KARASIE Z JEZIORA


Jeziorowe karasie są przebiegłe i ostrożne. Ładnych kilka lat upłynęło, zanim poznałem ich zwyczaje, rozpracowałem żerowiska i dobrałem skuteczne przynęty. Teraz mogę się poszczycić, że złowiłem już kilkanaście sztuk ważących powyżej dwóch kilogramów.


Karasiowe olbrzymy to ryby otwartej wody. Poza okresem tarła (przełom maja i czerwca) na próżno ich szukać w zielsku. W moim jeziorze (60 ha powierzchni, głębokość do 12 m) trzymają się partii wypłyconych o głębokości do 5 metrów. Trasa ich codziennych wędrówek wiedzie wzdłuż stoku, lecz poza przybrzeżną roślinnością. O świcie patrolują dolną jego krawędź, potem przenoszą się bliżej środka jeziora, skrupulatnie wygrzebując z mulistych blatów larwy owadów, robaki i drobne ślimaki. Po zachodzie słońca ponownie pojawiają się pod brzegiem. Jeżeli noc jest ciepła, biorą aż do północy. Łowię je na drgającą szczytówkę, nocą ze świetlikiem. Żyłka główna ma średnicę 0,16 mm, przypon jest długi na 70 cm, z krętlikiem. Nad nim zakładam płaski ciężarek o wadze 10 g, węzeł zabezpieczam gumowym stoperem.
Na początku starałem się przywabić karasie zwykłą zanętą spożywczą z dodatkiem białych robaków lub pokrojonych dżdżownic. Owszem, karasie brały, ale tylko patelniaki o wadze nie przekraczającej pół kilograma. Spróbowałem zastosować grubszą karmę. Na pierwszy ogień poszła pszenica, po niej konserwowa kukurydza. Wystrzeliwałem je procą. Łowiłem jednak tylko leszcze, płocie i krąpie. Karasie wyraźnie w tym nie gustowały. Coś jeszcze grubszego? Wybór padł na słodki łubin. Moczę go 2 - 3 dni, potem gotuję kilka godzin na wolnym ogniu. Mimo tak długiego przygotowania on i tak nie jest jeszcze miękki, ale dzięki temu mam przynętę selektywną, do której małe ryby nie podchodzą. Łubin doceniły natomiast duże karasie. Sypałem im go przez trzy dni po kilogramie. Zanim jednak złowiłem pierwszego olbrzyma, musiałem się jeszcze czegoś nauczyć.
Podczas pierwszej zasiadki z łubinem (zakładam jedno ziarno i blokuję je białym robakiem) miałem kilka ładnych brań, ale żadnego nie potrafiłem zaciąć. Choć szczytówka mocno mi się wyginała, za każdym razem wyciągałem pusty haczyk. Zirytowany położyłem wędkę na kolanie i mocno uchwyciłem rękojeść. Kolejne branie zaciąłem już w chwili, gdy żyłka zaczynała się gwałtownie prostować. Wreszcie na wędce poczułem rybę. Jak się po chwili okazało, był to mój pierwszy w życiu duży karaś.
Doszedłem do wniosku, że duży karaś zachowuje się niczym pies. Gdy schwyta zdobycz, nie połyka jej od razu, lecz ucieka z nią do kryjówki. Napotykając opór zestawu zrywa przynętę albo ją wypluwa. Dlatego brania dużych karasi trzeba błyskawicznie zacinać.
Jarosław Gajek


Data publikacji: 21-07-2011    Kategoria: Grunt


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj