POD POWIERZCHNIĄ
NA BARDZO DUŻYCH DYSTANSACH

Sbirulino powstało z myślą o tych wędkarzach, którzy łowią  pstrągi w stawowych łowiskach specjalnych, szybko jednak trafiło także na wody otwarte. Było przecież do przewidzenia, że dzikie ryby też docenią zalety tego pływaka.

obrazek

Co roku stawowym łowiskiem pstrągów tęczowych staje się również, na krótko, zbiornik o nazwie Rybnik. Włada nim Toruńskie Towarzystwo Wędkarskie. Kilka tygodni przed zawodami “Pstrąg spod lodu” zbiornik zostaje zarybiony. Podczas zawodów pewna ilość pstrągów, najczęściej mniej niż połowa, jest wyławiana. Po zawodach łowisko udostępnia się członkom Towarzystwa. Wtedy jednak łowi się już znacznie trudniej, bo w warunkach naturalnych pstragi tęczowe z każdym dniem coraz bardziej dziczeją. Właśnie w takim łowisku postanowiliśmy poddać sbirulino generalnej próbie.
Łowiło  trzech wędkarzy, każdy innym sposobem. Jeden – to ja nim byłem -  na wahadłówkę, obrotówkę i na woblery. Drugi wędkarz,  Lech Lewandowski,  stosował metodę bocznego troku. Praktyka wykazała już wcześniej, że jest ona w Rybniku skuteczna, kiedy pstrągi biorą bardzo słabo, czyli właśnie tak jak dzisiaj. O tej mizerii powiedzieli nam wędkarze, którzy po sąsiedzku łowili na kukurydzę, czerwone lub białe robaki albo na spining. Była godzina jedenasta, a oni od rana nie złowili żadnego pstrąga.
Lech Lewandowski łowił bocznym trokiem,  na haczyk zakładał sam ogonek najmniejszego twisterka. Na taki zestaw już wcześniej osiągał w Rybniku niezłe wyniki (kilka dużych okoni i sporo pstrągów). Dzisiaj także on   przez trzy godziny nie miał brania.
Trzeci wędkarz, Wojciech Olszewski, łowił na rodzime sbirulino, czyli kawałek stearynowej świeczki. On jeden  z naszej trójki  złowił pstrągi. Oto jego relacja:
---
Sporządziłem zestaw z żyłki dwudziestki. Na jej kawałek o długości kilkunastu centymetrów nanizałem świeczkę. Jej ruchy  ograniczyłem dwoma krętlikami. Do jednego przywiązałem żyłkę główną, do drugiego też dwudziestkę, ale fluorokarbonową,  do niej z kolei łososiową muszkę. Na dosyć ciężkim haczyku nie było wiele pierzastej dekoracji,  więc muszka dosyć szybko tonęła. Postanowiłem łowić nią  przez godzinę. Gdyby w tym czasie  brań nie było, zamierzałem zamienić tę przynętę na  inną.
obrazek

 Zarzucałem z kija o długości 2,5 m, najdalej jak tylko mogłem. Chociaż świeczka ważyła około 60 gramów, zestaw wcale nie leciał tak daleko, jak się spodziewałem. Nie mogłem się solidnie zamachnąć, bo przypon ze sztuczną muszką miał półtora metra,  a  za moimi plecami była albo skarpa, albo suche trzciny. Gdy po  upadku świeczki powierzchnia wody się uspokoiła, ściągałem zestaw na dystansie dwóch – trzech  metrów  i zostawiałem go w spokoju tak długo, aż uznałem, że muszka już opadła i zwisa pod świeczką.
Czas opadania muszki ustaliłem sobie podczas prób przy brzegu. Podczas ściągania zestawu muszka podnosiła się i płynęła kilka centymetrów pod powierzchnią. Gdy przestałem ściągać, ona zaczynała tonąć, a ja liczyć.  Kiedy   doliczyłem do dziesięciu, była pod świeczką.
obrazek
Wcześniej o łowieniu z pływakiem sbirulino wiedziałem tyle, że on się nie poddaje żadnym  regułom  i  że są sbirulina pływające, tonące i bardzo wolno tonące. Wiedziałem też, że sbirulino tonące i wolno tonące trzeba cały czas  ściągać. Miałem sbirulino pływające, więc mogłem je prowadzić dowolnie.
Już na początku się okazało, że tonące sbirulino byłoby lepsze od świeczki. Mając bowiem w zestawie świeczkę, mogłem poprowadzić muszkę nie niżej niż półtora metra pod powierzchnią i to tylko wtedy, kiedy w bezruchu zwisała pod świeczką. Z tego powodu poza moim zasięgiem pozostawały te partie wody, których głębokość przekraczała cztery metry. Gdyby pstragi żerowały przy powierzchni,  nie miałbym problemu, ale dzisiaj ich tam nie było, a w ogóle wykazywały nikłą aktywność.
Zdecydowałem się więc zestaw kilka metrów przeciągać, a potem dać spokój. Jeszcze podczas wędkowania pod lodem spostrzegłem, że słabo żerującym tęczakom trzeba przynętę pozostawiać bez żadnego ruchu nawet przez kilka minut.
obrazek
Wybrałem płytką zatokę, do której lekki wiatr zaganiał fale, i zacząłem łowić. Wiadomo, że nawet gdy fala jest niewielka, to brań nie widać, ale bez obaw. Pływająca świeczka jest swoistym urządzonkiem samozacinającym. Kiedy bowiem ryba szarpnie przynętę,  musi pokonać opór pływaka (w tym przypadku świeczki), więc zatnie się sama. W czasie godzinnego wędkowania dwa razy coś moim kijem porządnie szarpnęło. Niestety,  nie zdołałem tego  dociąć, bo działo się to akurat wtedy, gdy żyłka była luźna, a muszka już od
obrazek
dłuższego czasu wisiała pod świeczką.
Założyłem więc muszkę bardziej kolorową i o większej wyporności. Tonęła znacznie wolniej. Jak się okazało, to był błąd, bo przez godzinę nie miałem nawet brania. Dopiero kiedy tę muszkę zamieniłem na dżig z białym korpusem bogato ozdobionym mylarem złowiłem pierwszego pstrąga tęczowego. Biały dżig, na jednogramowej główce tonął szybciej i to zapewne prowokowało pstrągi do brania.
Dżig tonął szybciej, a łowiłem nim podobnie jak muszką łososiową. Zestaw podciągałem kilka metrów i na krótko pozostawiałem go w spokoju. Poza tęczakami, które tym
obrazek
sposobem złowiłem, miałem jeszcze kilka brań.
Myślę, że przy spiningowaniu, podobnie jak podczas łowienia pod lodem, trzeba koniecznie ustalić, w jakiej warstwie wody tęczaki przebywają. Może to trochę potrwać, ale nie będzie to czas stracony. Niestety, tym sposobem trafimy tylko na te najmniejsze tęczaki. Duże sztuki,  kilkukilowe, których w Rybniku jest sporo, pływają bez towarzystwa i trudno ich zachowanie dopasować do jakiejkolwiek reguły. I chyba właśnie dlatego tak urosły.


Data publikacji: 21-05-2016    Kategoria: Spining


Liczba komentarzy: 1    Pokaż     
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj