POMIESZANIE Z POPLĄTANIEM


obrazek
W wędkarstwie zagadkowi są wędkarze, a nie ryby. Na dowód tego sądu opowiem o pewnym zdarzeniu sprzed lat, za którego prawdziwość ręczę.



Otóż swego czasu prowadziłem z dwójką kolegów motel, który opanowali bez reszty wędkarze. Utarło się, że w kuchennych zamrażarkach przetrzymywaliśmy gościom złowione przez nich ryby. Bywał z tym kłopot, bo roztargnieni spiningiści i muszkarze zapominali na odjezdne o swoich łupach i później nie wiedzieliśmy, co z nimi począć. (Na marginesie: w zwolnionych pokojach też znajdowaliśmy pozostawione niezwykłe rzeczy, m.in. naładowany pistolet, sztuczną szczękę i psa rasy jamnik. Niektórzy zapominali też o zapłaceniu rachunku). Pewnego razu jedna z zamrażarek się popsuła i zanim to kucharki dostrzegły, trzymane tam wiktuały diabli wzięli. Między innymi trzeba było wyrzucić paczkę zawierającą dwa piękne pstrągi tęczowe, zapomnianą przed kilkoma tygodniami przez znanego w światku sztucznej muchy wędkarza z miasta N.  (zielone ubranko, traperski nóż u pasa, terenowy samochód). W nadziei, że może te
ryby nadadzą się przynajmniej na obiad dla jamnika, przyjrzałem im się dokładniej. Były oskrobane z łusek, wypatroszone i wypchane… niewymiarowymi lipieniami. Po parze rybek w pstrągu! Wiele widziałem, ale to mnie zaskoczyło. Zresztą, słoma z butów zawsze wyjdzie.
obrazek
Na czym polega wędkarstwo? Na łowieniu ryb. A co to znaczy “złowić rybę”? Wyciągnąć z wody, dotknąć. A jeżeli złowiłem rybę, wsadziłem ją do siatki zanurzonej w wodzie i ta ryba z siatki uciekła – to ją złowiłem czy nie złowiłem? Sądzę, że dla większości wędkarzy sens złowienia ryby polega na tym, że można  ją potem przynieść do domu i zabić. Pytanie: dlaczego tak się dzieje, że ryby licznie giną z rąk swoich miłośników?
Odpowiem posługując się własną biografią wędkarską. Łowić zaczynałem już jako kilkuletni chłopiec. Przynosiłem do domu niewielkie rybki i matka chętnie je przyjmowała. Te najmniejsze zjadał kot, nieco większe były mielone i kończyły jako kotlety, a reszta trafiała do słoików z octem. Nie marnowały się nawet liche  wnętrzności, bo przecież kaczki też muszą jeść. Z latami się utarło, że jestem docenianym przez dom dostarczycielem ryb. Z tego też względu puszczano mnie nad rzekę, jako czternastolatek bawiłem się w nocne wędkowanie i dostawałem jakieś tam pieniądze na sprzęt. Kiedy łowiłem ponad potrzeby rodziny, za dużo, to i tak nic się nie marnowało. Zamienialiśmy z sąsiadami ryby na kurczaki, masło i wiejski chleb… Był to dla mnie powód do dumy.
Dorastałem rywalizując ze starszymi wędkarzami i to złowione  (zabite) ryby określały moje poczucie własnej wartości, a także moje miejsce wśród dorosłych. A jak te klenie czy liny dorwałem,   nie było ważne. Dziwne, ale jednocześnie byłem zachwycony przyrodą, kochałem te swoje ryby i ten oszałamiający zapach wody o brzasku dnia.  Pomieszanie z poplątaniem, jak mawiano. Trzymałem się wymiarów ochronnych, a ryby,  które w myśl regulaminu PZW były za krótkie, wstydliwie wypuszczałem dopiero wtedy,   kiedy nikt nie widział!
Mijały lata i choć już nikt ode mnie czegoś takiego nie wymagał, wytrwale wynosiłem znad wody ryby duże i małe. Dla ludzi i zwierząt. Zmieniały się dietetyczne mody i przyzwyczajenia, zaopatrzenie w sklepach i domowe finanse,  a ja nadal trzymałem się starego nawyku. Raz, drugi i trzeci zauważyłem, że moje łupy zmarnowano. I nie wiem jak to się stało, że zacząłem coraz częściej ryby puszczać wolno. Najpierw te małe, z czasem i większe. Może był to wynik przesytu, może wyrzutów sumienia. A teraz jest tak, że do torby pakuję tylko te sztuki, na które mam zamówienie. Nie zdarza się to często.
Opowiadam o sobie, bo nie jest to rzecz prywatna i sprawa wyłącznie pomiędzy mną a rybami. Podobną przemianę coraz częściej przechodzą też inni wędkarze, co ich otoczenie odbiera w różny sposób. Oto, co usłyszałem od znajomego:
Wracam znad wody i melduję:
- Słabo. Puściłem do wody kilka płotek i małego leszcza.
- Coś ty, myśl trochę, miałabym co dać kotom – słyszę w odpowiedzi. A do sklepu pięć minut samochodem, pieniądze w szufladzie kuchennego stołu. Następnego dnia, kiedy wróciłem znad wody,  powitalny dialog w naszym  domu  zabrzmiał tak:
- Nic nie brało. Pewnie zaczyna się niż i pełnia księżyca – skłamałem, bo jednak przed godziną miałem w ręku całkiem przyzwoitego klenia. Wypuściłem   go do rzeki.
- A Józek mi powiedział, że Zbyszek złowił w stawie metrowego szczupaka, tylko bardzo chudego. Zorientuj się, może go nam sprzeda?
Cóż na to żonie odpowiedzieć?
obrazek
Darowanie rybie drugiego życia u wielu wędkarzy budzi wręcz oburzenie i takim wyskokiem można sobie skroić fatalną opinię. Oto smolista noc, a ja stoję na szczycie główki i zmagam się z  leszczem. Mam go już pod samymi nogami, tuż pod powierzchnią rzeki, jest szary w słabnącym świetle latarki. Żyłka zaplątała się jednak w wystające z wody patyki, moja lewa stopa ugrzęzła pomiędzy kamieniami, wędzisko mam delikatne i nie wiem, co z tym wszystkim począć. Wołam, krzyczę… Wreszcie – trzask gałęzi, tupot, sapanie. Nadeszła pomoc, dotarł do mnie stary znajomy, który od wieczora siedział na sąsiedniej główce i wreszcie mnie usłyszał. Razem poszło nam gładko i oto leszcz leży na piasku, wśród oświetlonych latarkami plastikowych pudełek po przynętach, papierów i obok oblepionej błotem butelki z etykietką “Okowita”. Dobrze tu ktoś popił.
- Z dziesięć deka i będzie cztery kilo.
- Więcej, cztery i pół – odpowiadam. Klęczę na ziemi, z trudem się prostuję, wstaję. Potem znów się schylam, wydłubuję rybie z pyska haczyk, podnoszę ją – jest mokra, zimna i ciężka - i  kładę na wodzie. Niknie w toni i czerni, na zawsze. Pot jeszcze spływa mi po twarzy, boli w piersiach. To była długa walka i - jestem tego świadomy – wędkarski wyczyn. W starym piecu diabeł pali, jeszcze coś potrafię nad rzeką zdziałać.
- Co ty, piłeś? Mogłeś mnie dać tę rybę. Żałujesz mi? Poczekaj, jeszcze się będziesz prosił, zobaczysz – i tak wrzeszcząc, kolega odwrócił się i zniknął w ciemności. Jeszcze z minutę słyszałem jego mamrotanie, a potem chlupot. Jasne, stracił ze złości głowę i na zakręcie wyleciał ze ścieżki  w okropne błoto. Krzyż na drogę.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że najbliższe lata nadadzą sens pytaniu: “Idziemy na ryby czy idziemy po ryby?”. Jeżeli “na ryby”, to wrócimy do domu bez ryb, chociaż – być może – z pięknymi wspomnieniami. Jeżeli udamy się “po ryby” – nic w tym złego, tyle że trzeba będzie coś dodatkowo zapłacić. Po części już tak jest od wielu lat na tzw. łowiskach komercyjnych, gdzie ludzie zostawiają, bywa, niemałe pieniądze. Na otwarte wody niby dozorowane przez PZW udajemy się za kwotę symboliczną. Jeżeli wędkujemy dzień w dzień przez cały rok, to danina wyniesie około trzech złotych na dobę. A kilogram mrożonego szczupaka kosztuje w sklepie 20 złotych! Licząc inaczej: jeden dobry rzut woblerem, spory (nie rekordowy) szczupak w plecaku i już roczna składka wędkarska mi się zwraca. Pomieszanie z poplątaniem.
Jak zmienić te wędkarskie i społeczne przyzwyczajenia? Proste, przecież mamy Polski Związek Wędkarski i milion  jego członków, a to potęga, która rzekomo potrafi wiele zdziałać. I tu jest pies pogrzebany. PZW był przez dziesięciolecia organizacją potrzebną, chwilami skuteczną, o swoim wartym pamięci kolorze i smaku. Będę bronił tej oceny. Ale to czas przeszły dokonany i bezpowrotny. Brać wędkarska, ukochany niegdyś dziennikarski i urzędniczy slogan z “referatów sprawozdawczych”,  nie istnieje. Bo cóż dzisiaj łączy jednego mojego kolegę, wędkującego tylko w Skandynawii,  z  drugim, który macza dżdżownicę w burej wodzie wiejskiego stawu? A Polski Związek Wędkarski to nie przystające do dzisiejszych czasów monstrum o rozłażącym się odwłoku  (to ta “brać”) i nienasyconej paszczy. I nie wierzę, ze zdziała coś dobrego, że ma autorytet wśród wędkarzy. Bez obrazy.
Wróćmy do tematu. Ryb jest coraz mniej i wędkarze powinni zachowywać się rozsądnie. Oczywiście, że katastrofie winne jest zniszczenie oraz zatrucie środowiska naturalnego, kłusownictwo i wzbudzająca wątpliwości gospodarka rybacka. Mówiąc inaczej: totalny bałagan i bezhołowie, krótkowzroczność i cynizm polityków oraz panosząca się w społeczeństwie ciemnota  (bywa, że ubrana w dyplomy i tytuły naukowe). Przy tym wszystkim łapczywość wędkarzy na ryby wydaje się grzechem lekkim, ale jak się dobrze zastanowimy i policzymy, to i my powinniśmy bić się w piersi.

Stefan M. Krakowski


Data publikacji: 24-03-2015    Kategoria: OPOWIADANIE


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj