KRUCHE, WRAŻLIWE, DELIKATNE

Tylko stała kontrola liczebności populacji oraz ochrona i wspieranie naturalnego tarła umożliwi nam łowienie sandaczy.



Gdy się wie i widzi, jak sandacze powoli, ale skutecznie stają się panami naszych wód, jak wypierają z nich okonie i szczupaki, to aż trudno uwierzyć, że są to ryby nadzwyczaj delikatne. Śmiercią grozi im nawet otarcie łusek. Wiedzą o tym dobrze pracownicy Gospodarstwa Rybackiego w Warlitach na Mazurach.

Sandacze są bardzo trudne do rozrodu. Nie da się wycisnąć z nich ikry i mleczu i wylęgać w specjalnych pojemnikach, jak to się robi w przypadku szczupaków, troci, pstrągów i wielu innych ryb. Sandacze muszą odbyć tarło naturalne. W gospodarstwach hodowlanych służy do tego płytki staw. Wiosną wpuszcza się do niego dojrzałe ryby mające przynajmniej trzy lata. Ilość samic i samców jest zwykle taka sama. Z tarlakami trzeba się obchodzić jak z jajkiem. Każda sztuka jest transportowana w oddzielnym plastikowym worku, bo nawet najdrobniejsze uszkodzenie łusek lub płetw grozi infekcją pleśniawki, zaś otarcie oczu ślepotą. Chore ryby są z tarlisk przeganiane i szybko giną.

W stawie sandacze same dobierają się w pary i z końcem kwietnia na głębokości od 70 cm do 2,5 metra budują gniazda. Są to przeważnie zagłębienia w dnie, tzw. pierścionki, wyłożone żwirem lub kamieniami. Jeżeli sandacze nie znajdą odpowiedniego podłoża, wycierają się na zatopionych krzakach, drzewach lub głazach. Wykorzystują to rybacy i jeśli zamierzają przenieść ikrę do innego zbiornika, stawiają tzw. krześliska z gałęzi świerków lub innych drzew iglastych, na których sandacze bardzo chętnie składają ikrę. Do tarła najlepsza jest temperatura od 12 do 17 stopni, co zbiega się z kwitnieniem bzu pospolitego i kasztanowca. Jeśli temperatura wody spadnie poniżej 10 stopni, sandacze przerywają rozród. Ponawiają go dopiero wtedy, gdy się znów ociepli. W tym okresie nic nie jedzą.

Samice składają jaja i odpływają. Na straży gniazda zostaje samiec. Stoi nad nimi dzień i noc, odgania nawet samicę, bo po tarle jest wygłodniała i mogłaby pożreć własne potomstwo. Samiec pełni swój obowiązek z wielkim poświęceniem. Rybacy z Warlit opowiadają o samcu, który został na gnieździe nawet wtedy, gdy ktoś nocą spuścił wodę ze stawu.

Małe sandaczyki wylęgają się po kilkunastu dniach na początku lub w połowie maja (to zależy od pogody). W porównaniu z wylęgiem innych ryb są wtedy bardzo małe, niezwykle delikatne i wrażliwe na skoki temperatury. Nagła zmiana o 2 - 3 stopnie w górę lub w dół może je nawet zabić. Dlatego rozród sandaczy, zarówno w hodowli, jak i w naturze, nie co roku się udaje. Narybek sandacza odżywia się wyłącznie dorosłymi skorupiakami: dafnią, ośliczką, oczlikiem, bosminą, które w uprzednio nawożonym stawie zdążyły się rozwinąć w wystarczającej ilości. Gdyby pokarmu zabrakło, sandaczyki wyjadłyby się nawzajem, bo kanibale z nich są nieprzeciętne i potrafią wyciąć się w pień.

Małe drapieżniki szybko zaczynają się rozglądać za rybami. Najmniejszy sandaczyk, u którego w brzuchu znaleziono rybę, miał zaledwie 22 mm. Po osiągnięciu 2,5 - 4 cm długości stają się bardzo żarłoczne. Żeby się nie powyjadały, trzeba je przenieść do większej wody. Robi się to pod koniec czerwca lub na początku lipca z zachowaniem wszelkiej ostrożności. Wodę trzeba spuszczać bardzo powoli, żeby nie wzruszyć dna, bo muł zatkałby skrzela i małe sandacze by się podusiły. Zgromadzone przy mnichu rybki wybiera się kubkiem, bo nawet akwariowa siateczka może je śmiertelnie zranić. Przewozi się je po kilkadziesiąt sztuk w foliowych workach wypełnionych wodą i tlenem, a rozprowadza po całym zbiorniku, wpuszczając w jedno miejsce nie więcej niż kilka sztuk.

Wiesław Branowski