OKOLICE JEZIORA GARDNO


Większość z nas, wybierając się w wakacje nad morze, zabiera wędkę jedynie dla świętego spokoju. Słusznie. Łowić z brzegu bez żadnego przygotowania jest trudno, a główki portowych falochronów już od świtu okupują ci, co są mniej leniwi i wstają wcześniej.

Oglądając mapę okolic nadmorskiej miejscowości Rowy można by dojść do wniosku, że miejsc do wędkowania jest tam mnóstwo. Niestety, to tylko złudzenie. W rzeczywistości takich miejsc jest niewiele i są mało atrakcyjne. Największym uznaniem, z musu, cieszy się kanał łączący jezioro Gardno z Bałtykiem (w zasadzie jest to ujście Łupawy, która wlewa się do jeziora w jego południowo - wschodniej części, koło miejscowości Gardna Wielka). Prąd w kanale jest dosyć wartki, a wakacyjnych wędkarzy wielu, bo innego łowiska w okolicy nie ma. Łowią małe płocie i okonki, bardziej wytrwałym czasami w nocy trafi się węgorz. Niektórzy próbują nęcić, ale na niewiele się to zdaje, bo woda jest ciepła, ryby żerują chimerycznie, a biorą tylko małe.
Teoretycznie, latem, w kanale można złowić pstrąga tęczowego, troć, a nawet łososia. W praktyce zdarza się to rzadko. Co innego, kiedy późną jesienią i wczesną wiosną przez kanał płynie, ze schłodzonego jeziora, zimna woda. Wtedy z morza wpływają na tarło trocie, okonie i płocie. Latem większą rybę można złowić tylko z główki falochronu. Oprócz płoci i jazi trafi się tam czasem mała flądra albo śledź. Najskuteczniejszy jest, podobnie jak na całej długości kanału, zestaw gruntowy z czerwonym lub białym robakiem na haczyku.
Najbliższym łowiskiem śródlądowym jest południowa część jeziora Gardno. Ale że w całości znajduje się ono w obrębie Słowińskiego Parku Narodowego, wędkarz napotyka tam liczne utrudnienia. Dla łódek granicą, której przekraczać nie wolno, jest umowna linia łącząca ujście Łupawy z Płytą Retowską. Z brzegu można łowić tylko między Płytą, a przepompownią z prawej strony wsi Gardna Wielka.
Jak więc widać, wybierając się nad Gardno łódki zabierać nie warto. Rozmawiałem z kilkoma miejscowymi wędkarzami, którzy łowią właśnie z łódek. Znają wodę, pory roku i dnia, kiedy ryby biorą najlepiej, a mimo to entuzjazmu łowiskiem nie przejawiali. Wypływają głównie po to, by przy ujściu Łupawy łowić sandacze. Ich przynętą są położone na dnie filety albo małe żywe rybki.
Ci, co łowią z brzegu, na sandacza nie mogą liczyć. W zasadzie trudno nawet powiedzieć, że łowią z brzegu, bo żeby dotrzeć do wody sięgającej kolan, trzeba brodzić czasami nawet kilkaset metrów. Jest jednak trochę zapaleńców, którzy tak właśnie robią. Ich zdobyczą są japońce i niewielkie płocie. Wśród trzcin można niewielkimi miękkimi przynętami nałowić na spining okoni. Biorą najwyżej dwudziestaki, ale z jednego miejsca nigdy nie złowi się więcej niż dwie - trzy sztuki. Czasami uderzy kilogramowy szczupak.
Brodząc w trzcinowisku będziemy mieli pod nogami piasek pokryty niezbyt grubą warstwą namułów i szczątków trzcin. Nie radziłbym jednak wybierać się tam bez grubego i co najmniej półtorametrowego kija, który posłuży nam jak ślepcowi laska. Są tam bowiem miękkie doły. Kiedy woda faluje, trudno je w porę zobaczyć.
Gardno ma prawie 2,5 tys. hektarów, a średnia głębokość wynosi 2,6 m. Całe jezioro oddano we władanie rybakom, którzy przez okrągły rok trzymają w nim sieci. Jest ich (tych sieci) bardzo dużo, o czym przekonują się kajakarze. Trochę więc na żart zakrawa pobieranie pieniędzy przez Park za wędkowanie.
Wędkarzy można też spotkać nad Łupawą w dół od wsi Smołdzino, blisko opisanej tu właśnie części jeziora. Wiosną wpływają tam stada płoci, latem na wędkę z robakiem trafiają pstrągi, lipienie, czasami trocie. Rzeka jest ładna, nurt bystry, doły i rynny głębokie, czasami szerokie rozlewiska, ale ryb o tej porze mało. Więc i to łowisko nie jest godne polecenia. Życzmy zatem sobie, podczas urlopu, patelni na nadmorskiej plaży. To w dzień. Na ryby zaś wybierzmy się dopiero nocą. Na bałtyckie wody.
Wyprawę musi jednak poprzedzić jeszcze za widoku długi spacer po brzegu. Cały czas bacznie obserwujemy morze i wypatrujemy tak zwanego lamparciego dna. W zasadzie lepiej by było mówić o dnie tygrysim, ale ten lampart przywędrował do nas z niemieckiej literatury wędkarskiej i zadomowił się już na dobre. Owo dno jest widoczne jako ciemna woda poprzecinana równoległymi do brzegu jasnymi, piaszczystymi łachami. Jeżeli coś takiego zobaczymy, wybierzmy na przyszłe łowisko miejsce, gdzie pasy ciemnej wody są najbliżej brzegu. Nie odmawiając sobie tam kąpieli przekonamy się, że już w odległości trzydziestu, najwyżej czterdziestu metrów od brzegu jest głęboko na ponad półtora metra. To będzie świetne nocne łowisko!
Łowiąc w morzu za dnia trafimy na problemy, z jakimi przeciętny wędkarz raczej się nie spotyka. Ryby pływają daleko od brzegu, w drugim ciemnym pasie wody. Żeby je łowić, trzeba mieć wędki i kołowrotki przystosowane do rzutów znacznie dłuższych niż sto metrów. W nocy jednak ryby wpływają w pierwsze, a więc bliższe zagłębienie. Z tą odległością można już sobie poradzić mając tylko zwykły sprzęt, używany na wodach śródlądowych. Ale i tego dystansu nie należy lekceważyć. Do nocnego łowienia lepiej przygotować się za dnia.
Potrzebnych będzie kilka rzeczy. Pierwsza z nich to tak zwany przypon strzałowy. Żyłkę główną 0,20, najwyżej 0,25 mm, powinien poprzedzać 6-metrowy odcinek żyłki 0,35 lub 0,40 mm połączony węzłem zderzakowym. Musimy też mieć ciężarki (50-, najwyżej 70-gramowe) i podpórkę do wędki. Najlepsze są z rury PCV, nie krótszej niż metr. Niskie podpórki są złe, bo utrzymują kołowrotki blisko piachu i nawet niewielki wiatr nawieje do nich tyle piaskowego pyłu, że zatrą się już po kilku wyprawach.
Problem będzie z przynętami. Najlepsze byłyby rosówki, ale są drogie i nie zawsze dostępne. Białe robaki się nie nadają. Natomiast ślimaki (w skorupce lub bez), chrząszcze i gąsienice, filety ze słodkowodnych rybek, a nawet ich wnętrzności to przynęty mało popularne, ale w morzu zawsze skuteczne. Doskonałe są pokawałkowane tobiasze. Można je znaleźć na piasku podczas odpływu albo kiedy się morze uspokaja po silnym falowaniu. Mając na haczyku przynętę zwierzęcą złowimy każdą rybę, która się znajdzie w naszym łowisku: węgorza, sandacza, flądrę, także leszcza i płoć. Te dwie ostatnie brałyby też np. na kukurydzę, ale trzeba by ją w jakiś przemyślny sposób zakładać na haczyk, żeby przy silnym wymachu z niego nie spadała.
Na nocne wędkowanie należy się wybrać jeszcze przed zachodem słońca i wybrać miejsce w połowie długości zaobserwowanego ciemnego pasa wody. Trzeba też wykonać kilka rzutów. Pozwoli to ocenić, z jaką siłą musimy w nocy wymachiwać wędką, żeby przynęta trafiła w najgłębsze miejsce rynny. Postąpimy najpraktyczniej, kiedy zabierzemy z sobą tylko jedną wędkę. Powód prosty: ryby nie zawsze biorą tam, gdzieśmy zaczęli wędkować. Dlatego 15 - 20 minut po zarzuceniu zestawu wyciągamy go, wprzódy zawsze zacinając. Jeżeli ryby nie ma, przesuwamy się kilkanaście metrów w jedną lub drugą stronę i tam zarzucamy ponownie. Właśnie dlatego dobrze jest na początku usadowić zestawy pośrodku rynny, po prostu wczuć się jak daleko należy zarzucać.
I jeszcze kilka rad praktycznych.
W nocy lepiej wędkować w towarzystwie, tak jest bezpieczniej.
Najlepsze oświetlenie to latarka, bo lampion ze świeczką nie pozwala oczom przyzwyczaić się do ciemności.
Potrzebny będzie zapas gotowych przyponów z haczykami. Żeby potem nie było kłopotów, każdy powinien być zwinięty osobno.
Wojciech Leszczyński
Smołdzino


Data publikacji: 09-08-2011    Kategoria: ŁOWISKO


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj