DZIKIE KARPIE SĄ NAJCENNIEJSZE

Piotra Antonowicza ze Stargardu Szczecińskiego poznałem podczas zawodów wędkowania z plaży. Zwróciłem na niego uwagę, bo miał sprzęt dostosowany do dalekiego zarzucania, chociaż nie był to sprzęt plażowy. A przede wszystkim złowił sporego węgorza.








Często łowisz w morzu? – zapytałem.
Pierwszy raz – odpowiedział.
Dobrze ci idzie.
Bardzo mi się to podoba i na pewno na tym pierwszym razie nie skończę. A na zawody przyjechałem dlatego, żeby popatrzeć jak łowią inni i się czegoś nauczyć. Nigdzie indziej tylu rzeczy za jednym zamachem nie zobaczę. Gdybym łowił sam, na naukę musiałbym poświęcić  kilka sezonów.


W trakcie rozmowy okazało się, że Piotr jest wędkarzem bardzo wszechstronnym. Nawet zawodowo ma z wodą do czynienia. Jest policjantem w stopniu sierżanta sztabowego, na co dzień przewodnikiem psa szkolonego do poszukiwania zwłok, przede wszystkim topielców, a latem pracuje w sezonowym wodnym komisariacie policji. Obszar działania tej jednostki obejmuje  jezioro Miedwie i  jeziorach w okolicach Ińska. Łowi dużo i ma na swoim koncie okazy sandaczy i leszczy, ale od czterech sezonów pasją Piotra są karpie.
Zaczął je łowić sam. Do tych ryb przyciągnęła go wyobraźnia. Wcześniej na karpiach porwał niejeden zestaw leszczowy i niejeden raz widział spławiające się sztuki ważące po kilkadziesiąt kilogramów. Chciał się z nimi zmierzyć.
Zawody Piotra nie pociągają. W wędkowaniu ceni sobie niezależność, samotność, odludzie, a nade wszystko otaczającą go przyrodę. Zwłaszcza ten krótki czas od przedświtu do brzasku, kiedy ze snu budzi się dzikie życie. Tej atmosfery nie dozna się  ani na zawodach, ani na łowiskach komercyjnych.
Mimo tych obiekcji  zdecydował się na udział w zawodach po to, żeby  się czegoś o łowieniu karpi dowiedzieć. Weźmy chociaż pod uwagę sprzęt. Przecież na karpie musi być inny niż na inne gatunki, bo  ma się do czynienia z dużymi rybami. Wymagają one specjalnych wędzisk, kołowrotków, linek i zestawów. Niby o wszystkim można przeczytać w wędkarskich czasopismach i książkach, ale  lepiej zobaczyć to na własne oczy. W każdym razie tak Piotr myślał.
Życie pokazało, ze jest zupełnie inaczej. Zobaczył kije, kołowrotki, namioty, wiele innego sprzętu, którego przed oczami obserwatorów ukryć nie można, ale jak wyglądają zestawy, czym koledzy zawodnicy nęcą i w jakiej ilości, tego się nie dowiedział. Kiedy pytał, otrzymywał odpowiedzi, jakich się nie spodziewał. W najlepszym przypadku było to lekceważące spojrzenie. Ale zawody miały też i dobra stronę. Spotkał bowiem Piotra Żąda z Polic i tak się zgadali, że dzisiaj na każdą karpiowa wyprawę jeżdżą razem.
Kiedy się poznali, Żąd był już doświadczonym karpiarzem, ale że wiedzy nigdy za wiele, postanowili wspólnie eksperymentować. Sprzęt wiadomo, kosztuje niemało,  a pensja policjanta do wysokich nie należy. Więc poszukują rozwiązań zastępczych. Najczęściej okazują się lepsze od tych, które firmują uznani dostawcy karpiowego sprzętu.
Najwięcej uwagi poświęcają jednak karpiowej zanęcie i kulkom proteinowym, a ostatnio również peletowi. Może by ich to tak mocno nie pasjonowało, gdyby łowili tylko na łowiskach komercyjnych. Oni jednak nade wszystko cenią sobie wody dzikie, często zapomniane, przez innych wędkarzy omijane, bo to małe jeziorka. W najbliższej okolicy, w promieniu kilkunastu kilometrów od Stargardu Szczecińskiego, takich jeziorek jest bez liku. Różnej wielkości karpie w nich żyją, a spotkanie z okazem o wadze kilkunastu kilogramów jest niemal pewne. Karpie trudno wykłusować, a inni wędkarze zapuszczają się na te małe akweny jedynie z wiotką spławikówką, by  sobie łowić karaski, płotki i krasnopiórki.
Lato i jesień obaj spędzają na dzikich  łowiskach. W poszukiwaniu karpi kierują się własnym nosem i zasłyszanymi informacjami, które jednak trzeba  zweryfikować. Poświęcają więc parę dni na obserwację wody. Zazwyczaj jadą z wędką spławikową lub z koszyczkiem, zanęcą na leszcza, łowią i obserwują wodę. Robią to na zmianę,  bo żaden z nich nie dysponuje taka ilością wolnego czasu, żeby mógł siedzieć nad wodą bez ograniczeń. Niejeden raz wracali z kwitkiem znad rzekomo bardzo karpiowego łowiska. Kiedy trafia na karpie, to przez kilka dni na zmianę, zawsze o tej samej porze, jeżdżą na łowisko, żeby je zanęcić.
Tak mija im lato i jesień, o tej porze każdą wolną chwile spędzają nad wodą. Późną jesienią  wyprawiają się  ze spiningiem na drapieżniki, a gdy  jeziora zamarzają, wypuszczają  sie na wędkowanie podlodowe. Potem znowu przychodzi wiosna i znów zaczyna świerzbić. Wtedy wyruszają na łowiska specjalne.
 Łowią w nich z musu. Nie przepadają za tamtejszą  atmosferą, ale doceniają ich zalety. Najczęściej są to akweny dość duże, ale płytkie, więc woda się w  nich nagrzewa o wiele szybciej niż w zbiornikach naturalnych, gdzie zresztą  takiego zagęszczenia karpi się nie spotyka. W łowiskach komercyjnych jest ich dużo, podczas żerowania wzruszają muł i woda jest mniej przejrzysta, tym samym nagrzewa się jeszcze szybciej.
Z tych to powodów  na początku kwietnia o złowieniu karpia w zbiorniku naturalnym można sobie tylko pomarzyć, natomiast  w łowisku komercyjnym o tej porze biorą już nieźle. To jedna zaleta komercji. Druga jest  taka, że obaj nasi znajomi mają czas na testowanie sporządzonych przez siebie kulek proteinowych. Później, kiedy wędkują w akwenach naturalnych,  nie mogą sobie pozwalać na  pomyłki, bo każda kosztuje wiele straconego czasu, żeby nie wspomnieć o pieniądzach.

Teraz kuchnia
Mączka rybna, mąka kukurydziana, mąka sojowa, kazeina albo mleko w proszku, pokarm dla psów w granulacie (ale drobno mielony), suszone skorupki z jaj, konopie, oczywiście kurze jaja, bo jakżeby bez nich miało powstać dobre ciasto. Te  składniki tworzą bazę, z której  powstają  kulki proteinowe. Podobną bazę ma niemal każdy karpiarz, więc i tutaj eksperymentują, żeby ich produkty wabiły lepiej od innych. Któregoś roku dodali do bazy ciasto na piernik, które można kupić  niemal w każdym sklepie spożywczym. Okazało się, że pomysł był dobry. Na kulki z piernikiem reagowały nie leszcze, czego się można było spodziewać, lecz właśnie karpie.
Dodatkiem, który zdaniem obu Piotrów ma duży wpływ na łowność kulek, jest suszony pokarm dla ryb akwariowych, na przykład kiełże. Piotrowie ich nie mielą, tylko do wyrobionego już ciasta dodają w całości. Do bazy dodają też niemielone  ziarno  przeznaczone do karmienia ptaków ozdobnych. Normalnie wszystkie  składniki bazy mieli się na proszek.  Piotrowie zdobyli się na eksperyment tyle ryzykowny, co bardzo udany. Po uformowaniu kulki, te niezmielone składniki wystają na zewnątrz. Kiedy kulka znajdzie się już w wodzie,  właśnie w tych miejscach zaczyna się rozpadać. Rozpada się o wiele szybciej od kulki  gładkiej, tym samym szybciej wabi karpie.
Jednym z najważniejszych dodatków do kulek są aromaty. To oczywiste, więc Antonowicz poświęcił im wiele uwagi. Dzisiaj do każdej kulki dodaje ekstrakt z wątroby. Nawet do tych, z których przebija smak owocowy. W każdej kulce jest też trochę rybiego oleju. Daje on kulce swój zapach, pozwala też dobrze wyrobić ciasto. Wszystkie składniki kupuje, jeden ma domowy, babciny. To truskawki, o których mówi, z żaden kupny dodatek im nie dorównuje. Wie co mówi, bo kilkakrotnie to sprawdzał. Babcia wkłada truskawki do słoiczka, zasypuje dużą ilością cukru i pasteryzuje. Tym sposobem powstaje syrop o intensywnym zapachu i kolorze. Piotr podkreśla wielokrotnie, że składniki, z których wyrabia kulki, nie zawierają konserwantów.
Z ciasta przeznaczonego na kulki wyrabia również pelet. Suszy go, żeby zachował swoje właściwości dłużej niż kulki.

Dzikusy
Sezon zaczyna na łowiskach komercyjnych, ale gdy woda w jeziorkach osiągnie 12 – 14  stopni, właśnie tam zaczyna nęcić.  Interesuje go bowiem łowienie karpi pływających dziko. Nazywa je dzikusami. To dopiero uważa za wyzwanie i wyżej sobie ceni złowionego dzikusa, który waży niecałe dziesięć kilogramów, od dwukrotnie cięższej ryby z łowiska specjalnego.
W jednym sezonie nie łowi więcej niż trzy do pięciu karpi powyżej piętnastu kilogramów. To już pokazuje, że łowienie karpi wcale nie jest łatwe, chociaż zwabia się  je w łowisko spora ilością dobrej, bogatej w białko zanęty. Wybierając  łowiska Piotr stosuje takie sposoby jak każdy karpiarz. Obserwuje,  wypływa i bada grunt tyczka albo ołowianym ciężarkiem tam, gdzie  wcześniej dostrzegł ryby. Ma jednak pewną przewagę:  jest zawodowym płetwonurkiem. Maska, fajka, pianka - taki ekwipunek mu wystarcza na wielogodzinną penetrację dna. Właśnie te podwodne obserwacje go  przekonały, że nie tylko na twardym dnie karpie żerują, ale  również tam, gdzie leży nawet  spora warstwa mułu. Wyjadają z niego ochotki i małe skorupiaki.
Piotr omija natomiast łowiska nawet atrakcyjne, ale znajdujące się blisko brzegu. Stwierdził bowiem,  że karp nie boi się  głośnych rozmów ani odgłosów płynącej łódki,  ale ucieka błyskawicznie i długo nie wraca, jeżeli wyczuje kroki ludzi lub zwierząt.

Kiedy Piotr rozezna łowisko, zaczyna nęcić. Całe i połamane kulki własnej produkcji oraz  kilka kilogramów kukurydzy – taką porcją nęci  raz na dobę. W jeziorkach, w których dopatrzył się dużych karpi, czasami nawet przez trzy tygodnie, zanim pierwszy raz zarzuci wędkę. Gdyby zrobił to wcześniej, powiedzmy po tygodniu, też  wyciągałby karpie, ale małe. Ryzykowałby też, że duże karpie w nęconym  łowisku się  nie pojawią,  bo byłyby przepłoszone.
Jako przykład podaje pewne jezioro. Opowiedzieli mu o nim znajomi, którzy nad jego brzegami mają tartak. Zachęcony ich opowieściami kilka dni przesiedział na dachu z lornetka przy oczach. Rzeczywiście, karpie były. Wśród kilkunastu sztuk, których waga przekraczała dwadzieścia kilogramów, widział też bardzo dużo małych,  ważących od pięciu do siedmiu kg. Kobra i rakietą nęcił je potem cały miesiąc. Łowisko wypatrzył niezbyt daleko od brzegu. Znalazł też miejsce na swoje stanowisko. Było ukryte w bardzo gęstym trzcinowisku, żadnego wędkarza nigdy tam  nie widział. Miesiąc łowienia i wynik taki: dwa karpie, które ważyły ponad osiemnaście kilogramów każdy,  i dużo znacznie mniejszych, ważących poniżej pięciu kilogramów.

Koniec języka za przewodnika
Łowienie karpi to zajęcie zupełnie szczególne  chociażby z tego powodu, że trzeba być pewnym, że w łowisku, które się zanęca, karpie naprawdę są. Więc zanim się zacznie przyglądać wodzie i szukać charakterystycznych znaków, jakie karpie po sobie zostawiają, trzeba o nie pytać miejscowych.
Któregoś razu Piotr został wezwany na akcję w okolice oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Myśliborza. Wśród miejscowych policjantów poznał kilku wędkarzy i zagadnął ich,  czy nie znają jakiś dzikich jeziorek z karpiami.
Tutaj warto wspomnieć, że właśnie w okolicach Myśliborza jest ogrom rozmaitych łowisk. Są jeziora przepływowe, zbiorniki zamknięte, rzeki i strumienie. Dlatego w najbliższym czasie będziemy tu zaglądać. Chcemy bowiem czytelnikom WP zaprezentować region jeszcze wędkarsko mało znany, a przy tym bardzo bogaty w turystyczne atrakcje. Jest tu bardzo dużo miejsc historycznych, które warto zwiedzać jeżdżąc   chociażby na rowerach wśród dzikich jeszcze terenów i mając tuż obok dobra bazę turystyczną.
Piotr zapytał o karpie w dzikich jeziorkach i dostał odpowiedź: “Po co ci dzikie jeziorka? Jedź na Królewskie, to się karpi nałowisz do bólu”.
 

Jezioro Królewskie Myśliborskie Towarzystwo Wędkarskie


Antonowicz  wraz z drugim  Piotrem trafili nad Jezioro Królewskie niedługo po powrocie z jednego  ze znanych łowisk karpiowych w centralnej Polsce, gdzie aa kilka dni łowienia zostawili pięćset złotych. Za dzień wędkowania w dzikim, myśliborskim jeziorze zapłacili 10 zł. Karpi jest tutaj tyle, ze nawet na wiosenne testowanie jezioro będzie się nadawać, chociaż jest głębokie i woda wolno się nagrzewa. Ma jednak rozległe płycizny, na które karpie wyjdą, kiedy tylko przygrzeje wiosenne słońce.

 

177  członków liczy Myśliborskie Towarzystwo Wędkarskie. Na początku tego roku wygrali przetarg  na Królewskie i od razu zaczęli je obficie  zarybiać. Robią to sumiennie i wyniki są widoczne. Na razie rozgłos o bardzo rybnym jeziorze poszedł po okolicy, ale MTW już się szykuje do  karpiowej  imprezy ogólnopolskiej. Jeżeli do niej dojdzie, nasza redakcja obejmie nad nią patronat, tak uzgodniłem z p. Januszem Sikorą, prezesem Towarzystwa. Poinformujemy czytelników o terminie zawodów, potem zamieścimy  relację, a już teraz wypowiedź  Krzysztofa Hubota, który w Jeziorze Królewskim złowił  największego karpia.
- Wśród członków naszego Towarzystwa karpiarzy jest niewielu, więc mocnej konkurencji nie mam. Ponadto  jezioro jest jeszcze niemal dziewicze, co mi  dodatkowo ułatwia zadanie. W tym sezonie złowiłem 74 karpie. Najmniejszy ważył 2,7 kilograma,  największy, ten rekordowy, 18,42 kg. W jeziorze przeważają karpie ważące około pięciu kilogramów. Na ogół karpie łowię na kulki kupowane, ale coraz częściej robię je sam. Na razie najlepiej mi się sprawdzają  smaki kraba i kukurydzy. W jeziorze jest sporo innych ryb, więc stosuję kulki o dużej średnicy i nigdy nie sypię ich w łowisko zbyt dużo. Dobre łowienie w Królewskim zaczyna się w maju.


Data publikacji: 14-06-2011    Kategoria: Grunt


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj