POTYCZKA Z SUMAMI

Nad bagnami i łąkami zawisł księżyc i jego blask odbijał się w gładkich wodach Biebrzy...

Moje potyczki z sumami zaczęły się przed wielu laty, w czarną i duszną lipcową noc. Podmuchy ciepłego wiatru szeleściły w koronach olch i wiklinowych zaroślach, a wtórował im nerwowy szmer rzeki. Co parę minut czerwony błysk zapalał horyzont i kiedy pomruk dalekiej burzy przetaczał się po wodzie, czułem na plecach dreszcz. No cóż, miałem dopiero czternaście lat, nad rzeką byłem sam i trochę się bałem.
Miała to być wyprawa na węgorze. Łowiłem je tak, jak wcześniej podpatrzyłem u dorosłych - na pęczek rosówek. Zbliżała się północ, a ja nie wyciągnąłem jeszcze nic. Chciałem już nawet wracać do domu, ale wtedy musiałbym przechodzić i przez stary las, i koło cmentarza. Tkwiłem więc na brzegu rzeki i niecierpliwie czekałem, aż nadejdzie świt.
Ryba zaatakowała rosówki tak gwałtownie, że zrzuciła z podpórki wędkę. Ledwo zdążyłem chwycić za bambusowe wędzisko. Byłem pewien, że to duży węgorz. Zaparłem się obcasami w murawę i ciągnę rybę do siebie, a ona wyrywa się w swoją stronę. Miałem bardzo silne wędzisko i prawie milimetrową żyłkę, więc zdołałem rybę zatrzymać. Potem, z wysiłkiem kręcąc szpulą kołowrotka, zacząłem wlec ją do brzegu. Uczono mnie przecież: „Nie popuszczaj węgorzowi i bierz go na siłę, bo ci pójdzie w zaczepy”. Gdy przy samym brzegu usłyszałem chlupot, spróbowałem unieść zdobycz na wędzisku. Bambus zatrzeszczał, ale ryba nie dała się ruszyć z wody. Wyglądało na to, że zdołała okręcić żyłkę wokół jakiegoś korzenia. Puściłem więc korbkę kołowrotka i lewą ręką sięgnąłem do kieszeni po latarkę.
Skierowałem strumień światła na wodę, tuż pod nogi. Z rzeki wyłaniał się wielki, płaski i lśniący łeb o rozdziawionym i przepastnym pysku! Na widok tej szkarady wrzasnąłem z przestrachu i puszczając wędzisko odskoczyłem do tyłu. Upadłem. Już w następnej sekundzie mnie olśniło: przecież to był sum! Zerwałem się, podbiegłem do brzegu, świeciłem latarką po wodzie i zrozpaczony wypatrywałem bambusowego kija. Szukaj wiatru w polu - ani suma, ani wędki już nie odnalazłem. Mijały lata i chociaż wędkowałem często, na wymarzonego suma trafić jakoś nie mogłem. Zacząłem jeździć na słynącą z tych ryb Biebrzę. Próbowałem łowić na rybki i na rosówki, całymi dniami wymachiwałem spiningiem, nocami dawałem się żywcem zżerać hordom komarów - bez skutku. Wierzyłem jednak, że jest to tylko kwestia czasu i że wcześniej czy później osiągnę przecież swój cel.
Znów była lipcowa noc. Nad bagnami i łąkami zawisł księżyc i jego blask odbijał się w gładkich wodach Biebrzy. W powietrzu unosił się nieustanny brzęk komarów. Pluskała drobnica na płyciźnie, w nurcie z chlupotem spławiały się jakieś większe ryby, a w dole rzeki coś walnęło o wodę tak głośno, że aż się wzdrygnąłem. Z drugiego, porośniętego wikliną brzegu, dolatywały do mnie trzaski łamanych gałązek i mlaskanie. Pasł się tam łoś, który pewnie potrafił odróżnić wędkarza od myśliwego, bo jeszcze za dnia nic sobie nie robił z mojej obecności, a teraz hałasował na całego.
Łowiłem na jedno wędzisko, prawie pionowo wbite w brzeg. Co kwadrans wyciągałem zestaw z wody, w świetle latarki oglądałem nietkniętego żywca i znów posyłałem go w rzekę. Nic więcej nie miałem do roboty, więc siedząc tuż przy wędce wsłuchiwałem się w nadrzeczne głosy i ścierałem z twarzy napastujące mnie komary. Wreszcie wędzisko kiwnęło się ku wodzie. Branie! Teraz ryba powinna odpływać, wysnuwając żyłkę z kołowrotka i terkocząc jego prawie do końca zwolnionym hamulcem. Zamiast tego szczytówka - widziałem ją dobrze w świetle księżyca - zaczęła się wyginać i zanim jakkolwiek zdołałem zareagować, już ryba wściekle szarpała całym kijem!
Chwyciłem wędzisko i z trudem utrzymując je w jednej ręce, drugą próbowałem poluzować hamulec. Żyłka jednak nadal nie schodziła ze szpuli i wyglądało na to, że za chwilę ostro ciągnąca zestaw ryba - sum przecież! - złamie mi wędkę! On jednak, na moje szczęście, wolno ruszył pod prąd i mogłem za nim podążać brzegiem. Potykając się o kępy traw, przeszedłem tak z pięćdziesiąt metrów. Ryba zrazu szybka, teraz płynęła coraz wolniej i wreszcie przystanęła gdzieś pośrodku rzeki. Chciałem zwijać żyłkę, ale korbka kołowrotka nie dała się obrócić. Ani popuścić żyłki, ani ją nawinąć. Zapaliłem zawieszoną na guziku kurtki latarkę. Błysnęła światłem i zgasła. Potrząsnąłem nią raz i drugi, popstrykałem wyłącznikiem - nic. Latarka popsuta. Kołowrotek popsuty. I wielki sum na haku - nieruchomy, przyczajony u dna. Tragedia!
Spróbowałem zbadać po omacku kołowrotek. Jak podejrzewałem, żyłka dostała się pod obudowę szpuli. Żeby to naprawić, potrzebowałem i światła, i obu wolnych rąk. Co robić? Poczekać - jeżeli ryba na to pozwoli - do rana i wtedy uwolnić żyłkę? Mogłem też spróbować przyholować suma  ściągając linkę ręką. I właśnie na to się zdecydowałem.
Bardzo wolno, by nie sprowokować suma do gwałtownej ucieczki, wybierałem żyłkę z wody i układałem ją pod nogami. Sum jakby na to nie reagował i pozwalał się prowadzić do brzegu - ciężki i nieruchawy. W każdej chwili spodziewałem się jego ataku, gwałtownego szusu pod przeciwny brzeg, ale nic takiego nie następowało. Widać nie był to jednak duży sum.
Wreszcie ryba znalazła się tuż pod brzegiem. Podciągnąłem ją ku powierzchni. Koła na wodzie i wielki biały owal... Toż to leszcz!!! Rozczarowany, już się schyliłem, żeby go pochwycić dłonią, a tu nagle chlusnęło mi wodą w twarz, wielkie cielsko przewaliło się po powierzchni, a fala uderzyła w brzeg. Ryba uciekała ku drugiemu brzegowi i szybko mknąca za nią żyłka aż parzyła mi palce. Nagle poczułem szarpnięcie za stopę i jednocześnie wędzisko wygięło się w pałąk. Cholera, nogami zaplątałem się w leżącą na ziemi żyłkę! Jeszcze zdołałem się schylić, ale już się nie miałem po co spieszyć - żyłka pękła i wędzisko stało się lekkie jak piórko. Teraz mogłem tylko rozmyślać o błędach dużych i małych, jakie popełniłem w czasie holu.
Po tym zdarzeniu nad Biebrzą uznałem, że nie nadaję się na łowcę sumów. Trudno mi na nie trafić, a jak już się uda, to te bestie prowokują mnie do popełnienia błędów nowicjusza. Ostatecznie, są przecież i inne ryby.

Stefan M. Krakowski



Data publikacji: 12-01-2015    Kategoria: OPOWIADANIE


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj