DORSZE TYLKO SPOSOBEM


Na dorsze jeżdżę do Władysławowa. Mieszkam w Kwidzynie i bliżej mam wprawdzie do Gdańska, skąd też wypływają kutry na wędkarskie połowy, ale byłem tam kilka razy i zawsze wracałem niezadowolony. Nie chodzi tylko o ryby, bo one czasami nie biorą nawet w łowisku specjalnym. Nie podoba mi się podejście gdańskich szyprów. Pieniądze za wyprawę kasują przed rejsem i później, takie mam wrażenie, nie zależy im na szukaniu ryb, a często bywa, że w czasie rejsu za kołnierz nie wylewają




We Władysławowie dorsze są pewne, ale pod warunkiem    że się trafi na dobrego szypra. Pływam z Leszkiem Wiśniewskim. Miejsce na jego kutrze muszę zamawiać kilka miesięcy wcześniej. To jeden kłopot, drugim jest pogoda. Łatwo wypaść z kolejki, bo gdy na Bałtyku będzie sztorm, to z wyprawy nici. A że łowić się chce, to z musu próbuję szczęścia z innym armatorem.
Kutrów we Władysławowie jest ze dwadzieścia, więc trzeba jakimś sposobem wybrać najlepszy. Pytam, czy jest potrzebny dowód osobisty. Jeżeli tak, to znaczy, że będzie graniczna odprawa i popłyniemy na dalekie głębokie łowiska. Wniosek: szyper jest fachowcem, bo nie każdy sobie na takich łowiskach radzi i nie każdy je w ogóle zna. Jeżeli dowód jest niepotrzebny, to znak, że kuter będzie się kręcić bliżej brzegu. Dla armatora dobrze, bo spali mało ropy, dla wędkarzy źle, bo w łowiskach przybrzeżnych wyniki są na ogół gorsze. Domysły te staram się potwierdzić, bo niekiedy dorsze mogą być także niezbyt daleko od plaży. Mnie jednak interesują tylko łowiska głębokie, sięgające pięćdziesięciu metrów, bo tam padają największe sztuki.

 

Przy łowieniu dorszy na dużych głębokościach najlepsze są proste rozwiązania. Dotyczy to także kształtu pilkerów. Najłowniejsze są pilkery smukłe, wzorowane na parasolkach, mające środek ciężkości przesunięty w stronę kotwiczki. Takie pilkery toną szybciej, idą prosto do dna i kotwiczka nie zaczepia się o linkę. Mocno też uderzają w dno. Pilkery profilowane, podginane, z jakimiś profilami na powierzchni lubią uciekać na boki, toną więc dłużej, a kiedy się nimi łowi we wrakach, częściej wpadają w zaczepy. Z kolorami pilkerów nie ma w głębokich łowiskach problemu. Liczy się tylko chrom, co najwyżej z jakimś fluorescencyjnym dodatkiem, farbą albo koszulką na kotwiczce.

 

Łowienie na dużych głębokościach jest proste, ale pod warunkiem, że się użyje odpowiednio ciężkiego pilkera. Zanim się go poderwie, musi mocno uderzyć w dno, a potem jak najkrócej nad nim szybować. Dlatego z dwojga złego lepszy jest pilker za ciężki niż zbyt lekki. Na głębokości od 60 do 80 metrów używam pilkerów o wadze 250 g.
 
 

W głębokich łowiskach używam plecionki. Żyłka jest zbyt rozciągliwa, więc słabo sygnalizuje uderzenie pilkera w dno, a przede wszystkim branie dorsza. Plecionka powinna mieć wytrzymałość około trzydziestu kilogramów. To pozwoli ocalić pilkera, kiedy się we wrakach złapie zaczep.
Na kołowrotku mam co najmniej 150 metrów plecionki, czyli dwa razy więcej niż wynosi głębokość łowiska. Przy szybkim dryfie, kiedy pilker jest daleko od stępki, taka ilość plecionki to konieczność. Zanim bowiem pilker opadnie na dno, kuter nieco odpłynie, a na lince robi się łuk. Wtedy, jeżeli łowimy np. na siedemdziesięciu metrach, sto metrów linki już nie wystarczy, żeby pilker doszedł do dna.
Od kilku lat używam plecionki Kamatsu Techron Rainbow. Co dziesięć metrów ma inny kolor, a co metr znaczniki. Jest to kapitalne rozwiązanie. Dzięki temu dokładnie znam głębokość łowiska i, co ważniejsze, zauważam, jak ona się zmienia. Gdy trafię na dołek albo wzniesienie, mogę szybko linkę oddać albo wybrać luz. Zależy mi przecież na tym, żeby pilker jak najkrócej szybował, bo to też wpływa na liczbę złowionych dorszy.

 

Kiedy łowię na dużych głębokościach, opuszczam pilkera pionowo w dół lub rzucam kilka metrów od burty. Dalekie rzuty i prowadzenie skokami się wtedy nie sprawdza, chociażby dlatego że zestawy się plączą, a to jest dosyć irytujące. Dlatego dobry szyper pozwala łowić tylko z jednej burty, zawsze tej, która odpływa z łowiska.
Zaczynam od zestawu składającego się z pilkera i jednej przywieszki, jest nią gumka na kilkugramowym dżigu. Najczęściej używam kilkucentymetrowych przezroczystych ripperów mających wewnątrz folię holograficzną. Dla wędkarzy morskich robione są specjalne dżigi z mocnymi haczykami. Te, których się używa na szczupaki lub na okonie, na dorsze się nie nadają. Cały czas obserwuję, jak łowią inni, na co im siadają dorsze, na pilkery czy przywieszki. Jeżeli na pilkery, to przywieszki się natychmiast pozbywam, bo bez niej pilker szybciej opada i daje się prowadzić z większą precyzją.
Po uderzeniu w dno jednym płynnym ruchem podnoszę pilkera na półtora metra i spokojnie go opuszczam, aż wyraźnie poczuję, że znowu puknął w dno. Linka jest cały czas napięta. Przy takim prowadzeniu brania mam przeważnie podczas podnoszenia pilkera z dna, znacznie rzadziej, gdy on opada. Wtedy zresztą zacięcia są mało skuteczne, ale za to się dowiaduję, że dorsz jest blisko. Zaraz więc kilka razy szybko uderzam pilkerem w dno, chwilę go tam trzymam i potem podrywam. Wtedy zwykle następuje drugi atak i kolejne zacięcie, tym razem udane.
Jeżeli dorsze siadają na przywieszki, to zaraz zakładam drugą. Teraz nie podrywam zestawu, jak podczas łowienia pilkerem, tylko szoruję nim po dnie, często całkowicie luzuję. Dopiero później go podrywam, ale tylko na parę centymetrów.

 

Kiedy dorsze żerują, atakują wszelkie przynęty. Schody zaczynają się wtedy, gdy biorą słabo. Wyciągane wtedy dorsze są zacięte “w krawat”, czyli pod pyskiem. Kiedy to zobaczę, to na zawleczkę, która łączy dwie części parasolki, zakładam drugą kotwiczkę. To zwiększa skuteczność. Wszystkie bowiem dorsze wyholowane po tym zabiegu są właśnie na niej zapięte.
Bogdan Kowalczuk
Kwidzyn



Data publikacji: 02-09-2011    Kategoria: MORZE - KUTRY


Liczba komentarzy: 0        
fishbook.pl - Portal społecznościowy dla wędkarzy
Ta strona korzysta z plików cookie (ciasteczek) aby było Ci wygodniej z niej korzystać.     czytaj więcej»      ukryj