Zdjęcie znad wody

BOB NUDD - wyłowione nie tylko cztery tytuły

Podczas krótkiego pobytu w Polsce Bob Nudd opowiedział nam o sobie i o najlepszej w świecie spławikowej kadrze.
Kadra Anglii jest powoływana tylko na mistrzostwa świata i Europy. Jej członków wybiera trener, tylko do niego należy decyzja. W Anglii nie ma rankingu ani zawodów eliminacyjnych. Żeby trafić do kadry, trzeba regularnie wygrywać w zawodach, wtedy trener zwróci na ciebie uwagę. Szansę ma każdy, trzeba tylko często uzyskiwać dobre  wyniki. Może nie jest to system sprawiedliwy, ale jak widać, zdaje egzamin. Konieczny jest jednak warunek: trenerem musi być fachowiec, który  ma  również zdolności  selekcjonera. Nasz Dick Clegg ma do tego wyjątkowego nosa. Dlatego jest trenerem od 1984 roku. Właśnie wtedy tam trafiłem. Miałem 38 lat. Dick prowadzi kadrę  do dzisiaj i do dzisiaj  jestem w jej składzie.
W angielskiej kadrze jest dziesięciu zawodników. To skład stabilny, zmienia się rzadko. Jeszcze niedawno panowało niepisane prawo, że kadrowiczami  mogą być  zawodnicy, którzy skończyli 35 lat. Uważano, że wtedy mają  za sobą dużo startów i są już odpowiednio odporni psychicznie. Pierwszym zawodnikiem, który to przełamał, był Alan Scotthorne, trafił do kadry w wieku 30 lat. Potem  znalazł się w niej 23-letni Wiliam Raison.
Angielska kadra ma dwóch sponsorów. Sprzęt, odzież i akcesoria daje firma Drennan, a zanęty Sensas. Nasze zobowiązanie wobec sponsorów  polega na tym, żeby korzystać z tych rzeczy na mistrzowskich zawodach. Nie dotyczy to jednak wędzisk. Nasza federacja uznała, że przyzwyczajenia zawodników trzeba szanować i nie można im narzucać,  jakich kijów mają używać. Dlatego nie mamy obowiązku łowić kijami Drennana, ale jeśli ktoś zechce, na pewno je dostanie.
Na zawody jedzie sześciu zawodników i trener. Wyjeżdżamy zwykle dwa tygodnie przed startem. Za podróż i jeden tydzień pobytu płaci wędkarska federacja, drugi finansujemy z własnej kieszeni. Zdarza się, że któryś z zawodników udaje się tam jeszcze wcześniej. Dzięki osobistym kontaktom uzyskujemy też informacje o łowisku. Mimo że za pierwszy tydzień treningu każdy płaci sam, jadą wszyscy zawodnicy. Bez tego nie ma mowy o sukcesie. Musimy zbiorowym wysiłkiem zniwelować przewagę lokalnej  drużyny, która lepiej zna wodę. Staramy się trenować jak najbliżej miejsca przyszłego startu, żeby dobrze rozpoznać łowisko, opracować najlepsze zestawy i taktykę łowienia.
W drugim tygodniu przyjeżdża trener. Wtedy rozpoczynają się eliminacje. Przez cztery dni łowimy na wyniki. Ostatni odpada, przedostatni zostaje rezerwowym. Skład drużyny jest znany dwa dni przed zawodami.
Kadra zmienia się rzadko, dlatego znamy się dobrze, jesteśmy więcej niż kolegami. Naszym głównym celem jest zawsze  zwycięstwo drużyny,  a jeżeli przy okazji uda się zdobyć mistrzostwo indywidualnie, to będzie dodatkowa satysfakcja.
Wieczorem, po treningu, zbieramy się przy piwie i wymieniamy spostrzeżenia. Nikt nie chowa sekretów dla siebie, dla takiego samoluba nie ma miejsca w kadrze. Wszyscy wiemy, że jeden zawodnik nigdy nie będzie wiedział tyle,  co cały zespół. Wspólnie więc ustalamy taktykę, ale decydujący głos należy do trenera. W  naszej drużynie obowiązuje zasada, że w czasie zawodów każdy powinien myśleć i ma prawo  dostosować się do  sytuacji. W jakimś momencie może więc łowić inaczej niż to zostało  ustalone, ale powód tej zmiany  musi być naprawdę ważny. W praktyce jest tak, że jeśli w wyniku takiego odstępstwa zajmiesz dobre miejsce, to nie ma problemu, wszyscy ci gratulują. Ale jeśli nie trafiłeś i ucierpiała na tym drużyna, to musisz trenera przekonać, że twoja decyzja była uzasadniona. Inaczej wylecisz z kadry.


Indywidualnym mistrzem świata byłem cztery razy. Pierwszy tytuł zdobyłem w 1990 roku w Jugosławii. Zawody odbywały się na Drawie, rzece głębokiej i szybkiej. Były to trudne mistrzostwa. W tamtych czasach nie było ograniczenia co do długości wędzisk, każdy łowił jak najdłuższym kijem. Ja miałem wędzisko 17,5-metrowe, potwornie ciężkie, które pod własnym ciężarem wyginało się w kształt  banana. Stosowano też  znacznie lżejsze zestawy niż obecnie. Używałem spławików  o wyporności 10 g, w tamtych czasach cięższych nie było. Wymagały dużej precyzji w prowadzeniu zestawu. Wygrałem, bo często łowiłem w irlandzkiej rzece Bend, bardzo do Drawy podobnej. Ryb było niewiele i skupiły się nad kulami zanętowymi. Kto nie umieścił ich precyzyjnie w jednym punkcie, ten miał słaby wynik. Zestaw musiał się przesuwać jak najwolniej, ale nie mógł się zatrzymać, bo wtedy brań nie było.
Drugi tytuł zdobyłem w 1992 roku na Węgrzech. Łowiliśmy w jeziorze  o głębokości około dwóch  metrów, z mieszanką karpi, małych płoci i okoni. Na treningu opracowaliśmy skuteczną metodę nęcenia i prowadzenia zestawu. Każdego dnia  łowiliśmy po kilka kilogramów ryb, sądziliśmy więc, że to będą łatwe mistrzostwa. Tymczasem na dzień przed zawodami pogoda się zmieniła,  przestał wiać wiatr i jezioro zrobiło się gładkie  jak stół. Zaryzykowałem i zmieniłem ustaloną taktykę. Uznałem, że ryby będą ostrożniejsze niż w czasie wiatru i użyłem lekkiej zanęty. Było to dobre posunięcie. Zestaw prowadziłem  metr od nęconego miejsca. Dzięki temu nie płoszyłem ryb skupionych przy zanęcie i przez cały czas miałem brania. Natomiast  konkurentom brania szybko się skończyły,  bo łowili tak jak podczas wiatru  i ryby popłoszyli. Łowiłem 13-metrową tyczką, dłuższa wędka nie była potrzebna.
Kolejne szczęśliwe dla mnie mistrzostwa odbyły się w 1994 roku w Anglii na torze kajakowym. Było to bardzo dobre łowisko, rybne  i równe. Doskonale je znałem, bo startowałem tam kilka razy w roku. Tymczasem na mistrzostwach się okazało, że ryb nie ma! W moim sektorze  ponad trzydziestu wędkarzy złowiło razem siedem sztuk, z tego cztery były moje. Łowiłem  odległościówką z 6-gramowym wagglerem Peacock w kształcie ołówka, wykonanym ze stosiny pawiego pióra. Większość brań miałem z opadu, dlatego nieznacznie obciążyłem przypon i co jakiś czas ściągałem zestaw, żeby przynęta najpierw podeszła pod powierzchnię, a później powoli opadała.
Czwarty tytuł indywidualnego mistrza świata zdobyłem w 1999 roku w Hiszpanii. Zawody odbywały się na szybko płynącej rzece Tag  koło Toledo. Tam była ciężka praca, bo w łowisku były prawie same karpie ważące około jednego kilograma. Złowiłem ich, w obu turach, ponad 50 kg. Moja taktyka polegała na tym, żeby je stale karmić  i utrzymywać zestaw w ciągłym ruchu. Kiedy się zatrzymał, to brań nie było. Łowiłem 11-metrową tyczką, dlatego szybciej holowałem ryby niż zawodnicy, którzy  używali  dłuższych kijów. W zestawie miałem 23-gramowy spławik typu listek.

Trening czyni mistrza. Łowię ryby od kilkudziesięciu lat. Moje sukcesy zawdzięczam w dużej mierze startom w zawodach. Rywalizacja daje dużo więcej niż indywidualny trening. W grze o konkretną stawkę niczego się nie odpuszcza. Zawsze łowię najlepiej jak się tylko da,  bez względu na rangę zawodów, w których akurat uczestniczę. Każde zawody wnoszą coś nowego i zostają po nich nowe doświadczenia, a to w przyszłości procentuje. Na zawodach jest duża presja psychiczna, dlatego trzeba być odpornym,  umieć się wyłączyć, skoncentrować na łowieniu i być pewnym tego, co się robi. W każdym tygodniu startuję średnio cztery razy, zimą też. Jeden dzień w tygodniu przeznaczam na przygotowanie sprzętu i zestawów. Wędkarstwo zawodowe jest bardzo męczące fizycznie, dlatego muszę kiedyś odpocząć i się wyspać, mam na to jeden cały dzień. Latem wyjeżdżam na dwa miesiące do Irlandii, łowię codziennie. Jest tam dużo zawodów, niektóre trwają nawet po pięć dni, startuje w nich po 300 zawodników. Nagrody za zwycięstwo są wysokie, do pięciu tysięcy funtów.

Wędkarstwem zajmuję się od kilkudziesięciu lat. W tym czasie wiele się zmieniło, zwłaszcza gdy idzie o  sprzęt. Jakość idzie do góry, a ceny spadają. Moja pierwsza 10-metrowa tyczka Daiwy, po  przeliczeniu na dzisiejsze  kursy,  kosztowałaby kilka tysięcy euro. Musiałem jechać po nią do Francji. Była bardzo ciężka i gdy się ją ruszyło, to przez dziesięć minut się huśtała. Dzisiejsze kije są lekkie, szybkie i bardzo mocne. Na 14,5-metrową tyczkę Browning Carboxy Gold wyholowałem 9-kilogramowego karpia.
Prawdziwej  rewolucji dokonał spławik typu listek. Pozwolił  stosować lżejsze zestawy i ułatwił precyzyjne prowadzenie.
Zanęty niewiele się zmieniły, ale dobrą nowością są pellety, bo ułatwiają przytrzymanie ryb w łowisku. Świetne są  kubki zanętowe, które mocuje się na szczytówce. Dzięki nim nawet średniej klasy wędkarze mogą precyzyjnie nęcić w jeden punkt.

Moją największą rybą był ważący 160 kg rekin rafowy, złowiłem go na Wyspach Bahama. Największą rybą złowioną na  zawodach był wspomniany już 9-kilowy karp. W Kanadzie na spining łowiłem łososie o wadze 20 kg. Najwięcej ryb w czasie jednej tury złowiłem w irlandzkiej rzece Ern. Było to dawno temu, miałem wtedy 28 lat. Wieczorem był festyn, który  przeciągnął się do białego rana. Prosto od stołu, na lekkim rauszu, poszedłem na stanowisko. W ciągu pięciu godzin wyholowałem 440 ryb, które ważyły 80 kg.

Bob Nudd o sobie
Jestem najbardziej utytułowanym spławikowcem na świecie. Przez dwadzieścia lat zdobyłem na mistrzostwach świata jedenaście złotych medali - cztery indywidualnie i siedem razem z drużyną. Tytuł mistrza świata jest wynikiem pracy całego zespołu.
Jestem wędkarzem zawodowym, w Anglii jest nas zaledwie kilku. Mam kontrakt z firmą Browning, dla której projektuję sprzęt. Jestem też przedstawicielem Marcela van den Eynde na Anglię.

Na koniec dobra rada Boba
Na łowiskach popularnych, często odwiedzanych i zarybianych, ryby wabi hałas. Dobry skutek daje  uderzanie topem w wodę i nęcenie wodą  z kubka zanętowego. Po prostu nabiera się do kubka wody i wylewa, żeby chlapała. Złośliwi mówią, że tę metodę wymyślili Szkoci.