prywatnej wodzie naszego przewodnika. W czasie holu parawan trzeba z żyłki zdejmować, co jest dość niewygodne i wymaga pomocy drugiej osoby.

obrazek

Kiedy wszystkie wędki spoczęły w uchwytach, zaczęliśmy obławiać namierzone łowiska wzdłuż i wszerz, płynąc łodzią z prędkością mniej więcej 7 km na godzinę (szybki spining). Przez cały dzień mieliśmy około dziesięciu brań. Szczytówki się wtedy mocno przeginały lub drgały, jeżeli to były okonie. Pierwszą troć miał na kiju Lauri.

obrazek

Pokazała się na powierzchni wody (oceniliśmy ją na 3 - 4 kg), jednak zaraz potem się spięła. Po troci na przemian wyciągaliśmy 4- lub 5-kilowe szczupaki oraz od czasu do czasu półkilowe okonie, które widać również kręciły się przy śledziach.

Po południu jedna z wyznaczonych mi wędek mocno się wygięła. Podskoczyłem do niej, wyjąłem z uchwytu i zamaszyście zaciąłem. Krzyknąłem: „ryba”, na co przewodnik zareagował wyłączeniem silnika. Na końcu wędki poczułem znaczny ciężar. Ryba wypłynęła do powierzchni i poszła w bok, przez co moi towarzysze musieli zwinąć kilka wędek. Kręcąc bez większego oporu multiplikatorem, dość szybko wciągnąłem parawan na łódź, po czym Lauri sprawnie ściągnął go z żyłki. Po chwili, w odległości kilkudziesięciu metrów, pokazała się rozpaczliwie młynkująca troć. Wolno podprowadziłem ją pod burtę, a Lauri zagarnął ją podbierakiem. Po zrobieniu kilku zdjęć i zważeniu (2,9 kg), przewodnik troć uśmiercił i włożył ją do kubełka z lodem. Gratulując mi połowu powiedział, że grzech byłoby taką rybę wypuścić.

obrazek

Podczas wieczornego podsumowania dnia się okazało, że całą grupą znów złowiliśmy setkę szczupaków (w tym były sztuki ważące 5 - 6 kg), kilkanaście okoni, no i tę jedną, moją troć.

Wiesław Branowski



Data publikacji: 20-07-2013    Kategoria: MORZE - MAŁE ŁÓDKI


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj