MIĘTUSOWE OSTATKI

Pobyt  nad rzeką, uśpioną w listopadowym mroku, owocuje przemożnym wyciszeniem, które ogarnia wraz z upływem tak spędzanego czasu...

obrazek

Późnojesienne, sobotnie popołudnie. Zmierzcha – o ile tak można powiedzieć o schyłku ostatniego listopadowego dnia. Słońce nie pokazuje się już od tygodnia i w zasadzie, z chwilą gdy wskazówka zegarka mija godzinę szesnastą, całodzienna szarówka zamienia się w gęstą jak mleko, mglistą ciemność. Księżyc dziś nie wzejdzie. Jest nów, który dodatkowo spotęguje mroki tej nocy. Nie pada, ale powietrze jest tak przesycone wilgocią, że wszystko kapie. Kapią bezlistne, zamarłe w jesiennym odrętwieniu gałęzie drzew, kapią brunatne łodygi obumarłych traw, kapie sierść wyjącego z oddali bezpańskiego psa i kapiemy my. Nocny chłód wypełzł już z rzecznej doliny i teraz skrada się, by nas dręczyć niczym topielica, swoim lodowatym dotykiem. Nie próbujemy rozpalać ogniska, ani nawet niewielkiego turystycznego grilla. W takiej wilgoci, ogień nie ima się niczego. Tej nocy jedyną namiastką ciepła, będzie błękitny płomień turystycznej maszynki. Zapalimy ją dopiero za kilka godzin i tylko na chwilę. Ot, by pokrzepić się łykiem gorącego żurku.

Ale na razie trwamy. W zimnie, w ciszy i w skupieniu, by celebrować wyjątkową noc sezonu - miętusowe ostatki. Wszystko co żyje – od człowieka, przez tego wyjącego z oddali psa, po najmniejszą warciańską uklejkę - szuka dziś schronienia. Byle jakoś przetrwać zimno długiej jesiennej nocy. Niewiele istot, jest zdolnych istnieć pełnią życia w tych warunkach.  Dziś, w tym majestacie zamarłej przyrody, zatracą się tylko miętusy i nas dwóch - by polować. Skryte i ulotne jak zjawy miętusy, na struchlałe małe rybki, a my na miętusy. W ten sposób domknie się ogniwo odwiecznego łańcucha i dopełni nierozerwalny związek człowieka z przyrodą.

 

Milczymy. Od najbliższych ludzkich sadyb dzielą nas hektar pola i tyle samo lasu. Dość, by skutecznie odciąć nas od cywilizacyjnego zgiełku. Znikąd łuny sztucznego światła, odgłosów z wiejskiej karczmy, ani warkotu przejeżdżającego samochodu. Nic – tylko ciemność. Gdy do niej przywyknąć, dostrzeże się kontury drzew na przeciwległym brzegu i falkę na rzece - ślad przepływającego bobra. I cisza – z początku tak głucha, że trudna do zniesienia dla człowieka nawykłego do codziennego zgiełku. Ale w miarę upływu czasu, daje się słyszeć coraz więcej. Szelest zwiędłej trawy rozstępującej się przed wydrą, głuchy łopot skrzydeł przelatującej sowy, ostatni pisk gryzonia, który przed chwilą wpadł w szpony łasicy czy lisa.

 

Wyprawa na miętusy to przeżycie. Pobyt  nad rzeką, uśpioną
w listopadowym mroku, owocuje przemożnym wyciszeniem, które ogarnia wraz z upływem tak spędzanego czasu. Za chwilę Lech wypowie słowa, które głęboko wyryją się w mojej pamięci: „Wiesz, najcenniejsze jest bycie w takich okolicznościach przyrody. Ona pozwala odzyskać właściwą perspektywę. Cóż znaczy pęd życia? Czymże jest człowiek i jego zwykłe sprawy, wobec tajemnicy świata, który tu nas otacza?...”.

 

Leszek to częsty towarzysz moich wędkarskich wypraw. Wędkarz? – na pewno wielki sympatyk wędkarstwa – jak sam siebie określa. Owszem – zdarzy mu się przerzucić którąś z moich wędek, a nawet zaciąć branie i wyholować rybę. Ale przede wszystkim, Leszek bardziej kontempluje, niż uprawia wędkarstwo. I jest ambasadorem właściwych wymiarów tego hobby.

 

Miętusowa zasiadka to zajęcie dla ludzi wierzących. Miętusy są ulotne jak metafizyczne byty. Wielu o nich słyszało, mało kto je widział. Pozostają nierzeczywiste – dopóki nie zobaczysz brania, nie poczujesz na końcu wędki niemrawych, tępych szarpnięć  -  dopóki w świetle latarki nie ujrzysz bursztynowo-marmurkowego deseniu i nie dotkniesz nieprawdopodobnie delikatnej miętusowej skóry. Aby tego doświadczyć trzeba wierzyć, że istnieją - za każdym razem, gdy w listopadzie, irracjonalny instynkt każde nocą zasiąść nad rzeką.

 

Wierzymy więc... Że miętusy dziś żerują, że odnajdą i zechcą wziąć przynętę na haczyku i…, że w ogóle tu są. Ja jestem w tych okolicach po raz drugi, Leszek po raz pierwszy. Dla mnie to jedna z wielu, dla niego druga, może trzecia w życiu, nocna wyprawa nad listopadową rzekę. Dla nas obu symboliczna – bo to ostatnia zasiadka na miętusy w tym sezonie. I ostatnia w tym roku szansa na spotkanie z tą magiczną rybą. Tegoroczna jesień nie była zbyt łaskawa. Zawodziły bankowe miejscówki, nie sprawdzały się tak skuteczne w poprzednich latach przynęty. I nade wszystko brakowało czasu, by oddać się temu misterium. Nie zawiodła tylko nadzieja. Że następnym razem... Że może właśnie dzisiaj…

A jeśli nie? Znów zacytuję słowa mojego towarzysza: „Złowienie miętusa to już wartość dodana…”.

 

Gdy tak wpatrzeni w mdły seledyn świetlików na wędkach, chłonęliśmy majestat zastygłej przyrody, zerwał się wiatr. Zmącił ciszę, przyniósł przelotne opady deszczu ze śniegiem i wyciągnął z podwodnych jam, rzeczne lamparty. Ukazały się! Szczytówka wędki zadrgała i skłoniła się. Po chwili gruby, centkowany wątłusz, wił się na brunatnej trawie. 42 cm tajemniczego piękna...

 

Leszek oniemiał. Ten miętus był wyjątkowy - choć dla każdego z nas, w nieco innym wymiarze. Dla Lecha – to pierwszy w życiu i jedyny do tej pory. Dla mnie – pierwszy i ostatni tego roku. Nigdy nie widziałem, by ktoś tak zachwycił się rybą, choć sam przecież czułem ogromną radość, z faktu jego złowienia. Podziwialiśmy jego barwy, wężowe  ruchy, uzębioną szczękę z charakterystycznym wąsikiem. A złowiony miętus hipnotyzował swoim szaro granatowym, mętnym, jakby nieobecnym wzrokiem.

Gdy ugięła się druga wędka, zatrząsł się świetlik i zadźwięczał dzwoneczek, żaden z nas nie podbiegł, by zaciąć następne branie. Po chwili ryba zerwała z haka tłustą rosówkę i bezpiecznie odpłynęła. Pozwoliliśmy jej na to. Byliśmy spełnieni...

 

(…)

 

W tym momencie można by zakończyć to opowiadanie, jako, że koniec tej historii miał być prozaiczny. Złowiony miętus miał ucieszyć podniebienia, a jego wątróbka i gonady stać się rytualną ucztą -  zaszczytem dla łowcy. Przed północą zakończyliśmy zasiadkę, zwinęliśmy sprzęt i ruszyliśmy w drogę powrotną – z rybą pływającą w wiaderku z lodowatą wodą. Po drodze odwiozłem do domu Leszka, który pragnął pokazać naszą zdobycz rodzinie i wykonać kilka pamiątkowych zdjęć.

Gdy tak staliśmy gawędząc nad wiaderkiem z miętusem,  wybiła północ – 1 grudnia. Popatrzyłem na niego. Coś mnie ścisnęło w dołku i zrobiło mi się głupio. Ale miałeś pecha, cętkowany  bracie…

Wróciłem do domu, a ryba wylądowała na balkonie w misce ze świeżą wodą. Było zbyt późno, by jeszcze go sprawiać i smażyć. Wszyscy spali.

 

Nazajutrz, wziąłem miętusa w ręce, by ostatni raz nacieszyć oczy jego pięknem, a potem... Odebrać mu życie. Pod delikatną jak atłas mozaikową skórą napięły się wszystkie jego mięśnie. Wciąż był taki silny.

 

Znów, coś mnie ścisnęło - jak wczoraj o północy - i poczułem, że nie wolno mi tego zrobić. O zmroku, stanąłem na brzegu Warty. Delikatnie wyjąłem miętusa z wiaderka i zwróciłem rzece. Jeszcze przez chwilę obserwowałem go w świetle latarki. Powachlował motylimi płetwami i wijąc się jak wąż, rozpłynął się.  Jak widmo, jak duch w grudniowej nocy. W zamian za ocalone życie, zostawił coś bezcennego.

Wiarę, że gdzieś tam jest…                                                                                 

 

Rafał Wroński "Mepsik"

 



Data publikacji: 07-12-2017    Kategoria: OPOWIADANIE


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj