SPININGOWANIE W NOCY


Gdy w jakimś większym gronie zaczyna się rozmowa o łowieniu w nocy, wędkarze mniej z tym tematem obyci słuchają zwykle z zainteresowaniem. Chcą się dowiedzieć jak najwięcej, a potem zaryzykować, choć zdają sobie sprawę, że mogą ich spotkać przykre niespodzianki. Bo to albo się żyłka na szpuli poplącze (spróbuj ją rozplątać po ciemku!), albo delikwenta spotka przymusowa kąpiel, gdy podejdzie o jeden krok za daleko...











Nocnego spiningowania trzeba się po prostu nauczyć. Bystry łowca wiele wyniesie z opowiadań innych wędkarzy, ale najwięcej wiedzy zdobędzie nad wodą, jeżeli tylko nie zrażą go pierwsze niepowodzenia. Ich źródłem najczęściej bywają przynęty i sprzęt. Kołowrotek, na którym robią się tzw. brody (za dnia można sobie z nimi jakoś poradzić), w nocy nie nada się do użytku, bo po kilku rzutach zmusi nas do kapitulacji i trzeba będzie wracać do domu. W nocy nie można się posługiwać wielką ilością przynęt, a te nieliczne, które weźmiemy ze sobą, powinny się dać wygodnie wiązać do żyłki lub przypinać do agrafki. Nawet najlepsza latarka założona na czoło daje tylko wąską smugę światła; wszystko, co jest poza tą smugą, tonie w głębokiej czerni. Sprzęt i przedmioty zabierane na nocne spiningowanie muszą być proste, funkcjonalne i, co najważniejsze, sprawdzone za dnia.
Najbardziej popularne są nocne połowy sumów. Najwięcej  też o nich wiemy. Przez wiele lat poświęcano im dużo artykułów w wędkarskie prasie. Za dnia trudno sumy znaleźć, a więc i złowić, za to w nocy odsłaniają one swoje „miękkie podbrzusze”. Ich obecność zdradzają charakterystyczne cmoknięcia wydawane podczas nocnego żerowania. Potrzebna jest więc tylko cierpliwość i pływająca pod powierzchnią przynęta. Największe uznanie zdobyły pękate woblery z grzechotkami. Płytko się zanurzają i robią hałas przyciągający sumy. Niemałe powodzenie zyskały też woblery dwudzielne, które wprawdzie grzechotki nie mają, ale obijające się o siebie kawałki drewna też wydają odpowiednio silne dźwięki.
Niestety sumy nie zawsze występują tam, gdzie wędkarze chcieliby je łowić. Wielu amatorom nocnych polowań ze spiningiem muszą więc wystarczyć sandacze, okonie i klenie. Na razie trudno mi powiedzieć, jakie jeszcze gatunki ryb mogą się połakomić w nocy na sztuczne przynęty. Wiedza, jaką już posiadają ichtiolodzy, oraz moje własne obserwacje każą mi jednak przypuszczać, że nocne wędkowanie to dziedzina z przyszłością, choć wiele jeszcze pozostało do odkrycia.
O tym, że duże okonie biorą, gdy nocne niebo jest czarne jak smoła, przekonałem się już parę lat temu. W licznym gronie wędkarzy łowiłem w słońskich rozlewiskach Postomi. Na łowisko dotarliśmy dwie godziny przed świtem. Kilku z nas, by zabić nudę oczekiwania, rzuciło w ciemną wodę przynęty. Złowiliśmy kilka okazałych okoni. Wiele spadło podczas holu, bo sądziliśmy, że to nie ryby, ale zielsko czepia się haczyka. Okonie były tak duże, że wcale nie telegrafowały (charakterystyczne drżenie szczytówki podczas holu). Były chyba niemniej od nas zdziwione, że pokarm, który dotychczas ze smakiem zajadały, ciągnie je w kierunku brzegu.
Bardzo ciekawe doświadczenia mają wędkarze z Olecka, którzy pod lodem największe okonie łowili w całkowitej ciemności. Wybierali się na nie w lutym o piątej rano. U nich w zimie, podobnie jak latem nad Postomią, brania ustawały, gdy tylko niebo lekko jaśniało. W zupełnej ciemności łowili okonie, których waga nieraz przekraczała kilogram. Z jednej dziury wyciągali najwyżej dwie takie sztuki. Później, kiedy było jasno, w tych samych miejscach na mormyszkę siadały tylko pasiaczki o długości kilkunastu centymetrów.
Badania prowadzone od lat w Ameryce dowodzą, że w jednym akwenie mogą żyć rozmaite grupy okoni. Jedne żerują głównie w dzień, inne w nocy. Podczas jednego z eksperymentów rybom wszczepiono w ciało nadajniki radiowe. Pozwoliło to stwierdzić, że największe okonie, które z reguły są samotnikami, polują wyłącznie w nocy.
Przez długie lata wiele uwagi poświęcałem sandaczom. Polowałem na nie również między zmierzchem i świtem. Nigdy jednak nie udało się ani mnie, ani moim kolegom, łowić ich przez całą noc. Brały (latem) tylko parę godzin po zachodzie słońca  i krótko przed jego wschodem. Muszę się tu zastrzec, że te obserwacje dotyczą zbiorników sztucznych, a nie naturalnych jezior. W takich zbiornikach podwodny świat jest o wiele bardziej urozmaicony. Dlatego łatwiej w nich nie tylko ryby łowić, ale też poznawać ich zwyczaje.
Po południu, kiedy sandacze przestawały żerować, szukaliśmy ich echosondą (zawsze stały w najgłębszych miejscach). Przypływaliśmy przed zmierzchem. Łódkę ustawialiśmy albo między głębinami a brzegiem, albo za głębiną od strony jeziora, zależnie od tego, gdzie - wedle naszych przypuszczeń - żerowały małe rybki. Sandacze nigdy nie wyruszały na polowanie o jednakowej porze, zawsze jednak robiły to całym stadem. Czasem odnosiliśmy wrażenie, że przez moment są wszędzie: z lewej burty, z prawej, a także pod łódką. Brania były bardzo mocne, ale trwały krótko. Kiedy się kończyły, płynęliśmy sprawdzić, czy jakieś sandacze pozostały w głębinach. Owszem, echosonda pokazywała ryby na dnie, ale było ich bardzo mało, a na przynęty nie reagowały. Szukaliśmy też tych sandaczy, które dopiero niedawno wypłynęły z głębin, ale zawsze bez skutku. Znajdowaliśmy je, gdy już były na płyciznach. Z głośnym chlapaniem uganiały się za drobnicą i dawały się łatwo złowić. Jeżeli się za dnia znajdzie skupisko małych rybek, to można być pewnym, że w nocy przypłyną tam sandacze i okonie. Jedynym problemem mogą wtedy być wędki gruntowców, którzy w takich miejscach licznie obsadzają brzegi.
Nad wodę warto przyjechać już po południu, rozejrzeć się uważnie po okolicy, ustalić, gdzie się gromadzi drobnica, i złapać kilka rybek. Zrobione z nich filety, założone na haczyk jiga, będą bardzo dobrą przynętą na nocne sandacze. Doskonałym dodatkiem do jigów są też paski świńskiej skóry z resztką słoniny lub pasemka irchy nasączone atraktorem. Okonie z kolei nie odpuszczą zapachowi ochotki i krewetki, a w wielu przypadkach kluczem do sukcesu będzie zapach czerwonych robaków. Najlepiej naturalny. Robaki trzeba zmiksować, uzyskaną cieczą nasączyć watę lub gąbkę i obwiązać ją wokół korpusu przynęty.
Wbrew pozorom straty w przynętach będą niewielkie, bo nocne łowisko okoni i sandaczy to piaszczysta, pozbawiona zaczepów płycizna. Można tam stosować tylko dwie techniki prowadzenia przynęty: powierzchniową (głównie pływające woblery) i denną (lekkie jigi).
Drapieżniki polujące w nocy polegają nie tylko na swoim węchu i wzroku, ale także na informacjach, jakie docierają do nich przez linię naboczną. W ciemnościach zmysły mają zapewne o wiele bardziej wyostrzone, więc żeby ich nie przestraszyć, wabikami trzeba się posługiwać ostrożnie. Woblera należy ciągnąć w takim tempie, żeby jego ogon nie drgał zbyt szybko. Powinien tylko od czasu do czasu wychylać się na boki. Sandacze i okonie podpływają do swoich ofiar od dołu. Zapewne widzą ich sylwetki na tle nieba i przynęta, która się będzie poruszać wyraźnie inaczej niż pokarm naturalny, raczej ich do ataku nie zachęci. To uwaga nie tylko dla tych wędkarzy, którzy się decydują na woblera. Ci, co stosują jigi, również muszą pamiętać, że nocą drapieżniki przed atakiem długo się koncentrują. Sygnały, które docierają do ich zmysłów, są o wiele słabsze. Za dnia rybi drobiazg ugania się za pokarmem. Teraz, w nocy, na płyciznach gromadzi się wyłącznie po to, żeby przeczekać niebezpieczny czas. Zdecydowane ruchy wykonuje tylko podczas ucieczki. Dlatego w nocy bardzo skuteczne są jigi zapachowe, które długo leżą w bezruchu na dnie.
Znam bardzo wielu wędkarzy, którzy podczas nocnych połowów za nic nie zrezygnują z błystek obrotowych. Najlepiej, żeby nie miały korpusu, a ich paletki obracały się szeroko. Z jednakową swobodą prowadzą je w wolnym tempie pod powierzchnią i przy dnie, a nasączony czymś wonnym chwost przy kotwiczce daje, ich zdaniem, najsilniejszą ścieżkę zapachową.
Słyszałem ciekawą opowieść znanego spiningisty z Krakowa. Otóż w pewnym okresie miał bardzo absorbującą pracę zawodową. Z trudem znajdował czas na starty w zawodach, a na treningi wyskakiwał tuż przed wieczorem na nadwiślane bulwary. Szedł pod prąd, bo w górze rzeki były najciekawsze miejsca. Niejako z musu nabierał wprawy w łowieniu kleni na blaszkę ściąganą z prądem. Kiedy pociemniało, składał sprzęt i wracał do domu. Któregoś razu zauważył na powierzchni wody atak dużej ryby. Była już noc, ale postanowił rzucić tam plastikową przynętę. Po którymś z kolei przeciągnięciu białego twistera złowił rybę. Spodziewał się sandacza, tymczasem był to kleń. Na tym odcinku Wisły tak dużej sztuki nie widziano latami. Od tego czasu złowił ich jeszcze wiele, ale nie od razu spostrzegł, że ataki następują zawsze blisko nadbrzeżnych latarni*. Rzecz się wyjaśniła, gdy zaczął złowionym rybom badać żołądki. Znajdował tam tylko małe klenie i ukleje. Doszedł więc do wniosku, że jego nocne klenie polują na rybki zbierające pokarm z powierzchni. Tym pokarmem były owady, które zlatywały się do światła latarni.
Podczas nocnego spiningowania może nas spotkać wiele niespodzianek. Dotyczy to zwłaszcza przynęt. Te, które znakomicie  zadają egzamin za dnia, w nocy najczęściej okażą się nieprzydatne. Należy jednak pamiętać, że przynęta  nawet najwspanialsza, ale źle podana, będzie w wodzie tylko martwym przedmiotem, zaś podstawowa zasada podawania przynęty nocą brzmi tak: ściągać spokojnie i równomiernie.
Wiesław Dębicki


Data publikacji: 07-08-2011    Kategoria: Spining


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj