ZAŁATWIONY


Kilka dni pływam po jeziorze i wypatruję leszczy. Już dobre dwa tygodnie po tarle, powinny się spławiać. O tej porze łowiłem je tu przez trzy lata z rzędu,   teraz na powierzchni nie widać choćby jednej sztuki.

Nie daję za wygraną i przez trzy dni sypię po wiadrze futru. Dwieście metrów od brzegu i na głębokości 11 metrów. Czwartego dnia jestem już z wędkami i o dziwo, są pierwsze leszcze. Mają najwyżej po kilogramie, ale są, a na dodatek jest bardzo dużo płoci. Postanowiłem donęcać makaronem, bo jeżeli już na trzeci dzień są kilówki, to po kolejnych trzech dniach będą… No dobra, schodzę na ziemię. Codziennie dwie paczki makaronu, kolanka z falbanką - taka ilość powinna zrobić swoje. Tymczasem minął tydzień, a ja ciągle łowię tak samo. Pięć sztuk do 2,5 kg, cała reszta to kilówki. Jeżeli tak ma być dalej, powiedziałem sobie, to się stąd zmywam.
Kolejnego dnia, kiedy już się pakowałem, po trochę nudnym wędkowaniu, musiałem wymyć łódkę, bo leszcze, które wyhaczałem, mocno mi ją zapaskudziły resztkami spod płetwy odbytowej. Zdumiało mnie, że w tych odchodach w ogóle nie ma mojej zanęty. Po makaronie,  owsie i  łubinie ani śladu, tylko jakaś zielonkawa maź. Wyjąłem z siatki kilka złowionych leszczy i nacisnąłem im brzuchy.  Wyciekło z nich to samo. Potem, już w domu, podobny wynik dało badanie  przewodów pokarmowych. Nigdzie żadnych pozostałości po mojej zanęcie.
Nie spieszyłem się szukać nowego łowiska, wolałem poczekać do czasu, aż leszcze całkiem przestaną tu brać, czyli nie będzie tędy przepływać żadne ich stadko. W drugim tygodniu, licząc od dnia, kiedy zacząłem łowić, brały już tylko płocie. Odpuściłem sobie to miejsce.
Następnego dnia byłem już po przeciwnej stronie jeziora. Są tam dwie podwodne góry oddalone od siebie o jakieś dwieście metrów. Pierwsza wychodzi na metr pod powierzchnię.  Jej szczyt ma około 100 metrów kwadratowych. W   całości porasta go roślinność. To zielsko schodzi także na spady, do czterech metrów głębokości. Dwieście metrów od tej góry, w głąb jeziora, jest druga. Zupełnie inna. Jej szczyt, znajdujący się   cztery metry pod powierzchnią, jest twardy jak beton i pozbawiony roślinności. Przy większej fali nie ma szans, by się tu   utrzymać  na kotwicach. Łódź od razu zjeżdża po spadzie jak po ślizgawce. Szczyt góry jest podłużny, wąski i ma tylko jeden stromy spad, w kierunku tej pierwszej góry. Większość wędkarzy wie, że tu powinna być ryba,  szczególnie płoć. Ja jednak zjechałem łódką trochę niżej. Tam, gdzie się kończy twardy spad, a zaczyna miękkie dno. Nad głębokością dziesięciu metrów umieściłem znacznik w postaci plastikowej butli. Kiedy  potem stawałem tu łodzią,  miałem z jednej strony spad w kierunku głębszej części jeziora o bardziej miękkim dnie, a z drugiej mogłem łowić pod górę na dnie twardym.
Przygotowałem pół wiadra łubinu i wiadro obłuszczonego owsa wymieszanego z pęcakiem, jedno i drugie zaprawione mączką rybną i kolendrą. Rozsypałem to bardzo szeroko dokoła mojej butli. Nie zamierzałem  od razu  łowić. Chciałem tu trochę popływać i popatrzeć, co gdzie się spławia. Miałem nadzieję,  że może zobaczę  jakiegoś leszcza. Niestety, przez dwie najbliższe godziny między górami nie pokazało się nic, co by było podobne do leszcza.  Kiedy już poranny chłód ustępował i zza lasu wyjrzało słońce, dokładnie tam, gdzie sypnąłem, na powierzchni zaczęły bić pojedyncze wielkie płocie. Bardzo mnie kusiło, żeby spróbować, ale na szczęście  nie miałem wędki.
Słońce już  dobrze prześwietlało wodę, więc postanowiłem jeszcze przepłynąć nad górką porośniętą  i zobaczyć, co tam się dzieje. Gdy byłem  już kilkadziesiąt metrów od szczytu, zobaczyłem, że woda jest  jakaś zielonkawa, lecz nie na powierzchni, tylko w toni. Im bliżej szczytu, tym bardziej była mętna i gęsta. Przypominało to grubo mieloną mąkę albo kaszę mannę. Pomyślałem, że to kwitnie woda, ale z drugiej strony góry  czegoś takiego nie było. zawiewał północno- wschodni wiatr, więc fala, wcale niemała, biła od strony otwartego jeziora w górę. Skąd więc tyle jakiejś zieleniny?
Kolejnego dnia chciałem to sprawdzić. Wiatr się wzmógł, mimo to z rana stanąłem na spadzie góry roślinnej i zarzucałem zestaw pod wiatr. Tylko po to, żeby dokładnie rozpoznać prąd wody na spadzie, na głębokości od 6 do 10 metrów. Spławik cały czas spływał pod fale, ale od dziewięciu metrów już bardzo pomału.
Postanowiłem popłynąć do mojej butelki, tam podkarmić  i spróbować  łowić, ale to coś zielonego w wodzie nie dawało mi  spokoju. Cały czas miałem przed oczami moje leszcze spod przeciwległego brzegu, którym coś podobnego wypełniało przewody pokarmowe i ciekło z odbytu. Coś mi tu nie grało. Z drugiej strony tej twardej góry zieleniny prawie nie widać, a  przecież  powinna być, skoro w ten brzeg bije fala.
Przy butelce stanąłem płycej niż wcześniej planowałem.  Kotwica była na twardym spadzie, łódź ustawiła się dziobem pod fale.  Zanęciłem i po chwili miałem kilka płoci, ale żadnych rewelacji, choć do wody znowu wpakowałem pół wiadra łubinu. Tłumaczyłem sobie, że to dopiero drugi dzień sypania i ten cholerny wiatr wieje nie z tej strony co trzeba. Niby to już początek lata, ale z rana jest bardzo zimno, a tego żadna biała rybka nie lubi. Jakoś nie pasowało mi to dzisiejsze łowienie. Nic  na siłę, powiedziałem sobie i się zwinąłem, bo przy nagłej zmianie pogody i silniejszym wietrze z północnego wschodu nawet rybom robi się nieprzyjemnie.
Kolejnego dnia jezioro było gładkie  jak stół, ale plus dwa stopnie o  trzeciej rano  na początku lata to trochę za mało. Na kierownicy roweru marzły mi ręce. Woda, z wyglądu, była bardziej przyjazna, a przez moją butelkę płocie, chyba kilowe, skakały  sobie jak przez poprzeczkę. Tym razem miałem więcej nadziei i większą chęć do łowienia.
Na początek do wody, w pobliże butelki, poleciało kilka porządnych garści łubinu, a  dla sprawdzenia także parę większych kul mojej leszczowej zanęty. Trochę łubinu, ale tylko łubinu, rzuciłem też pod górkę, żeby się przekonać, co chodzi przy twardym dnie. Właśnie tam chciałem położyć haczyk z białymi robakami, a drugą wędką, też z białymi na haczyku, przeszukać toń.
Z rana w jeziorze nie szukam płoci przy samym dnie, ale dwa - trzy metry nad nim lub tyle samo pod powierzchnią to już może być zabawa. I tu się nie pomyliłem, bo kiedy płocie jeszcze skakały po powierzchni, najwięcej brań miałem dobre dwa metry głębiej. A im bliżej dna, tym mniejsze płotki. Te, które złowiłem bliżej powierzchni, wydaliły z siebie sporo łubinu. Szybko zdejmuję z haczyka białe robaki i zakładam łubin. Spławik dwa razy podskakuje, a  za trzecim razem gwałtownie znika pod wodą. Po zacięciu zrywy na boki są tak silne, że  aż kij chce mi z ręki wyrwać. Do takich wyczynów może być zdolna tylko płoć w pobliżu kilograma. Gdy już była zmęczona, powoli położyłem ją sobie na zanurzonej w wodzie dłoni. Wiem, że czasami tracę w ten sposób sporo ryb, ale jakoś nie mogę się przemóc, żeby używać podbieraka.
Spławik drugiej wędki, której zestaw leżał na dnie, poszedł do góry, a ja chyba razem z nim, bo na ten widok serce mi zabiło nie w piersi, lecz w gardle. Niestety, to znów była tylko płotka. Po godzinie płocie przestały brać pod powierzchnią, więc zjechałem zestawem o dwa metry niżej. W toni leszcze też lubią pływać. Tym razem jednak i tu były tylko małe płotki i jak wszędzie, sporo okonków. Daję luz i schodzę zestawem jeszcze niżej,  żeby łowić dwa metry nad dnem. Ledwie spławik się wyprostował, od razu zjechał pod wodę, a że na haczyku miałem łubin, zaraz zrobiło mi się trochę cieplej. Po chwili płoć, jakieś pół kilo, była już na powierzchni.
Słońce wyszło już nad las i zza pleców zaczęło mi oświetlać spławiki. Od razu zamiast obserwować spławiki, spojrzałem przed siebie na wodę. Wypatrywałem leszczy, ale też jakichś bąbelków. Bąbli nie było, ale daleko na wodzie co jakiś czas widziałem duże kręgi. Pokusa wielka,  żeby tam popłynąć i sprawdzić, ale szkoda mi było tych płoci. Szybko jednak puknąłem się w głowę, bo przecież mam ich już  kilkanaście, to wystarczy. Kotwicę w górę i już mnie tu nie ma.
Płynę pod tamtą górkę wielkim kołem. Miałem słońce w plecy, teraz mam je przed sobą. Nie rzucam więc długiego cienia. Kiedy byłem już jakieś sto metrów od górki i słońce świeciło mi w twarz, leszcze się spławiały dosłownie jeden obok drugiego. Było je widać wszędzie aż do tej drugiej góry, przed którą niedawno stałem. Ale tu było ich więcej. Przyjrzałem się wodzie, w dalszym ciągu była bardzo mętna. Tym razem jestem rozdarty, ale szybko podejmuję decyzję i tu, na spadzie zarośniętej górki, wrzucam na głębokości dziesięciu metrów resztę mojej zanęty. Żeby nie kończyć jeszcze dnia, wróciłem na poprzednie miejsce łowić płocie. Lecz już tylko na białe robaki, bo więcej łubinu nie miałem.
Kolejnego dnia pogoda była dużo lepsza, ręce już mi nie marzły na kierownicy roweru. O trzeciej rano jest 12 stopni, bezchmurnie i cicho. Aż miło wypływać o tej porze na jezioro i to w takiej scenerii. Z daleka mijam butelkę i widzę, że choć dopiero robi się szaro, płocie już tam skaczą. Dziś jednak sprawdzam drugą górkę. Tu staję na wyczucie, bo żadnego znaku sobie nie postawiłem, tylko  na lince od kotwicy mam węzły oznaczające głębokość. Gdy tylko spuściłem kotwicę do dna, od razu poczułem warstwę mułu. To   lubię. Martwi mnie tylko to, że będę stał twarzą pod słońce, ale jeżeli na wodzie będzie cicho, to da się  wytrzymać.
Od razu wrzucam do wody trzy czwarte mojej zanęty z łubinem i dodatkowo z grochem. Jeszcze nic konkretnego się tu nie spławia, ale mam nadzieję, że coś zobaczę. Już świta i woda przede mną pięknie różowieje. Jest cicho i bardzo tajemniczo. Zestaw pierwszej  wędki leży już na dnie,  z drugą się nie spieszę, bo chcę łowić w toni. Dwa metry od spławika zarzuconej wędki zaczynają bulgotać bąble. Boże kochany, czyżby to już leszcze? Nie chce mi się wierzyć, ale spławik idzie do góry. Zacinam i… jest!!! Siedzi leszcz i to niemały, czuję to na wyginającym się kiju.
Leszcz, około dwójki, już w siatce. To mi się podoba. Poprawiam robaki na haku i zarzucam. Teraz na powierzchni pokazują się już nie tylko bąble, ale i piękne leszcze. Słońce było na pół wysokości drzew, kiedy zaczęły się spławiać. Muszę to zapamiętać. Rozglądam się dokoła, jednak leszcze spławiają się tyko w pobliżu górki. Im słońce wyżej, tym jest ich więcej. Widok niesamowity. Niektóre mógłbym chyba szczytówką pogłaskać po grzbiecie. Podziwiając je zapomniałem o wędkach,  tymczasem  spławik leży sobie na wodzie jakby nic. Zacinam i jest leszcz, ale mniejszy. Zarzucam drugą wędkę w toń, a tę pierwszą znowu na dno. Leszcze nadal się spławiają, ale brań już nie mam.
Po półgodzinie tego widowiska wszystko ucichło, tylko nie ja. Nie mogę się w środku uspokoić. Dopiero teraz mam pierwsze brania z toni, ale to okonki. Z dna też wziął okonek. One są wszędzie. Wysypuję resztę futru. Mija godzina i cisza. Teraz sobie uświadomiłem, że mógłbym sprawdzić, czym są obżarte te dwa złowione leszcze. Najlepiej by było, żeby wziął następny, bo nie musiałbym hałasować wyciągając siatkę na łódź. I znowu moje życzenie się spełnia. Spławik idzie bardzo pomału do góry i jest leszcz. Kilówka. Nie muszę wcale sprawdzać, czym jest obżarty, bo tą zielonkawą mazią zapaskudził mi spodnie. Po chwili kolejne branie z dna i powtórka: taki sam leszcz i to samo mu cieknie.
Drugą wędkę ustawiam pięć metrów od powierzchni i zarzucam daleko od łodzi. Nie zdążyłem jej położyć na burcie, bo od razu było branie.  Tym razem to nie okoń, tylko porządny leszcz. Też obżarty tym zielonym świństwem. Zarzucam ponownie i znowu branie jest natychmiastowe, ale tym razem leszcz ma ze trzy kilo. Oczywiście na ławce i w łódce mam pełno zielonkawoszarej mazi.
Ta zabawa z leszczami trwała dobry tydzień, a brały naprawdę wspaniale, bo po prostu tu żerowały. Codziennie wyciągałem po kilkadziesiąt kilo i choć  większość wracała do wody, w ogóle się nie płoszyły. Tylko nieliczne były objedzone, teraz także moją zanętą.
Leszcze stąd zniknęły, kiedy woda się wyklarowała. Potem już były wszędzie w moich starych, sprawdzonych miejscach. Nawet na pierwszej górce, gdzie dotąd  łowiłem tylko płocie. Najlepiej jednak brały w  toni. To doświadczenie utrwaliło mnie w przekonaniu, że w naturze nie ma przypadków. Wszystko ma swój sens. Dlatego każdy rzekomy “przypadek” traktuję bardzo poważnie, chociaż do dzisiaj nie wiem, co to było ta zielona maź.

Bogdan Barton


Data publikacji: 12-11-2014    Kategoria: OPOWIADANIE


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj