Zdjęcie znad wody

DUŻE RYBY


Informacje o wielkich rybach należy dzielić na wiarygodne, niewiarygodne, zasłyszane, mało prawdopodobne, bzdurne, oszukańcze, bezkrytycznie powtarzane jako sukcesy własne, a w rzeczywistości... i tak dalej.


Wydawałoby się, że fotografia złowionej ryby wraz z dany    mi o jej gatunku, wielkości i wadze to informacja wiarygodna. Tymczasem wcale tak nie jest. Jeżeli zdjęcie wykonano zwykłym aparatem i później przeniesiono je na papier fotograficzny, jest bardzo prawdopodobne, że pokazuje ono rzeczywistość. W tej bowiem technice zmanipulowanie obrazu jest wyjątkowo trudne i wymaga specjalistycznej wiedzy. Zdjęcie wykonane aparatem cyfrowym też niekiedy przenosi się na papier, ale przedtem można w komputerze dokonać rozmaitych przeróbek. Łatwo to jednak wykryć.

Krótka lekcja wykorzystania aparatów cyfrowych
O jakości obrazu z aparatu cyfrowego decyduje gęstość zapisu. Jeżeli ustawimy aparat tak, żeby na karcie pamięci zarejestrować jak najwięcej zdjęć, uzyskamy zapis o małej rozdzielczości. Ich słabej jakości nie zmieni umieszczona na korpusie informacja, że aparat ma 8 mln pikseli. Innym aparatem, który ma tylko 6 mln pikseli, zrobimy o wiele lepsze zdjęcia ustawiając go na zapis maksymalny.
Wyobraźmy sobie, że mamy dwa sita. Jedno służy do przesiewania stalowych podkładek o średnicy 4 cm, drugie do przesiewania pylistej mąki. Linki, z których zrobione jest sito, się przecinają, krzyżują. W aparacie właśnie w tym miejscu dokonuje się zapis obrazu. Im więcej splotów w sicie, tym gęstszy zapis w aparacie. Im rzadsze sito, tym większe oczka, które w obrazie cyfrowym są pustką wypełnianą domyślnym kolorem, konturem, nasyceniem wygenerowanym przez program. I jeszcze jedno porównanie. Zdjęcie linii wykonane w małej rozdzielczości będzie się składało, powiedzmy, z ośmiuset pikseli. Ta sama linia zapisana w wysokiej rozdzielczości będzie miała dwadzieścia tysięcy pikseli! Między innymi dlatego zdjęcia wykonywane aparatami komórkowymi mają niską jakość, bo ich optyka jest kiepska, a matryce, które rejestrują obraz, są bardzo małe.

Internetową Polskę obiegło ostatnio zdjęcie olbrzymiego węgorza wykonane najprawdopodobniej aparatem komórkowym. Przypadkowo się dowiedziałem, gdzie i przez kogo ten węgorz został złowiony oraz ile ważył. Otóż został złowiony przez kłusownika siecią w jeziorze Jamno, a ważył 18,5 kg. Źródło informacji wydawało się wiarygodne. Powiedziano mi jeszcze, że węgorz leżał przez trzy dni w chłodziarce, a potem kupił go za tysiąc złotych jakiś poznaniak i ściągnął z niego skórę, żeby ją spreparować.
Zbyt szokująca była to informacja, żeby jej nie zweryfikować, także od strony biologicznej. Konsultowałem się z kilkoma ichtiologami, zajmującymi się również biologią Bałtyku. Powiedzieli, że jest niemożliwe, by węgorz uzyskał takie rozmiary. Jest natomiast prawdopodobne, że był to konger, bliski krewniak węgorza. Wprawdzie u nas ten gatunek nie występuje, ale wody Bałtyku co jakiś czas się wymieniają z wodami Morza Północnego. Wtedy do Bałtyku wpływa woda bardziej słona, a wraz z nią rozmaite zwierzęta, które normalnie w Bałtyku nie występują (o kongerze na końcu artykułu). Tym sposobem do przymorskiego jeziora mógł się dostać konger, ale my na marnym zdjęciu mieliśmy węgorza. Konger od węgorza różni się bardzo wyraźnie płetwą grzbietową. U kongera jest ona o wiele większa i zaczyna się tuż za głową. Kiedy zdjęcie, które do nas dotarło, poddaliśmy dokładnym oględzinom, w miejscu, w którym konger ma płetwę grzbietową, zobaczyliśmy jakąś niebieską linię. Marny to był retusz, bo im zdjęcie gorsze, zrobione w małej rozdzielczości, tym wyraźniej  na nim widać wszelkie operacje.

 
Do weryfikacji służą nie tylko komputery, pomaga nam również nauka.
W 1991 roku opublikowaliśmy artykuł Jana Eggersa “Sto największych szczupaków na świecie”. Eggers odnalazł łowców, zebrał dokumentację połowów, opublikował listę, którą opatrzył bogatym komentarzem. Eggers nie jest biologiem, w czasie kiedy pisał artykuł, był kierownikiem działu w jakichś zakładach chemicznych. Mimo to pozwolił sobie na wiele uwag. Dotyczyły one także zjawisk, których zupełnie nie rozumiał. Więc chwała Eggersowi za listę stu największych szczupaków, zrobił kawał mrówczej robot, ale z oczywistych powodów razem z jego tekstem musieliśmy opublikować artykuł dr. Jana Błachuty poświęcony zależnościom między wagą i długością ryby. Przypominamy ten artykuł sprzed osiemnastu lat – nic się do dzisiaj nie zmieniło.
Dr Jan Błachuta
Podczas swoich badań ichtiolodzy posługują się tak zwanymi równaniami regresji. My też z nich korzystamy przy weryfikowaniu zgłoszeń do “Parady Rekordów”. Mamy na swoje potrzeby opracowany program, który pozwala na podstawie fotografii dokładnie ocenić długość zgłaszanej ryby. To jest potrzebne, kiedy podczas fotografowania łowca wpycha złowioną rybę w obiektyw, co zmienia perspektywę. Takie zdjęcie jest ładne, dynamiczne, nie oddaje jednak rzeczywistych proporcji.
Nasz program działa dobrze. Na dowód podam przykład. Dotarło do nas zdjęcie przedstawiające karpia i jego łowcę, a także informacja, że karp ważył 32 kilogramy. Dopiero dwa dni później dowiedzieliśmy się, gdzie i w jaki sposób został złowiony oraz jaki był długi. W międzyczasie sami dokonaliśmy komputerowych pomiarów. Nam wyszło, że ma 113 cm, a łowcy, mierząc go bardzo dokładnie na żywo, określili jego długość na 114 cm.
Ten karp nie został jednak zgłoszony jako rekord. Dlaczego? Sami tego nie wiemy. Po prostu wielu wędkarzy łowi ogromne ryby, ale ich nie zgłasza. Nie mam tu na myśli ogromnego szczupaka złowionego w Zbiorniku Koronowskim. Szczupak ważący ponad 30 kilogramów został skłusowany na tak zwany klocek, to znaczy złowiony spod lodu na żywca. Są zdjęcia, są świadkowie, ale oficjalnie nikt pary z gęby nie puszcza.
Cztery lata temu na wrocławskim targowisku przy ulicy Kruczej ważono sandacza. Był przy tym nasz znajomy, miał przy sobie aparat i mało brakowało, żeby zrobił zdjęcie. Ale jeden z gapiów, wędkarz, gdy mu mowa wróciła (bo wszystkim ją odebrało na widok tak ogromnej ryby) zwrócił uwagę, że na sandacze jest teraz okres ochronny. Łowca zwinął się jak diabeł przy pani Twardowskiej, a z jego opowieści ludzka pamięć zanotowała tylko to, że złowił go na żywca w Odrze niedaleko podwrocławskich Ratowic. To było 20 maja, a sandacz ważył 17,7 kg.
Nie zostanie zgłoszony również okoń złowiony pięć lat temu w jeziorze Chłop. Złowił go spiningista na białe kopyto nanizane na kilkunastogramową główkę przywiązaną do grubego szczupakowego wolframu. Przyszedł go zważyć do pobliskiej knajpy. Ludzi w niej pełno, w rękach trzymali butelki, ale aparatu fotograficznego nikt przy sobie nie miał. Widać to w knajpie niebezpieczne.

Nie zgłosi pewien wędkarz złowionego przez siebie sandacza w lubelskim zbiorniku zaporowym Zemborzyce, bo jak mówi: po co? A sandaczyk nielichy, blisko 17 kilogramów. I nawet zdjęcie jest.
Nam, pracownikom i współpracownikom “Wędkarza Polskiego”, nie wypada zgłaszać złowionych ryb do “Parady Rekordów”. Gdy jednak złowimy duże ryby, badamy okoliczności i miejsce połowu, zawartość żołądków, sprawdzamy, jak długo złowiona ryba żyła, a potem przekazujemy tę wiedzę Czytelnikom, żeby i oni mogli się kiedyś poszczycić sukcesami. Oto przykład.
  Niemal z jednego miejsca w okresie nie dłuższym niż pół godziny zostają wyciągnięte dwa bolenie. Jan Błachuta łowi na 7-centymetrowe białe kopyto z niebieskim grzbietem. Przynętę prowadzi z prądem. Rzuca do sześciometrowej rynny. Pozwala przynęcie dojść do pół wody i zaczyna ściągać. W pewnym miejscu przynęta musi trafić w dno, które im bliżej łowiącego, tym wyżej się podnosi. Jedno, drugie i trzecie szarpnięcie ołowiu o dno, a potem miękki pulsujący zaczep. Kilka minut “twoje moje” i potężny, blisko ośmiokilowy boleń wypływa na małą piaszczystą plażę. Ma 92 cm, prawie osiem lat i zupełnie pusty żołądek.
Marian Lewicki
Niemal w tym samym czasie i w tym samym miejscu łowi Marian Lewicki, ale rzuca nie blisko brzegu, jak Błachuta, tylko bardziej w nurt, gdzie jest głębiej. Choć jego dżig waży tyle samo co dżig Błachuty, a na nim jest złota kalifornia z ciemnym brokatem, przynęta płynie w toni. Kilkanaście rzutów i Marian też holuje bolenia. Ma  prawie pięć kilogramów i 75 cm, tyle samo lat co boleń Błachuty, ale w jego żołądku tkwią trzy duże, jeszcze nienadtrawione płocie. Połów tych ryb jest udokumentowany zdjęciami, pod mikroskopem mamy ich łuski.
A teraz pytanie: któryż to szarpakowiec przyzna się do wyciągnięcia 70-kilowej tołpygi ze zbiornika w Rybniku? Cóż oni zresztą mogą powiedzieć o swoich połowach? Może to, że spotkali tam jeszcze większe ryby. I o tym, jak to któryś z nich miał na kołowrotku jedynkę, zaciął rybę i się przy tym wywrócił (to ci dopiero zamaszysta kosa!), a wtedy ryba ciągnęła go po trawie do wody.
O tołpygach mogą mówić ci, którzy je łowią tak jak należy, to znaczy na haczyk, samemu wybierając miejsca do nęcenia i pory najlepszego żerowania. Albo tacy jak ja, którzy w zimny, deszczowy i bardzo wietrzny dzień poszli na sandacze i zacięli za ogon ponad 30-kilową tołpygę. Walka była długa, wyczerpująca i emocjonująca, tylko czym tu się chwalić?
Wiesław Dębicki




 



KONGER

Konger z wyglądu podobny jest do węgorza, ale osiąga znacznie większe rozmiary. Rośnie nawet do trzech metrów długości i osiąga przeciętnie wagę 60 kg, ale największe łowione egzemplarze tego gatunku ważyły 110 kg.
Skóra kongera nie ma łusek, a płetwa grzbietowa zaczyna się znacznie bliżej głowy niż u węgorza, ponadto konger ma płetwę ogonową i brzuszną zrośnięte.
Kongery występują w północnym Atlantyku, Morzu Północnym i Kanale La Manche, również w Morzu Śródziemnym, rzadko w Bałtyku, tylko pojedyncze sztuki, które wpływają do naszego morza wraz ze słoną wodą Morza Północnego.
Konger to ryba drapieżna. Żyje samotnie i prowadzi nocny tryb życia. W dzień  ukryta w grotach, szczelinach skalnych, również we wrakach statków. Żywi się rybami i skorupiakami. Przebywa na głębokości do 100 m.
Tarło odbywa w czerwcu i lipcu w otwartym morzu na głębokości 2-3 km. Dotychczas poznane tarliska znajdują się na obszarze między Gibraltarem i Wyspami Azorskimi oraz na Morzu Śródziemnym. Po odbytym tarle dorosłe osobniki prawdopodobnie giną. Larwy kongera są prawie dwukrotnie większe od larw węgorza europejskiego. Unoszone prądami morskimi na głębokościach 100-200 m trafiają na żerowiska, gdzie po około dwóch latach przeobrażają się do kształtu dorosłych kongerów. Później przenoszą się na wody przybrzeżne, gdzie rosną bardzo szybko, w ciągu 5 lat osiągają wagę 40 kg.


WYŚCIGOWE RYBY

W liście do naszej redakcji Jan Eggers wyraża zdziwienie, że rekordowy szczupak pana Wacława Biegana (Biegan złowił w Nidzie, trzydziestego listopada 1976 roku, szczupaka o masie 24,1 kg i długości 129 cm - przyp. red.) tak dużo ważył przy takiej długości. Jednocześnie podaje, jako kontrprzykład, że złowiony przez niego szczupak długości 131 cm ważył “zaledwie” 14,7 kg, a wszystkie olbrzymy z jego listy były zawsze dłuższe niż 140 cm.Jan Eggers, przy weryfikacji swej listy posługuje się dwoma wskaźnikami  oceny masy ryby - długością i obwodem. My nie usiłowaliśmy “wyważać otwartych drzwi”. Do takiej kontroli zupełnie wystarcza powszechnie stosowany w i chtiologii wskaźnik kondycji: masę ciała (w gramach) mnoży się przez 100 i dzieli przez długość (w cm) podniesioną do trzeciej potęgi. Dla wielu gatunków ryb współczynnik kondycji w przybliżeniu równa się jedności. Wyliczyliśmy ten współczynnik dla szczupaka Biegana i szczupaka złowionego przez Eggersa. Współ-czynnik dla szczupaka Biegana wynosi 1,12, a dla szczupaka Eggersa 0,65. Różnica spora, ale ... Sięgnęliśmy po monografię Żukowa “Ryby Białorusi”. W Dnieprze zakres zmienności tego współczynnika wynosi od 0,64 do 1,32, w Niemnie 0,80 - 1,17, w Dźwinie 0,62 – 1.
Wniosek tylko jeden - ryby, jak i ludzie, są różne. Chude i grube, z wysokim i niskim ciałem. W różnym stanie fizjologicznym, przed tarłem i po, po zimowej głodówce i odpasione, przed zimą, po letnim żerowaniu. Wszystko to wpływa na wzajemny stosunek długości do masy. Szczupak Biegana jest bliższy “średniego” szczupaka niż ten Eggersa. Pierwszemu należy pogratulować, że miał szczęście zmierzyć się z dużą rybą, będącą we wspaniałej kondycji, drugiemu trochę współczuć, że walczył ze smukłym wyścigowcem.



FOTKI

Zdjęcia udostępnili nam pp. Józef Pliszka z Pratulina nad Bugiem, gdzie prowadzi gospodarstwo agroturystyczne położone przy rybnym starorzeczu, i Grzegorz Kuciński ze Szczecina, który na naszą prośbę, specjalnie do tego artykułu, zrobił sobie zdjęcia.

Ze zdjęcia p. Józefa Pliszki można ze stuprocentową dokładnością odczytać wielkość ryb oraz  z równie dużą dokładnością oszacować ich wagę. Zdjęcie wykonane jest standardowym obiektywem z takiej odległości od obiektu fotografowanego, że perspektywa  nie została zniekształcona. Zdjęcie jest ostre i tak wyraźne, że można rozpoznać gatunki ryb, a w przypadku jazia stwierdzić,  czy nie jest on hybrydą, co się często zdarza. Najważniejsze, że dobrze widać twarz łowcy, zwłaszcza jego oczy. U dorosłych ludzi źrenice mają przeważnie rozstaw 64 milimetrów. Przenosząc tę miarę na inne elementy zdjęcia, bez trudu ustalimy,  jak długi był jaź i szczupak i ile one mogą ważyć.
Inaczej jest ze zdjęciami,  o które poprosiliśmy Grzegorza Kucińskiego. Zdjęcie, na którym trzyma przed sobą suma, jest bardzo słabe. Takich zdjęć w ogóle nie oceniamy.  Nie widać na nim  ręki, którą  łowca trzyma rybę, ani jego oczu, bo są  przysłonięte  okularami. Drugie zdjęcie z boleniem to  co innego. Przy dużym powiększeniu rozstaw źrenic jest do odczytania,  bo  zdjęcie  jest wystarczająco ostre. Na pierwszym planie palce łowcy, drugi plan to ryba, trzeci człowiek, czwarty silnik spalinowy. Wiedząc, że rozstaw źrenic ma 64 mm, z dużym prawdopodobieństwem określimy szerokość palca, a z całkowitą pewnością określimy moc silnika i średnicę manetki gazu (te informacje weźmiemy z katalogów firmowych).  Dalej to już czysta matematyka i nasz program. Jedno i drugie pozwala nam  stwierdzić, jaką ogniskową miał obiektyw, którym wykonano to zdjęcie. Idąc tym tropem, dowiemy się, jak długa była fotografowana ryba.