NA ZAKOLU RZEKI

Dokręcam na moment hamulec, czuję drgania na wędzisku, a potem...


W ostatnim dniu września ranek witał nas słońcem i umiarkowanym chłodem. Rzeka cicho szemrała, wokół pachniało jesienią, wśród kolorowych liści podrostu uwijały się sikorki. Dla mnie i Krystiana, towarzysza wyprawy, podpatrywanie przyrody jest nie mniej pasjonujące od wędkowania.
Nastawiliśmy się na połów tęczaków (trafiały się w tej rzece i takie po cztery kilogramy!), lecz mieliśmy cichą nadzieję, że może przy odrobinie szczęścia złowimy jakąś troć. W ostatnich bowiem dniach znad rzeki dochodziły do nas rewelacyjne wieści.
 
 
Krystian uzbroił swoją wędkę w małego woblera własnej produkcji, wykonanego na podobieństwo strzebli, a ja z uporem godnym wędkarza starej daty, odpornego na nowoczesność, założyłem srebrną wahadłówkę. Postanowiliśmy iść w dół rzeki lewym brzegiem, by wędkowanie było łatwe i przyjemne. Jak wiadomo, lewy brzeg jest bardziej przetarty i wygodniejszy dla osób praworęcznych.
Byliśmy w doskonałych nastrojach, rozluźnieni i skorzy do żartów. - Ponieważ idę pierwszy - mówił Krystian - i dokładnie przeczesuję każdy metr rzeki, jesteś bez szans. Jeśli w tej rzece jest jakaś ryba, to będzie to moja ryba! - Mylisz się - odpowiedziałem. - Zgodnie z naiwną teorią pewnego wędkarskiego autorytetu twój wobler stanowi tak zwaną przedbłystkę, która jedynie pobudzi drapieżnika do ataku. Na jej widok drapieżnik „się spręży”, ale uderzy w moją blachę.
Tak się przekomarzając doszliśmy do zakola rzeki, które było znacznie szersze i głębsze od zasadniczego koryta. Krystian machał tu dłużej (stary wyjadacz, wie gdzie należy się spodziewać drapieżników) i wymachał tęczaka długości 46 cm. Podebrałem go i wyłożyłem na brzeg. Sprawił go na miejscu i włożył do torby. - Wyłowiłem wszystko co można było wyłowić - zażartował - więc wychodzę na prostą. Zakole zostawiam tobie. Jeśli pozostał w nim pobudzony moim woblerem jakiś „sprężony” drapieżnik, to go sobie złów. - Proszę bardzo - powiedziałem i podtrzymując żartobliwy nastrój powtórzyłem odzywkę naszego wspólnego znajomego. - Tylko zważaj, facet!
I podobnie jak Krystian, zacząłem to zakole dokładnie i konsekwentnie przeczesywać. Oczywiście na tyle dokładnie, na ile pozwalał mi nurt rzeki. Nagle blacha się zatrzymała, lecz szarpnięcia nie było. Zaczęła lekko chodzić na przemian to w prawo, to w lewo. A więc warkocz, na pewno warkocz, przemknęło mi przez głowę. A jednak nie, bo raptownie ruszyła z prądem wody, skosem pod przeciwny brzeg,
Dokręcam na moment hamulec, czuję drgania na wędzisku, a potem silne szarpnięcia. Tam, w wodzie na mojej blasze siedzi jakiś kolos, lecz jeszcze nie wiem co to jest. Ponownie zwalniam hamulec. Ryba idzie z prądem rzeki. Muszę ją zmęczyć. Nie przestaję kręcić korbką kołowrotka. Do głowy przychodzą mi różne myśli. Może to troć? Ale jak na troć, to walczy zbyt anemicznie. A więc duży szczupak. Ale jakim cudem uchował się w takiej rzece? W końcu przestaję spekulować i wołam: - Krystian, pełna gotowość bojowa! - Cały czas kręcę korbką, ryba nadal wysnuwa żyłkę, ale już nie tak energicznie. Krystian zjawia się z gotową do użycia osęką (stary fachowiec od razu spostrzegł, że podbierak tu nie wystarczy). Trochę mnie to przeraża, nigdy jeszcze z tego narzędzia nie korzystałem. Jednak bardzo chcę tę rybę mieć i zdaję sobie sprawę, że to jedyny sposób wydostania jej na brzeg. Jakiś zły duch we mnie wtedy wstąpił.
W końcu się uspokajam, po kilku minutach dokręcam hamulec i pompuję. Ryba szybko kapituluje, idzie jak kłoda, jedynie od czasu do czasu daje sygnały, że żyje. Podprowadzam ją pod burtę brzegu. To metrowy szczupak! A więc jednak uchował się okaz, ma na pewno kilkanaście lat. Pracuję samym wędziskiem i gdy wykładam go na powierzchni wody, nie ma już siły nawet na ostatni zryw. Krystian stwierdza, że to jakiś zdechlak i bez problemów, choć z pewnym wysiłkiem, wyciąga go na brzeg. Teraz wreszcie możemy mu się przyjrzeć. Ładna bestia! Krystian go mierzy i waży: 107 cm i 9,8 kg. Jak na niezbyt rybną i niedużą rzekę, być może rekordowy.
Wspólnie niesiemy szczupaka około pół kilometra do samochodu. Zawijam go w mokrą szmatę i wkładam do bagażnika. Wracamy dopiero po przerwie na śniadanie. Na zakolu Krystian decyduje się iść dalej, ja zostaję i obrzucam trzeci raz miejsca, które budzą moje zaufanie. Bez efektów! Za to Krystian przychodzi z dwoma tęczakami. Zgodnie stwierdzamy, że na dzisiaj wystarczy. Dzień uznajemy za wyjątkowo udany, choć gdybym nie trafił na szczupaka, wracałbym o kiju. Mały wobler Krystiana okazał się bardziej łowny od mojej wahadłówki.
 

W domu, przy sprawianiu, okazało się, że mój szczupak to samica. Szczerze jej żałuję, tyle zmarnowanej ikry! Z przejęcia nie sprawdzam nawet zawartości jej żołądka. Zaczynam wątpić w sens wędkowania. Po co zabiłem tego szczupaka? Przecież nie dla mięsa. Przez własną próżność, bo chciałem się pochwalić. Stary, a głupi...

Andrzej Remlein



Data publikacji: 21-12-2014    Kategoria: OPOWIADANIE


Liczba komentarzy: 1    Pokaż     
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj