KIJE DO BOCZNEGO TROKA

Popularność bocznego troku sprawiła, że niemal wszystkie wędkarskie sklepy oferują nam kilkanaście, a niektóre nawet kilkadziesiąt kijów specjalnie do tej metody przeznaczonych. Każdy z nich ma inne parametry rzutowe, inną akcję, a także inną szczytówkę, co w tym przypadku jest najważniejsze.








Metoda łowienia bocznym trokiem nie jest prosta, choć tak się na pierwszy rzut oka wydaje. Wprawdzie na boczny trok można złowić każdą rybę, lecz w praktyce służy on głównie do połowu okoni*. Kiedy biorą dobrze, to ani prowadzenie zestawu, ani kij, którym się posługujemy, nie mają na wyniki większego wpływu. Jeżeli ryba (nawet mała) dobrze przynętę połknęła, to stawia taki opór, że widać to na szczytówce, czuć na dolniku, a zacinać nie potrzeba, bo boczny trok to swoista samołówka. Problemy zaczynają się wtedy, gdy okonie żerują słabo lub ich zachowanie jest odmienne od tego, do czegośmy przywykli.
 

W metodzie bocznego troku prowadzenie zestawu polega najczęściej na tym, że się go wlecze po dnie. Jest to jednak skuteczne tylko wtedy, gdy tę czynność wykonujemy kijem. Jeżeli w tym celu posłużymy się kołowrotkiem, to nie wyczujemy struktury dna, a oporu ciężarka nie odróżnimy od zaczepu i od brania.
Po zarzuceniu szczytówka ma "patrzeć" na to miejsce, gdzie przynęta upadła na wodę. Później ruchem kija w prawo albo w lewo napinamy linkę i zestaw ściągamy. Kiedy kij znajdzie się w pozycji równoległej do brzegu, szczytówkę kierujemy na wodę i równocześnie nawijamy luźną żyłkę na kołowrotek.

Kto choć raz tak właśnie łowił, zapewne spostrzegł, że okonie biorą na kilka sposobów.

= Szczytówka ugina się stopniowo, zależnie od tempa ściągania zestawu.

= Szczytówka ugina się szybciej i bardziej dynamiczne, niżby wskazywało na to tempo ściągania.

= Szczytówki wygina się raptownie, jakby pod wpływem uderzenia.


 
 
Stosuje się również prowadzenie - jak mówią spiningiści - "z podbicia". Polega ono na tym, że kijem wykonujemy takie ruchy, jak przy dżigowaniu. Podrywając szczytówkę pociągamy trok z ciężarkiem. Odrywamy go od dna lub raptownie po nim przesuwamy. W tym czasie przypon z przynętą wykonuje ruch równie szybki jak ołów, ale ponieważ jest lekki, na dno opada bardzo powoli. Łowca ma na to duży wpływ, od niego bowiem zależy grubość przyponu i jego długość, a także wielkość przynęty i ciężar haczyka.












































Do bocznego troku stosuje się albo wklejanki, albo wędziska zbudowane na blankach o akcji parabolicznej. Jedne i drugie mają się tak uginać, żeby biorącej rybie nie stawiały oporu, a przynajmniej żeby ten opór był nieznaczny. Podczas połowu okoni dochodzi niekiedy do zjawiska, o którym wędkarze mówią, że "okoń się odbił". Trudno powiedzieć, co naprawdę dzieje się pod wodą, ale na wędce wygląda to tak: szczytówka nieznacznie się ugina i kiedy już zamierzamy zacinać**, wyczuwamy puknięcie, po którym zestaw robi się luźny. Można by uznać, że przyczyną tego zjawiska jest nieznane nam dotąd zachowanie okoni lub niedoskonałość sprzętu. Można by, gdyby nie wędkarska dociekliwość.

Otóż przypuśćmy, że znalazł się spiningista, który postanowił wybrać się na okonie i łowić je metodą bocznego troku. Chciał przy tej okazji przeprowadzić pewne doświadczenie, dlatego zabrał nad wodę dwa kije. Przyjmijmy, że jego pierwszy kij ma wklejkę z włókna węglowego, na której mieści się pięć przelotek (jest to więc wklejka dość długa). Badając kij "na sucho" odniósł wrażenie, że jest elastyczny***.

Drugi kij ma szczytówkę bardziej miękką. Wklejka jest tak samo długa jak w pierwszym, ale cieńsza i wykonana z włókna szklanego. Podczas badania "na sucho" można było sądzić, że kij jest mało dynamiczny. Zabierając się jednak do łowienia techniką bocznego troku trzeba wiedzieć, że wklejka, chociaż to też element kija, spełnia jedynie funkcję sygnalizatora brań. Kiedy łowimy kijem ze szczytówką węglową, okonie się od niej "odbijają". Uznajemy więc, że słabo biorą lub że mamy złą przynętę. Kiedy jednak weźmiemy do ręki kij nr 2, to już po pierwszym rzucie przestajemy sądzić, że okonie się źle zachowują lub nie mają apetytu. Na miękkiej bowiem szczytówce wyraźnie widać poszczególne etapy brania.
Zaczyna się to od nieznacznego ugięcia szczytówki. Żeby wygięła się mocniej, czasami trzeba nawet trzy razy obrócić korbką. Gdyby jednak wędkarz już wtedy próbował zacinać, to okonia na haczyku mieć nie będzie. Żeby się tam znalazł, potrzeba jeszcze kilku obrotów. Wtedy szczytówka wygnie się jeszcze bardziej, a łowca poczuje wyraźny opór. Po płynnym odciągnięciu kija stwierdzi, że na haczyku trzepocze się ryba.
Z takimi braniami na raty mamy do czynienia wówczas, kiedy zestaw jest wleczony po dnie. Do takiego prowadzenia lepsze są z wklejkami szklanymi. Gdy natomiast łowimy "z podbicia", bardziej przydatne są kije z końcówką węglową. Jest ona sztywna, więc zapewnia nam lepszą kontrolę nad podrywanym z dna ciężarkiem. Brania też są inne, bardziej zdecydowane, dlatego zacinać powinniśmy szybkim ruchem nadgarstka. Twarda szczytówka taką czynność też zdecydowanie ułatwia.

Wędrować po brzegu z dwoma kijami to kłopot, ale w łódce, nawet dużej, wcale nie jest wygodniej. Zresztą nie chodzi tylko o to, że one zajmują dużo miejsca. Ważniejsze jest, że zmieniając kij, trzeba się w niego od nowa włowić. W metodzie bocznego troku można tę sprawę załatwić dość prosto: zamiast zmieniać kij, wystarczy zmienić linkę.

Rozpatrzmy to na przykładzie. Łowimy "na ciąganego" kijem ze szklaną szczytówką. Okazuje się, że wprawdzie brania są kiepskie, ale okonie atakują przynętę, gdy ona raptownie skoczy. Przypuśćmy, że we wleczonym zestawie ciężarek zahacza o coś na dnie. Podciągamy zestaw silniej, żeby go wyrwać, i to się udaje. Po wyrwaniu napięta żyłka sprężynuje i raptownie ciężarek ściąga. Gdy on tylko upadnie na dno, następuje branie. Nic tylko przejść na metodę "podbicia"! Kija zmieniać nie trzeba, wystarczy żyłkę zamienić na cienką plecionkę. Jest nierozciągliwa, a to sprawi, że przy podrywaniu ciężarka z dna miękka szczytówka będzie nas dość dokładnie informować o tym, co się w wodzie dzieje z zestawem.
I odwrotna sytuacja. Łowimy wklejanką ze sztywną szczytówką węglową. Z "podbicia" brań nie ma, więc należy spróbować "na wleczonego". Jeżeli do tej pory używaliśmy plecionki (przy poprzednim sposobie łowienia była ona bardzo przydatna) albo grubej żyłki, zamieniamy ją na żyłkę bardzo cienką, na przykład 0,12. Jej duża rozciągliwość zadecyduje o tym, że zestaw jako całość stanie się wystarczająco elastyczny. Wprawdzie nigdy nie uzyskamy takiego efektu, jaki zapewnia długa szklana szczytówka, ale sztywność naszej szczytówki węglowej nie będzie nam już tak bardzo przeszkadzać.
Specjaliści od bocznego troku przygotowują sobie oddzielne kije do różnych sposobów łowienia i do rozmaitych sytuacji. Zwykle są to kije ze szklanymi szczytówkami i plecionką na kołowrotku. W tym zestawie tylko przypon z przynętą jest sporządzony z żyłki, a jego grubość i długość dobiera się stosownie do aktywności ryb. Gdy biorą dobrze, ma długość około 40 cm i jest wykonany z żyłki 0,16, a nawet grubszej. Przy słabym żerowaniu stosuje się przypony o długości 60 - 80 cm, a nawet metrowe, z żyłki 0,12 mm.

* Na boczny trok można łowić nie tylko okonie, ale niemal wszystkie ryby: sumy, dorsze, sandacze, nawet bardzo duże leszcze. I chociaż metoda ta sama, to kij trzeba dostosować do wielkości przynęt i obciążenia. Trudno sobie przecież wyobrazić, że ktoś chciałby na wklejankę łowić sumy lub polować na sandacze w rzece z nurtem tak bystrym, że ciężarek musiałby ważyć 50 g. Dlatego w tym artykule zajmiemy się tylko kijami najczęściej używanymi, czyli takimi, których ciężar wyrzutu nie przekracza 10 g.

** Zwykle łowiąc metodą spiningu zacina się ryby dynamicznie z nadgarstka lub przedramienia. Boczny trok jest pod tym względem wyjątkiem, używając bowiem tego sposobu zacina się długim płynnym ruchem wędziska, jakby się chciało bardziej napiąć żyłkę.


*** We wklejankach ta część blanku, do której umocowany jest element szczytowy, nie bierze udziału w łowieniu. Różnica bowiem twardości (elastyczności) szczytówki w porównaniu z resztą kija jest bardzo duża. Dlatego w przeciąganiu zestawu uczestniczy tylko szczytówka, podobnie jest podczas brania. Część blanku, znajdująca się za elementem wklejonym, pracuje dopiero w czasie holu.

 

Bardzo ciekawe rozwiązanie znaleźli spiningiści startujący w zawodach. Tam liczy się czas, więc szkoda go tracić na wiązanie. Linką główną jest plecionka zakończona krętlikiem. Do jego drugiego oczka przywiązany jest trok (również plecionkowy) z ołowianym ciężarkiem. Do tego samego oczka wiąże się trok żyłkowy, na którym znajdzie się przynęta. Jeżeli dochodzi do zaczepu, urywa się jedynie trok żyłkowy. Gdyby go wiązać od nowa, trzeba by wykonać dwa węzły, jeden na krętliku, drugi na haczyku.
Wspomniany tu sposób, który pozwala uniknąć tego żmudnego zabiegu, jest bardzo prosty. Na wewnętrzną stronę kamizelki naszywa się skrawek filcu, a potem wbija w niego haczyki z przyponami o rozmaitej grubości. Żyłka zwisa swobodnie. Nie plącze się, bo nie jest zakończona pętelką, a węzeł jest tylko przy haczyku. Gdy jest nam potrzebny nowy przypon, po prostu wyjmujemy haczyk z filcu, a zwisająca żyłka wychodzi gładko. Długość przyponów trzymanych pod kamizelką dochodzi do 60 cm, ale tej granicy nie przekracza. Na łowisku bowiem takie są nam najczęściej potrzebne.

Wszystkie sposoby prowadzenia zestawu z bocznym trokiem pochodzą od dwóch sposobów podstawowych: wlecznia i podbijania. Można krócej lub dłużej przetrzymywać zestaw w bezruchu, wyżej i częściej podrywać ciężarek, stosować inne tempo prowadzenia itd. O tyle będą się te sposoby różnić i trzeba się zdecydować, który z nich w danej chwili i miejscu będzie najwłaściwszy. Wszakże wszystkie one mają pewną rzecz wspólną: gruchot ołowiu o dno, który mocno okonie prowokuje. Bez niego nie ma połowu na boczny trok.


Do bocznego troku używamy zwykle haczyków z oczkiem. Są znacznie droższe od haczyków z łopatką, a także od często stosowanych haczyków muchowych, ale nad wodą łatwiej i szybciej się je wiąże, co ma duże znaczenie zwłaszcza podczas zawodów. Gdy jednak zapas przyponów sporządzamy w domu, to na czasie tak bardzo nam nie zależy, możemy więc sobie pozwolić na trudniejsze do wiązania, ale tańsze haczyki z łopatką. Skuteczność zacięć jest taka sama, a koszty znacznie mniejsze.
Utrapieniem wędkarzy łowiących bocznym trokiem są zaczepy (żyłkę trzeba urwać) oraz racicznice (ostre brzegi muszli ją przecinają). Niestety, najwięcej ryb przebywa właśnie w takim sąsiedztwie. Jeżeli okonie dobrze żerują - ale tylko pod tym warunkiem! - można zastosować przypony z plecionki i druciane haczyki z oczkiem. Plecionka jest na tyle silna, że haczyk się rozegnie i można mu potem nawet palcami (bez narzędzi) przywrócić poprzedni kształt. Przypon z plecionki ma jednak znaczną pływalność, co jest jego wadą. Żeby jej skutki zniwelować, trzeba na trzonku haczyka zacisnąć ołowianą śrucinę. Owszem, można kupić i zastosować małe dżigi (ważą od 0,2 do 1,5 g), ale druciak i śrucina są równie skuteczne, a znacznie tańsze.
Boczny trok otwiera przed łowcą okoni ogromne możliwości. Ile ich wykorzysta, zależy tylko od jego pomysłowości. Przyzwyczajenie do paprochów (najmniejsze twistery) jest bardzo duże. Z tego powodu zapominamy, że są także małe obrotówki i woblery. Niewielu z nas posługuje się bardzo małymi wahadłówkami, rzadko też łowimy w toni. Powód jest taki, że o skuteczności bocznego troku najbardziej decyduje to, co ołowiany ciężarek wyczynia na dnie. Odgłos uderzeń lub szorowania przyciąga nie tylko ryby drapieżne, białoryb też zwraca na to uwagę. Coś się tam dzieje, może będzie okazja, żeby się pożywić? Nie jest to wcale nadzieja złudna, bo żywy pokarm wielu ryb właśnie w mule lub zakamarkach dna szuka schronienia.

Boczny trok jest metodą dynamiczną. Ściągamy, szarpiemy, jeżeli przynętę trzymamy w bezruchu, to całą uwagę skupiamy na szczytówce i sygnalizatorze brań. Także wtedy napięcie nas nie opuszcza i rękę mamy cały czas zaciśniętą na dolniku.

Tak się dzieje podczas łowienia w opadzie, ale przecież opadem kończy się każdy sposób połowu. Gdy przestajemy ściągać, trok opada, a my wtedy czekamy na branie. Zupełnie przy tym zapominamy, że larwy wielu owadów dorastające w mule o właściwej dla nich porze odrywają się od dna, unoszą ku powierzchni i właśnie w toni wyłapują je ryby rozlicznych gatunków. Niektóre larwy, na przykład ważek, mają po pięć centymetrów i duże ryby bardzo je sobie cenią. Znajdujemy je w żołądkach sandaczy i sumów. Czemuż więc, łowiąc metodą bocznego troku, nie rzucić na dwumetrowym przyponie małego woblerka o znikomej pływalności? Najpierw ołowiany ciężarek pociągnie go do dna, wobler trochę po nim poszoruje, by później powoli, powoli, jak przepoczwarzający się owad ...
Wiesław Dębicki  



Data publikacji: 19-06-2011    Kategoria: SPRZĘT


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj