PIERWSZE DOŚWIADCZENIA


obrazek
Skusiło mnie, żeby zimowy sezon rozpocząć na jakimś wielkim jeziorze, a że najbliżej mam  Szczytno Duże, no to wio! Chodziliśmy  tam razem z dziadkiem Szurynem.  Dziadek oczywiście szedł w sobie tylko znane rewiry łowić  okonie, a ja polowałem  na pierwsze zimowe leszcze.



obrazek

Od kilku dni pogoda była piękna -  słoneczna i mroźna. Lód miał około 10 cm i nie był pokryty śniegiem, mogłem więc zaglądać, co się pod nim dzieje. Najbardziej martwiło mnie to, że  tam, gdzie miałem zamiar nęcić, nie było  żadnych oznak życia, ani jednego bąbelka. I co teraz? Ryzykować i sypać zanętę czy szukać dalej? Jesienią tu bąblowało jak w garnku, a teraz wszystkie  leszcze się stąd wyniosły? Nie, nie daruję im. Znam je dobrze i wiem, że nawet gdy jest zimno, nie rezygnują ze swoich wędrówek. A więc -  zaryzykuję. Przynajmniej się przekonam, czy mam rację, czy też natura da mi kolejną lekcję.
Gdy nęciłem po raz pierwszy,  było to kilka garści łubinu, który przedtem został najpierw namoczony,  potem ugotowany, a  zaraz po odcedzeniu, jeszcze gorący, posypany kurkumą. Ten zapach wsiąka w gorące ziarna i wielkim leszczom,  płociom zresztą też, aż we łbach przewraca. Dzisiaj do wody leci pęczak (pół wiadra), drobno zmielona śruta sojowa, mączka rybna i  pedigree. Pachnie to wszystko jak  dawno  niesprzątana obora, ale mnie i rybom to nie przeszkadza, za to drobna śruta sojowa popłynie hen w jezioro i zaprosi tu piękne leszcze (taką mam nadzieję).
Po całym tym zabiegu postanowiłem jeszcze pospacerować w pobliżu mojego łowiska i poszukać pod lodem bąbli, a przy okazji także dziadka Szuryna. Nie odszedłem daleko,  najwyżej sto metrów od mojej dziury, i wreszcie zobaczyłem bąble. Były duże i rozsypane pojedynczo na sporym obszarze. Im dalej wędrowałem na południe w stronę środka jeziora (bo tam schodzi spad i jest coraz głębiej), tym bąbli było więcej. Znalazłem nawet większe ich place. Widocznie w tych miejscach ryby żerowały już na serio.
Tam, gdzie zanęciłem, jest 13 metrów głębokości, a tu aż 18. Ale ja już się nieraz na tym sparzyłem i nie dam się znowu nabrać. Kilka razy zimą nęciłem w takich właśnie miejscach, bo bąble i głębia kojarzyły mi się z wielkimi rybami. Jesienią rzeczywiście łowiłem tam piękne leszcze i płocie, ale spod pierwszego lodu nie wyciągałem  prawie nic. Przez  20-metrowe głębiny leszcze przepływają  i nawet się w nich zatrzymują, ale to nie znaczy, że żerują przez dłuższy czas i że warto tam nęcić. Nie, nie warto, jeżeli nastawiamy się  poważnie na leszczowe łowy pod lodem. Leszcze z jesiennych żerowisk, które w październiku i w listopadzie łowiłem na 18. metrach, teraz poszły w górę. Nie, to nie żart, to bardzo poważna sprawa. W listopadzie na głębokości dziewięciu  metrów jest mnóstwo płoci, okoni i szczupaków, leszcze jednak  żerują dużo głębiej. Ale gdy tylko jezioro zamarznie, to jakby wróciło lato! Leszcze zaczynają  brać na końcach spadów, na głębokości 8 – 9 m, a płocie jeszcze wyżej, na samych spadach. Gdybym sobie tego wszystkiego szczegółowo przez lata nie notował, nadal latałbym za leszczami po głębinach i zanęcał na ślepo i bez sensu.
Moje 13-metrowe zanęcone miejsce to właśnie koniec stromego spadu i początek łagodniejszego już uskoku. Dwa lata z rzędu łowiłem tu leszcze już na drugi dzień po zanęceniu, ale bąbli zawsze było sporo już  pierwszego dnia. Tym razem, nie wiem dlaczego, jest inaczej. Nie zrażam się tym specjalnie, bo pocieszają mnie te ślady pod lodem, znajdujące się sto metrów dalej. Resztę powinna załatwić moja śruta sojowa.
Dziadka wcale nie musiałem szukać, bo sam się znalazł. Zobaczyłem go z daleka. Wyszedł zza dużego cypla trzcin, za którym jest duża zatoka i… Przecież tam zakręca rzeka, która niedaleko wypływa z jeziora. Lód tam zawsze jest
obrazek
dużo cieńszy! Naprawdę się wystraszyłem, kiedy  zobaczyłem, jak się dziadek wyłania z tego przepływu. Kiedy był już blisko, po jego minie poznałem, że sam jest trochę wystraszony. Ten strach szybko mu jednak minął, a na twarzy znów mu się pojawił jego znany tajemniczy uśmieszek.
Dziadek podszedł do mnie i z ulgą  zrzucił z ramienia ciężką torbę z zerwanym paskiem. Kiedy ją otwarłem, aż mnie zatkało. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem tyle pięknych garbusów. - To jeszcze nic – powiedział dziadek. – Sam nie wiem, ile ich poszło, bo dziura za mała była i ta klepka... -  Klepka to dziadkowa wędka z wyżłobieniami na żyłkę. Przez ten sztywny hol wiele dużych okoni mu schodzi, ale i tak jest zadowolony.
Zapytałem, dlaczego tak ryzykował, ale dziadek całkiem spokojnie odpowiedział: – Pięćdziesiąt metrów od brzegu jest tam wody na trzy metry, dużo starego zielska i od cholery rybek. Sam wiesz, co to znaczy, bo latem łowiłeś tam garbusy na żywca.
Tak, to prawda, w tym zakolu wielokrotnie, robiąc sobie przerwę od leszczy, łowiłem na żywca piękne okonie. - Najwięcej wielkich garbusów – ciągnie dalej dziadek - stoi bliżej trzcin, na głębokości 1,5 do 2 m, bo tam już są te stare ziela, a w nich żywiec. Jak tylko wykuję dziurę i wpuszczę blaszkę,  to już jej nie podniosę. Przez kilka sekund okoń nie da jej ruszyć nawet na centymetr. Potem nie mogę go wyjąć, bo  przerębel okazuje się za mały. Ale one są tak przebiegłe, że jak wykuję dużą dziurę i trochę ją oczyszczę z lodu, to brań mam zero. Z jednej dziury wyciągam dwa - trzy i ze trzy zrywam. Dziesięć dziur obskoczę i mam dość. Jeżeli mnie nie wypatrzą ci hałaśliwi wędkarze z szarpakami, to jeszcze tydzień tu połowię. Potem okonie stąd znikną. Ale tylko te duże, bo małe jeszcze zostaną. Im jednak daję spokój, niech sobie pojedzą tego żywca.
Szarpakowcy wyczuli jednak dziadka już na trzeci dzień i z lodu zrobili sito, więc postanowił siąść ze mną na leszcze. Dwa dni po kolei dostawały po pół wiadra takiej wyżerki, że chyba pachniało w przeręblach po drugiej stronie jeziora. Trzeciego dnia nie sypałem wcale. Przed łowieniem zawsze robię dzień przerwy.
Rano, jeszcze po ciemku, zajechałem do dziadka, który już czekał z kawą. Nawet nie wiem, jak ona  smakowała, bo już cały czas widziałem spławik w przeręblu. Kiedy doszliśmy na miejsce, oczy nam wyszły z orbit. Dookoła mojej zanęconej dziury było mnóstwo bąbli. - Jakby ktoś broną po dnie przejechał – zauważył dziadek. - No to szykuje się nam zabawa. - I znowu się uśmiechnął. Trzymałem język za zębami nie dlatego, żeby nie zapeszyć, tylko  żeby mi z emocji serce przez gębę nie wyskoczyło.
Dziadek wykuł sobie przeręble trzy metry z boku, bo dalej mu nie pozwoliłem. Nie chcę, żeby się ryby  zbytnio rozpraszały. Tym razem przygotowałem trochę inną zanętę. Jest w niej gruba kasza jęczmienna, trochę pęczaku i śruta sojowa, też grubsza niż poprzednio. Do tego oczywiście mączka rybna i mielona kolendra.  Wszystko to wcześniej, jeszcze w domu,  zmoczyłem wodą tak, żebym mógł  zlepić kule. Nie za mokre, żeby się zbyt szybko nie rozmyły i żeby luźnych składników ewentualny prąd wody nie zniósł spod przerębla. Poprzednia zanęta była mokra i bardzo luźna, ale też   miała całkiem inne zadanie. Czy poskutkowała? Za chwilę miałem się o tym przekonać. I to nie sam.
Do przerębli wrzuciłem po trzy kule wielkości pięści. U siebie grunt ustawiłem tak, żeby przynęta dotykała dna. Dziadek zrobił to inaczej, jego przynęta z całym przyponem leży na dnie. Ledwie zaczęliśmy, a  dziadek już macha klepką  i odrzuca ją na lód. Pomału coś holuje, zerka na mnie i tylko się uśmiecha, bo po chwili z jego przerębla wyskakuje nasz pierwszy, półkilowy leszcz. Dziadek jest zadowolony i dumny,  że to on go wyciągnął.
U mnie też było delikatne branie, ale  zacięcie okazało się  puste. Postanowiłem jednak nie zmieniać gruntu, chyba że dziadek na przynętę leżącą na dnie wyciągnie ze trzy porządne leszcze. Długo nie jestem mu dłużny, bo mój spławik krótkim, ale zdecydowanym ruchem poszedł na dół. Zacinam i czuję opór. Odrzucam wędkę na bok, bo żyłka między palcami to mój najlepszy hamulec. Tuż przed dziurą widzę piękne ciemne ciało mojego leszcza. Krótki ślizg i jest… Ma na oko półtora kilo. Kiedy położyłem go na lód, wydalił dużą ilość czegoś żółtego. Rozpoznałem mój łubin.
Przez kolejne dwie godziny  złowiłem jeszcze cztery, ale dużo mniejsze, a dziadek chyba z dziesięć. Jego też były bardzo małe, mniej więcej po  trzydzieści deko. Czyżby te małe leszczyki narobiły tyle bąbli? A może to sprawka krąpi, których tu pełno i często czepiają się haczyka?
Dziś łowiliśmy na białe robaki, jeszcze nie  kombinując z przynętami, ale jutro już będą łowy na poważnie.
Nazajutrz przeręble były trochę zamarznięte, a w nich pełno bąbli. Powinno to we mnie wzbudzić emocje, ale jakoś się nie zdziwiłem. Tym razem w ruch poszły czerwone razem z białymi. Dziadek znowu łowi z gruntu, a ja tuż nad. Brań mieliśmy wiele, a i ryb bardzo dużo, były jednak jeszcze mniejsze niż wczoraj. A w dziurach bąblowało jak w garnku. Dużo pustych brań dało mi do zrozumienia, że zanim tu sprowadzę leszcze, to zbankrutuję. Dziadek też uciekł na środek jeziora łowić okonie, bo nie chciał, żeby mu się czerwone zmarnowały.
Kolejnego dnia wstąpiłem po drodze na Końskie. Dwie godziny zajęło mi szukanie, gdzie jest główny nurt rzeki, a gdzie już prąd wsteczny (przez jeziora Szczytno i Końskie przepływa Brda – przyp. red.). Chociaż jest tam ponad 10 m głębokości, taki prąd można łatwo wykryć. W poprzek jeziora wykułem kilkanaście przerębli, parę metrów jeden od drugiego. Do każdego wpuszczałem zestaw ze spławikiem, z gruntem ustawionym na 10 metrów. Prawie w   każdym przeręblu spławik od razu płynął, bo znosił go prąd wody. Ale w dwóch dziurach stał w miejscu albo bardzo pomału krążył. I tego właśnie szukałem. Zanęciłem i zaraz popedałowałem na stare miejsce na Szczytnie.
Tu z kolei sytuacja się powtórzyła, czyli sama drobnica, a krąpi  jeszcze więcej niż wczoraj. Znam te ryby bardzo dobrze i wiem, że szukając  darmowego żarcia potrafią dokładnie przeorać muł, a bąbli przy tym   narobią tyle, co wielkie stado leszczy. Niestety zimą bardzo trudno odróżnić, czy to krąp żeruje, czy leszcz. Zresztą pod lodem  przeważnie są razem, bo odpowiada im ta sama  głębokość. Tym razem jednak trafiłem na takie miejsce, gdzie krąpi jest wyjątkowo dużo, więc uznałem, że nie ma  co tu dłużej siedzieć. Akurat mam taki komfort, że mogę zmienić nie tylko łowisko, ale nawet jezioro.
Na Końskim byłem już nazajutrz i to nie po to, żeby podsypać, tylko żeby już łowić. I po raz kolejny się nie pomyliłem co do wyboru łowiska w jeziorze przepływowym. Już po godzinie miałem cztery kilowe leszcze. Złowiłem je po kolei, żadnych innych brań nie było, pustych też nie. To dało mi  pewność,  że pochodziły z jednego rocznika. Zatem wiedziałem też,  że na trzeci lub czwarty dzień, jeżeli pogoda zbytnio się nie zmieni, podejdą kolejne roczniki,  dużo starsze. Tak się też stało. Dzięki niebiosom w pogodzie nic nie pękło i w trzecim dniu do południa miałem osiem leszczy od 1,5 do 2,5 kg. Tak naprawdę to miałem ich jeszcze  sześć, ale  były małe, więc oddałem je z powrotem Końskiemu, żeby je jeszcze trochę podtuczyło. Ważne dla mnie było i to, że nie podczepił mi się ani jeden krąp.
Przez ten tydzień na pierwszym lodzie leszcze brały świetnie i  wszystkie złowiłem na białe robaki. Warunek był tylko ten, że musiałem mieć haczyk nr 2, a na nim kilkanaście robaków. Wtedy brały natychmiast. Postanowiłem się co do tego upewnić i na próbę założyłem przypon z haczykiem nr 8 i tylko trzy - cztery białe. Nie było nawet brania. W drugim tygodniu leszcze potrzebowały już nie tylko przynęty dużej, ale też bardziej pożywnej. Musiałem robić kanapki, białe z czerwonymi i ochotką. Gdyby nie ciągłe myślenie i kombinowanie, z pierwszego lodu miałbym tylko zmarznięte nogi.
A dziadek Szuryn znowu mnie zaskoczył. - Ostatni raz cię widziałem, jak szedłeś na środek jeziora – przypomniałem mu, gdyśmy się ponownie spotkali. - A wiem, że tam, gdzie się zatrzymałeś, jest około dwudziestu metrów głębokości. – Oj, chyba i lepiej – odparł dziadek. - Na drugi dzień ja tam też zanęciłem, lecz na okonia, i w przeciwieństwie do ciebie łowiłem już po kilkunastu minutach...
Przyznacie, że ten człowiek jest tak samo nieprzewidywalny jak nasze jeziora.  Zanęcać okonie? Muszę to koniecznie  sprawdzić.
Bogdan Barton



Data publikacji: 28-01-2014    Kategoria: LÓD


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj