ZANĘTA Z KOPNIĘCIEM


I będę powtarzał do końca wędkarskiego istnienia: najważniejsza jest zanęta! To tyle - stary Zyga zakończył długi monolog i odstawił osuszony kufel. - Muszę się pokazać w domu. Zapamiętałeś mój przepis na jesienną zanętę? Bywaj!






Odstawił grube szkło i wytoczył się z baru „Złota Kaczka” nie zapłaciwszy za to, co wypił przez ostatnie cztery godziny. Pomyślałem jednak, że jeżeli mówił prawdę, to może wyjdę na swoje.
Zadzwoniłem do kumpla, który pracował w niewielkim browarze.
- Słuchaj, potrzebuję wiadro wysłodków, czy jak tam je zwiecie. O ile wiem, browar to wyrzuca.
- A, wysłodziny... Nie wyrzuca, tylko sprzedaje. Hodowcy kupują je na paszę. No, faktycznie są
tanie.
- Właśnie. Dlatego dzwonię.
- Za hodowlę się wziąłeś? Ty to zawsze coś kręciłeś. W co wskoczyłeś? Drób wodny, wieprzki, strusie?
- Nie, to na ryby. Do zanęty.
- Niezły pomysł. Jak się ryba urżnie, sama na brzeg wyjdzie. Ile tego chcesz?
- Dwa wiadra.
- Dwa wiadra? Stary, beczkami to sprzedajemy! Pożycz przyczepkę, ustaw bekę na co najmniej pięćdziesiąt litrów i przyjeżdżaj z rana. Pomogę ci wszystko załatwić.
Wysłodziny woniały... no, wolę nie mówić jak. Bałem się, że samochód przesiąknie tym odorem do końca swoich dni. Na szczęście beka jakoś się zmieściła w garażu, choć gdyby nie brat, który akurat wpadł na chwilę, nie zdołałbym jej zestawić z przyczepki na betonową podłogę. Z drugiego garażu wyszedł sąsiad-policjant.
- Co tak ładnie pachnie? Bezakcyzową brandy warzymy? Osobiście możemy pomóc przy degustacji, ale potem wsadzimy sąsiada za nielegalny wyrób winiaków i skasujemy premię za wykrywalność, he, he!
Brat roześmiał się tak radośnie, jakby ten dowcip dotyczył jego dyrektora, a nie rodzonego brata. Wkurzyłem się.
- Zamiast rechotać, pomóż mi ją przestawić, bo auto nie wjedzie. A sąsiad nie ma się czym podniecać. Przywiozłem z browaru trochę wysłodzin na zanętę.
- Dosyć dużo tego - policjant pokiwał głową. - Jak się sprawdzi, to i ja poproszę o wiaderko. Ale czy to się w tym upale nie skwasi? Już trochę zalatuje.
Wcześniej o tym nie pomyślałem. No, trudno. Jak się zepsuje, to wyrzucę. Jeszcze tego samego dnia pojechałem nad rzekę, żeby przetestować zalatującą bimbrem breję. Dodałem ją do zanęty zrobionej wedle przepisu starego Zygi. W miejscu, gdzie wpadło do rzeki kilka kul, woda już po paru minutach zaczęła się niemal gotować. Lekką wędką w krótkim czasie złowiłem na białego robaczka tuzin płotek i piękną krasnopiórę. Zmieniłem miejsce i nieco wyżej, na płyciźnie za zakrętem, znowu wrzuciłem do wody trzy kule. Spławik prawie od razu zanurkował. W kwadrans wyciągnąłem z wody osiem spasionych płoci i wymiarowego klenia. No, jeżeli tak, to znalazłem złotą żyłę. Trzeba przemyśleć, jak to opatentować. Oczywiście ze starym Zygą do spółki, skoro on to wymyślił. Rewelacja na skalę światową! A w browarach tyle się tego dobra marnuje! Złota żyła!
Moim autorskim wsadem w przyszły sukces miał być przepis na przynętowe ciasto. Wieczorem, w kuchni, zrobiłem trzy rodzaje klusek z dodatkiem wysłodzin. Ich zapach wzmagał się z godziny na godzinę, bo w beczce ustawionej w kącie garażu, najwyraźniej zaczęła się alkoholowa fermentacja. Żona trochę się denerwowała i kazała mi „skończyć z tym bimbrownictwem, zanim zlecą się tu menele z całego powiatu”. Odrzuciła moje zapewnienia, że to, co dziś tak drażni jej powonienie, jutro może nam przynieść fortunę.
Brat, choć niechętnie, zgodził się, żeby jego zamrażarkę potraktować jako magazyn eksperymentalnej przynęty. Obiecałem mu stosowne udziały w przyszłym biznesie i jedno ze stanowisk dyrektorskich. Późnym popołudniem znowu wybrałem się nad rzekę, żeby wypróbować kilka wersji ciasta. Wziąłem wiadro wysłodzin i stosowne dodatki. Wszystkie próby wykazały to samo: im więcej sfermentowanych wysłodzin w cieście, tym też więcej brań. Inne składniki pełniły jedynie funkcje wypełniacza i lepiszcza.
- A ty co tu pitrasisz? - spytał zdziwiony stary Zyga, który niespodziewanie wyszedł zza krzaków prowadząc rower obwieszony wędkarskimi przyborami.
- Zanęta się sprawdziła, teraz eksperymentuję z ciastem. Ale, oczywiście, patent będzie wspólny.
- Jaki patent? A to co, zacier? - wskazał wiadro z wysłodzinami
i zagarnął ręką nieco fermentującej brei. Spróbował i z uznaniem pokiwał głową. - Na moje czucie, ma to jakieś osiem do dziesięciu procent. A to? - zobaczył na składanym stoliku kilka już gotowych przynęt w formie placków, z których można było wyskubywać stosowne kawałki. - Aaa..., hamburgery z kopnięciem? Ty to masz łeb. Zakąska ze sznapsem w jednym!
- Przecież to ty mi opowiedziałeś o zanęcie z wysłodzin... Wtedy, w „Złotej Kaczce”...
- Ja? - zdziwił się. - Możliwe. W „Złotej Kaczce” zawsze mi się dobrze gada. Możliwe. Daj no jeszcze trochę - tym razem wyjął z wiadra pełną garść i wepchał sobie do ust. - Ile mówiłem? Dziesięć procent? Toż to ma ze trzynaście! Hamburger z gazem... Wezmę jeszcze trochę...
W dwie godziny potem wracałem do domu. W bagażniku leżał rower z bambetlami starego Zygi. On sam chrapał na tylnym siedzeniu, kompletnie pijany. Wyjadł wszystko, co zostało w wiadrze.
Na podwórku przed garażem kręcił się rozgadany tłumek, a moja żona tłumaczyła coś sąsiadowi-policjantowi. Dwóch ludzi z zakładu oczyszczania wylewało właśnie całą zawartość mojej beczki do kanalizacji. Kiedy wysiadłem z auta, na podwórku zrobiło się cicho. Żona spoglądała na mnie z wyrzutem w oczach. Policjant pokiwał groźnie palcem i chciał coś powiedzieć, ale przeszkodził mu stary Zyga, który wyturlał się z samochodu, wskazał na mnie i wybełkotał:
- To geniusz! Wypędził hamburgery, które mają dwanaście procent, a może więcej. Geniusz! Jesteśmy wspólnikami, rozumiecie?! A jutro będziemy pędzić makaron! Też na dwanaście procent.
Wobec takiego spraw obrotu idea koncernu zanętowo-przynętowego upadła. Przynajmniej na jakiś czas. Stary Zyga przestał wędkować i nie pokazuje się w „Złotej Kaczce”, ale ja konspiracyjnie, ostrożnie, nadal eksperymentuję w garażu. W bardzo małej skali, rzecz jasna, żeby nie napytać sobie biedy. I mam już nowe pomysły.
Roman Suwik