NAJPIERW PREZENTACJA POTEM SYGNALIZACJA


Ktoś mnie zapytał, jak rozłożyć obciążenie zestawu do łowienia w rzece, aby zapewnić sobie jak najlepszą sygnalizację brań. Odpowiedziałem pytającemu, że stawia sprawę na głowie, bo  obciążenie dobiera się do zestawu, a nie do łowiska. Przynętę trzeba bowiem w sposób możliwie naturalny podać tam, gdzie ryby żerują, po prostu  właściwie ją zaprezentować. Sygnalizacja to sprawa drugorzędna. Zazwyczaj trudno ją pogodzić z dobrą prezentacją, lepiej jednak mieć dużo brań, których   nie widać, niż dobrze widzieć brania bardzo rzadkie.


Do łowienia w rzekach stosuję trzy podstawowe typy zestawów. Pierwszy  z nich ma  obciążenie w postaci oliwki lub łezki. Po przegruntowaniu ołów położony na dnie pozwala długo przetrzymywać zestaw w jednym miejscu. Na długim przyponie, na ogół od 50 do 100 cm, przynęta może się  swobodnie poruszać nad dnem. Przyponu zazwyczaj nie obciążam. Czasem tylko, kiedy łowię w silnym nurcie, który odrywa przynętę od dna, dociążam przypon jedną lub dwoma śrucinami. Ten zabieg stosuje tylko wtedy, kiedy w łowisku są leszcze.


Zestaw drugi jest najbardziej uniwersalny. W miarę skupione obciążenie zawsze znajduje się  wysoko nad dnem. Pod nim umieszczam dwie dociążające śruciny. W tym zestawie przypon ma długość do 40 cm. W zależności od tego, jak rozłożone jest  obciążenie i jak zestaw został wygruntowany,  można się nim posługiwać na wiele sposobów. Tam, gdzie na dnie są garby, ale bez zaczepów, i wszędzie, gdzie dno opada, zestaw ten znakomicie nadaje się do przepływanki z przytrzymywaniem (rys. 2a). Kiedy w łowisku przeważają leszcze, zestaw ten gruntuję tak, żeby haczyk z przynętą spływał po dnie. Kiedy brań nie mam, grunt zwiększam,  by na dnie leżał cały przypon.
Ten sam zestaw można stosować również do połowu płoci. Wtedy gruntuję go  tak, żeby przynęta była nad dnem. Jeśli dno jest nierówne, uciąg spory albo ryby bardzo dobrze żerują, zmniejszam odstępy między obciążeniem. Dzięki temu zestaw szybciej opada do dna i mogę go prowadzić z większą precyzją. Pomaga w tym skupienie głównego obciążenia blisko dna. Jeżeli i to nie wystarcza do właściwego podania przynęty, sięgam po zestaw nr 1.
Przy łowieniu leszczy doskonałe wyniki daje wleczenie przynęty po dnie   Można to jednak robić tylko tam, gdzie dno jest równe. Zestaw ten (rys. 2b) gruntuję tak, żeby ostatnia śrucina, ta przy przyponie, dotykała dna. To mój ulubiony sposób prowadzenia zestawu pod prąd w miejscach, gdzie dno się podnosi.
Zestaw nr 2 jest też doskonały tam, gdzie dno opada od łowiącego w kierunku środka rzeki.   W takich miejscach wystawiam zestaw trochę dalej, żeby przypon (ewentualnie razem z ostatnim ciężarkiem) opadając ułożył się na dnie. Później zestaw podciągam, na chwile zatrzymuję i powtarzam te manewry kilkakrotnie. W niektórych łowiskach jest odwrotnie,  dno od środka rzeki opada w kierunku brzegu. Wtedy zestaw prowadzę tak samo, ale wkładam go pionowo do wody metr bliżej.
Jeżeli zachodzi potrzeba, zestaw ten można zmodyfikować. Podciągam wtedy główne obciążenie bardzo wysoko, co pozwala mi  łowić z opadu.  To szybka, doraźna reakcja na zachowanie się ryb w łowisku. Bo w zasadzie do łowienia z opadu służą zestawy trzeciego typu (rys.3). Ich obciążenie główne znajduje się w połowie wody lub nawet wyżej, a reszta, w postaci kilku drobnych śrucin lub stilów, jest rozłożona równomiernie nad przyponem. Dzięki takiemu układowi obciążenia spławik po zarzuceniu szybko zajmuje pozycję pionową, a przynęta łagodnie opada na wybraną głębokość.

Na sygnalizację brań  największy wpływ ma ta część obciążenia, która jest najbliżej haczyka. Im mniejsza jest odległość między ostatnim ołowiem a haczykiem, tym szybciej spławik sygnalizuje branie. Dzieje się tak dlatego, że ryba po pochwyceniu przynęty porusza obciążeniem. Kiedy śrucina jest daleko od haczyka, ryba, zanim ją ruszy,  może z przynętą odpłynąć w bok lub do przodu. Branie jest więc sygnalizowane późno, chyba ze ryba pociągnie zestaw z prądem. Kiedy przypony są długie, brań możemy w ogóle nie zauważyć. Przekonujemy się o nich poniewczasie, oglądając na haczyku wyssane robaki.
Po co w takim razie stosować długie przypony? Obowiązuje tu zasada wypracowana przez pokolenia wędkarzy, że im większe ryby łowimy, tym dłuższy powinien być przypon. Przy szybkościowym łowieniu drobnych uklejek doskonale spisuje się przypon długi na 10 - 15 cm. Taki przypon można jeszcze od biedy zastosować w zestawie płociowym, kiedy mamy  dobre brania. Jednak przy łowieniu leszczy absolutne minimum to przypon o długości  25 - 30 cm. Duża ryba pobierająca przynętę z dna musi mieć wystarczająco dużo miejsca, by ją zassać, a  potem  podnieść się nad dno. W tej fazie żaden ciężarek nie powinien budzić jej podejrzeń. Poza tym duża ryba na podjęcie przynęty potrzebuje zazwyczaj dużo czasu. Przypon musi być na tyle długi, żeby zdążyła to zrobić zanim jakiekolwiek obciążenie ją zaniepokoi. Czasami 30 cm nie wystarcza. Zwłaszcza gdy się łowi leszcze w rzekach. Wtedy potrzebne są przypony długie nawet na metr.
Długi przypon jest też konieczny dla dobrej prezentacji przynęty. Na długim przyponie zachowuje się ona w nurcie bardzo prowokująco. Jeśli nawet ktoś zaciska na przyponie śruciny, to są one mikroskopijne i ich zadaniem nie jest wyważanie zestawu, tylko utrzymanie przyponu i przynęty przy dnie.
Na sygnalizację brań  wpływa też wielkość ostatniego obciążenia. W lekkich zestawach do poruszenia antenki spławika wystarczy nawet najmniejsza śrucina, nie  ma zatem potrzeby mocowania dużej porcji ołowiu przy samym przyponie. Im większe jest obciążenie umieszczone blisko haczyka, tym większe też ryzyko, że ryba je wyczuje. Stąd właśnie wzięła się idea tzw. śrucin sygnalizacyjnych. W praktyce polega to na umieszczeniu głównego obciążenia daleko od przyponu i poniżej jednej lub dwóch małych śrucin. Ostatnia z nich, zaciśnięta w miejscu, gdzie żyłka główna łączy się  z przyponem, pełni funkcję obciążenia sygnalizacyjnego. Dzięki niej wędkarz ma więcej czasu na zacięcie, bo na spławiku widać branie zanim jeszcze ryba wyczuje obciążenie główne (zestaw nr 1).
 

Czasem wędkarz musi użyć zestawu,  który słabo sygnalizuje brania, wcale to jednak  nie znaczy, że złowi mniej ryb. Dzięki prawidłowej prezentacji przynęty może się spodziewać dużej ilości brań i  tylko od jego doświadczenia zależy, ile ich wykorzysta. Najważniejsze, by zacinać od razu, gdy tylko   zauważymy, że spławik zachowuje się nienaturalnie. Nie ma co czekać. To pierwsza zasada. Na trasie prowadzenia zestawu trzeba wypatrzyć miejsca, w których brań jest najwięcej. Zwykle ryby są w jakimś zagłębieniu, za przeszkodą, w kulach zanętowych lub tuz za nimi.  Tam zacina się w ciemno. I to jest druga zasada.
Dobrym wskaźnikiem, że brania są, ale ich nie widzimy, mogą być wyssane robaki na haczyku. Kilka profilaktycznych zacięć szybko pomoże ustalić, w którym miejscu łowiska ryby przebywają. Wtedy pozostaje już tylko do maksimum wykorzystać ten atut, że podaliśmy przynętę w dobre miejsce.
 

Uwzględnienie wszystkich czynników i dobranie zestawu stosownie do warunków na stanowisku, gatunku poławianych ryb i ich aktywności nie jest proste i wymaga sporego doświadczenia. Przede wszystkim należy jak najlepiej podać rybom przynętę, a dopiero potem zadbać o widoczność brań Jest to jedna z najważniejszych zasad, jakie obowiązują  w wędkarstwie wyczynowym.
Krzysztof Nowaczyk


Data publikacji: 31-07-2011    Kategoria: SPŁAWIK


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj