Zdjęcie znad wody

ZŁOTY, A POSPOLITY


Karasie, podobnie jak liny, ryją w mule i zdradzają swoją obecność bąbelkami pokazującymi się na powierzchni. Po ich wielkości i sposobie rozchodzenia się po wodzie starzy wyjadacze potrafią określić gatunek ryby (pęcherzyki karasiowe są mniejsze niż linowe).





Karaś pospolity jest chyba najtrudniejszą do złowienia rybą  spokojnego żeru. Oczywiście mam tu na myśli sztuki powyżej pół kilograma, a nie drobiazg długi na palec. Czytając doniesienia o wędkarskich rekordach można by sądzić, że jest całkiem inaczej. Podejrzewam jednak, że opisane tam ryby to w większości karasie srebrzyste, zwane japońcami. Dość często, szczególnie w wodach mulistych lub torfowych, przybierają one kolor starego złota. Japoniec jest obecnie tak rozpowszechniony, że jego połów nie nastręcza większych problemów. Poza tym, w odróżnieniu od swego złotego krewniaka, żeruje przez okrągły rok i można go łowić także pod lodem.
Jak je odróżnić? Karaś pospolity jest przeważnie wyższy, w skrajnych przypadkach prawie równie wysoki, jak długi. Jego ubarwienie to wszelkie odcienie złota. Dla japońca charakterystyczny jest kolor stali. Takie ma płetwy, które u karasia pospolitego są pomarańczowe. Wreszcie u japońca głowa jest większa, bardziej masywna, niczym u karpia, z którym zresztą jest często mylony.
Ci, którzy tak jak ja darzą karasie pospolite wielkim sentymentem, z pewnością potwierdzą, że jest to naprawdę trudny przeciwnik. Mówi się, że to liny potrafią nam nieźle nadszarpnąć nerwy, pod tym jednak względem do karasi im daleko. Dla łowców karasi najważniejszy problem to znaleźć odpowiednią wodę. Z pozoru jest to proste, gdyż karasie występują prawie we wszystkich naszych wodach stojących, nie w każdą jednak warto zarzucać wędkę. Polecam raczej mniejsze zbiorniki, bo tam będzie nam nieco łatwiej znaleźć poszukiwane ryby. Ponadto w lecie one się szybciej nagrzewają, co lubiącym ciepło karasiom bardzo odpowiada. Nie trzeba jednak przesadzać, bo w zbyt małych zbiornikach większe ryby nie znajdują odpowiedniej przestrzeni życiowej. Dobrymi łowiskami karasi mogą być wszelkie oczka, starorzecza, stawy, niewielkie jeziora (w większych zaciszne zatoki), glinianki, torfowiska, stare stawy przeciwpożarowe. Nie zapominajmy o miejskich fosach. Znamienny przypadek zdarzył się w Warszawie. Ktoś przypadkiem (lub nie) spuścił tam do fosy ropę. Zdawało się, że wszystko zostało wytrute, ale po kilku latach jakiś wędkarz, znęcony piękną, głęboką wodą, zarzucił tam wędkę. Z powodzeniem. Za nim poszli inni i przez dobrych kilka lat kilkudziesięciu „wtajemniczonych” łowiło tam przepiękne karasie. Trwałoby to może do dziś, gdyby nie działkowcy z pobliskiego ogrodu, którzy wodę z fosy pompowali z takim zapałem, że wkrótce zabrakło jej dla ryb.
Nasze łowisko nie musi być wcale głębokie, 1 - 1,5 metra w zupełności wystarczy. Warto spróbować szczęścia nawet wtedy, gdy woda sięga niewiele za kolana. Jeżeli tylko warstwa mułu jest dość spora i mamy pewność, że bajorko nie wysycha całkowicie, istnieje szansa na karasie całkiem przyzwoite, choć raczej nie rekordowe. Dużych sztuk trzeba szukać w nieco głębszych wodach, gdzie są także inne ryby, zwłaszcza drapieżniki (szczupaki i w mniejszym stopniu okonie). Zapobiegają one nadmiernemu rozmnożeniu się karasi, co bardzo szybko prowadzi do wyczerpania zasobów pokarmowych i skarłowacenia ryb. Jeżeli więc zarzucimy wędkę i będziemy raz za razem wyciągali coś, co ma tylko łeb i ogon, to powinniśmy zmienić łowisko, chyba że akurat potrzebujemy żywca. O nieobecności szczupaków może świadczyć zachowanie żab. Jeżeli pływają sobie spokojnie po otwartej wodzie, to dobrze wiedzą, że są bezkarne.
Karasie, podobnie jak liny, ryją w mule i zdradzają swoją obecność bąbelkami pokazującymi się na powierzchni. Po ich wielkości i sposobie rozchodzenia się po wodzie starzy wyjadacze potrafią określić gatunek ryby (pęcherzyki karasiowe są mniejsze niż linowe). Warto więc wczesnym rankiem lub wieczorem uważnie patrzeć na wodę, bo odkrycie stałych miejsc żerowania pozwoli bezbłędnie obrać właściwe stanowisko. Gdy nie uda się wypatrzyć bąbelków, trzeba się kierować innymi wskazówkami. Karasie bardzo lubią przebywać wśród roślin. Wędkarza powinny więc zainteresować oczka wśród nenufarów i rdestnic. Wiele razy obserwowałem, jak karasie zbierały rozmaite żyjątka z podwodnych części pałki i tataraku. Znajdują też pokarm i schronienie wśród korzeni i zwisających gałęzi rosnących nad brzegami wierzb. Klasycznym takim łowiskiem był Klucz, ciągnące się kilka kilometrów starorzecze Narwi. Obfitowało w dorodne karasie obu gatunków oraz liny i karpie. Niestety woda ta, jak dziesiątki innych, została bezmyślnie zniszczona. Sieci i agregaty spowodowały niepowetowane szkody. Dlatego nie szukam ryb w „tajnych” oczkach. Właśnie odosobnienie jest bardzo często przyczyną ich zguby. Tym, którzy lubią nurkować, polecam rekonesans z maską, szczególnie w leśnych oczkach mających dużą przezroczystość. Nie liczmy na to, że zobaczymy duże ryby, te często uciekają zanim się do nich zbliżymy na odległość wzroku. Wystarczy, że będzie tam narybek. Już to pozwala mieć nadzieję na udany połów.
Osobna sprawa to jeziora. Karasie są we wszystkich, ale tu najtrudniej się do nich dobrać. W jeziorze, w którym od kilkunastu lat łowię liny, karasie występują dość licznie, o czym się można było przekonać w nocy, świecąc latarką po płyciznach. W sieci miejscowego kłusownika wpadały czasami sztuki powyżej kilograma. Nikt jednak, mimo wielu prób, nie złowił choćby jednego karasia na wędkę. Kilka lat temu zmieniła to przyducha. Wyłapano wtedy tony ryb stanowiących konkurencję karasi: płotki, krasnopióry, leszcze oraz większe niż palec liny. Zagładzie uległy wtedy też wszelkie drapieżniki. Dopiero wtedy zobaczyliśmy, jakie skarby kryje nasze jeziorko. Przepiękne okrągłe, złote karasie, nie odpędzane przez inne ryby, stały się naszym chlebem powszednim. Generalna uwaga: karasie nie lubią towarzystwa innych ryb. Zwłaszcza wzdręgi, bytujące w podobnych miejscach, swoją pazernością pozbawiają nas szansy na złotą rybkę.
W jeziorach należy wybierać raczej ich płytkie części. Szczególnie godne zainteresowania są płytkie, muliste, zarośnięte zatoki, oka wolnej wody otoczone trzcinami oraz płytki pas niezarośniętej wody oddzielony nimi od plosa. Woda jest tam spokojna i szybciej się nagrzewa. Warto tam spróbować. Nawet gdy nie uda się nam złowić karasia, możemy liczyć na liny i krasnopióry.
Starsze podręczniki zalecają, by oczka grabić, wysypywać piaskiem lub wykładać darnią. W miejscach mulistych jest to uzasadnione, ale trzeba to robić z dużym wyprzedzeniem, najlepiej na wiosnę, aby ryby przyzwyczaiły się do zmian. W normalnych warunkach, gdy do dyspozycji mamy dwa weekendowe dni lub co najwyżej dwa tygodnie urlopu, lepiej poszukać oczka, które nie wymaga takich zabiegów. Można co najwyżej usunąć z niego jakiś przeszkadzający liść lub leżącą na dnie zawadę.
Na karasie jest sens wybierać się wtedy, gdy woda ma przynajmniej kilkanaście stopni, a więc od kwietnia do września, choć może to zależeć od lokalnych warunków i pogody. Najlepsze są miesiące wakacyjne, a szczególnie dwa - trzy tygodnie po tarle, gdy karasie bardzo intensywnie żerują, zapominając na krótko o swojej wrodzonej powściągliwości.
Oprócz odpowiedniego miejsca o naszym sukcesie decyduje również nęcenie. Z rzadka dane nam będzie połowić z marszu. Karasie są nieufne, do zanęty trzeba je długo przyzwyczajać. Nęcimy z umiarem, karasie nie są żarłokami, po za tym niewielkie stado tych ryb może nie być w stanie wyjeść dużej porcji zanęty, która w ciepłej wodzie szybko skiśnie. Możemy nęcić mieszanką firmową lub własnymi kompozycjami, do których dodajemy przyszłą przynętę. Karasie lubią słodycz i korzenne zapachy, ale jak zawsze trzeba uwzględniać ich szczególne upodobania i przyzwyczajenia. Nie zapominajmy spytać o to miejscowych wędkarzy. Jeżeli oni nęcą pęczakiem lub ziemniakami, to krojone gnojaczki będą skuteczne dopiero po dłuższym czasie. Za przynętę mogą nam służyć czerwone i białe robaki, kawałki rosówek, kłódki, pijawki, ślimaki, kawałki raka (często rewelacyjna przynęta na duże sztuki), ziemniaki, makaron, płatki, pieczywo (zwłaszcza pszenne), kasze ze szczególnym uwzględnieniem manny, która wraz z miodem, żółtkiem i innymi sekretnymi dodatkami stanowi główny składnik wielu ciast. Generalnie rzecz biorąc zwolennicy ciast i past mają tu szerokie pole do popisu. Szczególnie latem wykazują one wyraźną przewagę nad przynętami zwierzęcymi.
Sprzęt nie musi być wyrafinowany. Karasie łowimy głównie na zestaw ze spławikiem, gdy jednak woda jest rozległa, płytka, mało przezroczysta, pozbawiona roślin i gdy ryby są daleko od brzegu, to niezastąpiony będzie zestaw z piłeczką lub drgająca szczytówka.
Kij, najlepiej dobry teleskop, powinien być dość długi. 4,5 - 7 m będzie w sam raz. Pozwoli to precyzyjnie i bez chlapania włożyć zestaw w oczka wśród roślin lub pod nawis gałęzi. Kołowrotek niezbyt duży, by nie męczyć ręki. Nie musi mieścić więcej niż 50 metrów żyłki 0,15 - 0,25 mm. Zwykle i tak nie możemy popuścić nawet kawałka. Karasie nie rosną zbyt duże, są jednak bardzo waleczne, wśród roślin żyłka 0,18 mm może czasami nie wytrzymać. Gdy łowimy pod nawisem z gałęzi, dwudziestka piątka jest jedynym wyjściem, aby nie pozwolić rybie wbić się w korzenie. Przyponu lepiej nie używać, zawsze osłabia on zestaw. Chyba że mamy komfort i możemy dać rybie nieco luzu, wtedy odpowiedni będzie  przypon 0,12 mm, z pewnością zwiększy to również liczbę brań. Haczyk dostosowany do przynęty, lecz nie jakieś zawodnicze maleństwo, które większy karaś bez trudu rozegnie.
Spławik musi być bardzo czuły, a przy tym niezbyt mały, bo to bardzo utrudnia precyzyjne rzuty. Musi być jednak bardzo precyzyjnie wyważony. Karasie często biorą niezwykle delikatnie, spławik wykonuje ruchy kilkumilimetrowe. Obciążamy go równo z lustrem wody, tniemy, gdy tylko się nieco uniesie. Możliwe jest to tylko przy gładkiej wodzie na niewielkich odległościach. Wprost stworzona jest do tego „świnka” z twardej pianki, rewelacyjny spławik wymyślony przez warszawskich wędkarzy, pierwotnie służący do łowienia na Kanale Żerańskim. Ma kształt wydłużonej cytryny, z krótką antenką. Żyłka przechodzi przez ukośny otwór w korpusie, na dole mocowana jest koszulką. Obciążenie stanowi mała przelotowa oliwka. Grunt ustawiamy tak, aby nad wodę wystawało kilka milimetrów antenki. Każde, nawet najdelikatniejsze branie, zostanie zauważone. Objawia się ono przeważnie wystawieniem antenki lub wyłożeniem spławika.  
Karasie nie są rybami dla śpiochów. Najlepszy jest na nie czas od świtu do wschodu słońca, nieco gorszy po jego zachodzie. Czasami żerowanie trwa dłużej, szczęśliwy, kto tego dozna.
Po przybyciu na łowisko nęcimy jednorazowo niewielką porcją zanęty. Na płytkich łowiskach donęcanie przynosi więcej szkód niż pożytku. Ryby się płoszą, w dodatku przyciągamy rybi drobiazg. Możemy co najwyżej dorzucić trochę przynęty. Zestaw umieszczamy tuż nad dnem lub - jeszcze lepiej - na nim, wraz z małym odcinkiem żyłki. Aby szybciej dobrać właściwą przynętę, na każdy zestaw (oczywiście, jeżeli łowimy na dwie wędki) dajemy inną. Jeżeli w łowisku są raki, to warto na jeden z haczyków założyć niewielki kawałek odwłoka, jest on dość odporny na podskubywania drobnicy.
Trzeba eksperymentować i nie zrażać się niepowodzeniami. Karasie są chimeryczne i często nie chcą brać przez kilka dni z rzędu. Może się też zdarzyć, że żerują w pół wody lub pod jej powierzchnią zbierając pokarm ze spodniej strony pływających liści. Podskakują wtedy i mlaszczą, co widać i słychać. Sukces zapewni nam wtedy ślimaczek umieszczony tuż pod niewielkim spławikiem, a jeszcze lepiej poniżej śruciny położonej na liściu.
Tym, którzy lubią pokonywać trudności, złote karasie z pewnością dostarczą wiele satysfakcji.o
Rafał Kamiński