RZESZOWSKIE OKONIE


obrazek
Rzeszowski zbiornik zaporowy na Wisłoku to trudne łowisko, bo płytkie i mocno zarośnięte. Przeciętna głębokość wynosi niespełna półtora metra, a najgłębsze miejsca, w pobliżu zapory, mają około 4 metrów. Okoni jest dużo. Przeważają drobne, ale średnich też jest pod dostatkiem, a trafiają się nawet takie, które mają około 40 cm.



obrazek

Na dobre brania można liczyć przy stabilnym poziomie lodu, kiedy uciąg wody jest niewielki i w miarę stały. Podczas porannych spustów z zapory (przeważnie pomiędzy godziną 8 a 11) lód opada i woda pod lodem ciągnie mocno. Wtedy okonie tracą apetyt i brania gwałtownie się pogarszają. Trudno też liczyć na rybę, kiedy Wisłok przybiera i poziom lodu zauważalnie się podnosi.
obrazek

---Na pierwszym lodzie okonie można łowić w całym zbiorniku, a najrybniejsze bywają miejsca w okolicach wpływu Wisłoka. Zazwyczaj najlepsze są wtedy płycizny na skraju trzcin, gdzie głębokość wody nie przekracza jednego metra. Co prawda w takich miejscach rzadko z jednego otworu wyławia się dużą ilość okoni, ale wiercąc wciąż nowe można ich w ciągu paru godzin nałowić pod dostatkiem.
Dopiero gdy nie ma brań na płyciznach, szukam okoni w głębszych miejscach na poboczu koryta Wisłoka, a na koniec w samym korycie, nie głębiej jednak niż na dwóch metrach. Na początku zimy roczniki okoni bywają bardzo wymieszane. Nawet na płyciznach, gdzie oczywiście przeważa okoń drobny, trafiają się bardzo przyzwoite sztuki. I  na odwrót: z głębokiej wody przychodzi nieraz wyciągać raz za razem okoneczki mniejsze od palca.
obrazek
W miarę jak zimy przybywa, sytuacja pod lodem się stabilizuje. Okonie stopniowo odchodzą z płycizn, gdzie gwałtownie rozkłada się roślinność i prawdopodobnie zaczyna brakować tlenu. Drobnica nadal żeruje w płytkiej wodzie, ale już o głębokości co najmniej metra. Ciągłe przebywanie na prześwietlonych płyciznach powoduje, że te drobne okonie są dość jasne i bardzo jaskrawo ubarwione. Duże kręcą się w głębokiej wodzie blisko koryta Wisłoka, a ubarwienie mają przeważnie bardzo ciemne. Najwięcej jest ich  na skraju koryta, w miejscach wolnych od nurtu, ale największe sztuki można złowić w najgłębszych partiach koryta, niedaleko zapory. Im głębsza woda, tym większa szansa na sporego okonia, szczególnie pod koniec zimy. Wszędzie kręcą się łatwe do odróżnienia okonie średniej wielkości o smukłej sylwetce i jasnym ubarwieniu, które spłynęły do zbiornika z płytkich odcinków Wisłoka.
Po początkowym okresie łowienia okoni na płyciznach zaczynam wiercić otwory na obrzeżach koryta, w miejscach, gdzie woda prawie stoi, a głębokość wynosi od 1,5 do 2 m. Jeżeli  tam brań nie ma, to znaczy, że jest szansa znaleźć grubego   okonia w głębokich dołkach w korycie. Warunek: na ryby trzeba się wybrać wczesnym rankiem, bo złowić w rzeszowskim zbiorniku dużego okonia po ósmej rano, to prawdziwa rzadkość. Gdy  na skraju koryta okonie nie biorą, to szukam ich po całym zbiorniku. Czasem  trafiam na nie w nietypowych, jak na środek zimy, miejscach, np. na 40-centymetrowej płyciźnie przy samych trzcinach.
obrazek


W tak płytkim zbiorniku okonie rzadko skupiają się w dużych stadach, dlatego by je znaleźć, trzeba wiercić dużo otworów. Nęcenie gra dużo mniejszą rolę. Tylko w miejscach, gdzie głębokość przekracza dwa metry, wrzucam czasem niewielkie ilości dżokersa wymieszanego z gliną. Kulka lub dwie takiej zanęty zwiększa zainteresowanie pokarmem apatycznych dużych okoni i zatrzymuje w łowisku stadka ryb wędrujące w korycie Wisłoka. Przy słabym żerowaniu łatwo je przekarmić. Dlatego nęcę pojedynczymi kulkami wielkości przepiórczego jaja. Ćwierć litra dżokersa starcza mi na cały dzień. Obfite nęcenie przynosi zazwyczaj skutek odwrotny od zamierzonego. Nieraz słyszałem na lodzie opinię, że tu w ogóle nie powinno się nęcić, bo w miejscach zanęconych ryb nie ma. Przekonałem się jednak wielokrotnie, że to nie do końca jest prawda i bardzo ostrożne nęcenie może poprawić wyniki połowu.
Nęcenie dżokersem luźno wsypywanym do otworu albo podawanym za pomocą zanętnika nie sprawdza się tu wcale, bo nigdy nie da się z góry przewidzieć, jak szybko woda popłynie  i w jakim kierunku. Oczywiście w korycie Wisłoka płynie zawsze od wlewu do zapory, ale już na poboczach, gdzie można by się spodziewać wody stojącej, często gęsto nurt się rozchodzi na boki, zatacza koła lub wręcz płynie wstecz. Nieraz luźna zanęta jest znoszona i rozpraszana nawet na metrowych płyciznach.
---Na okonie wybieram się wyłącznie z mormyszką. Dawniej stosowałem żyłkę 0,08 mm, ale gdy podczas holowania straciłem kilka kilogramowych okoni, przerzuciłem się na żyłkę 0,10 mm. Od tej pory nie drżę już, gdy biorą mi sztuki ładnie wyrośnięte. Kiwak ze szczeciny dzika, mormyszki srebrzyste, czasem od spodu
obrazek
złote, najczęściej w kształcie kulki. Przeważnie stosuję przynęty niewiele większe niż główka zapałki. Na haczyk nr 16 zakładam dwie albo trzy larwy ochotki. Gdy na haczyku jest ich mało, okonie zwykle wsysają je razem z mormyszką i zacinam skuteczniej, niż gdybym zakładał ich cały pęczek. Skontrolowanie i uzupełnienie przynęty po nieudanym zacięciu nie stanowi problemu, bo przecież łowię na małych głębokościach.
Zazwyczaj prowadzę mormyszkę drobnymi skokami. Im słabsze brania, tym drobniej i wolniej. Zaczynam od samego dna i z przystankami co kilkanaście centymetrów prowadzę mormyszkę dopóty, dopóki mogę jeszcze podnosić rękę. Mormyszka znajduje się wtedy około półtora metra nad dnem. W ten sposób podczas każdego prowadzenia przeszukuję duży obszar wody, co jest korzystne, bo do brania często dochodzi nawet wysoko nad dnem, a pojedyncze ryby przebywają na różnych głębokościach. Tylko czasami, kiedy okonie skupiają się na jednym poziomie, tylko tam prowadzę mormyszkę, w przedziale 30 - 40 cm. Po podniesieniu mormyszki na wybraną wysokość opuszczam ją możliwie jak najszybciej, ponieważ przy prowadzeniu mormyszki w dół wody brania zdarzają mi się nadzwyczaj rzadko.
obrazek
Parę razy łowiłem okonie także pod samym lodem. Łatwo je wtedy zauważyć, bo albo widać je w otworze, albo uderzają w wyciąganą mormyszkę, albo odprowadzają ją aż do samego otworu. Zazwyczaj pod samym lodem bardzo dobrze żerują. Raz mi się zdarzyło, że mając stado 20 cm pod lodem w ogóle nie poruszałem mormyszką, tylko opuszczałem ją i patrzyłem na kiwak. W końcu, żeby nie tracić czasu, przestałem zakładać ochotkę. Mimo to okonie od razu uderzały w pustą mormyszkę. Takie dobre brania trafiają się jednak rzadko.
Kiedy brania są słabe albo nie ma ich wcale, to nad jednym otworem spędzam  najwyżej 20 minut.
Jerzy Stopyra
Rzeszów



Data publikacji: 27-01-2014    Kategoria: LÓD


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj