77 WIOSEN...


Do gospodarstwa agroturystycznego położonego nad brzegiem jeziora Lubie, o dziwo, wędkarzy przyjeżdża mało.
A mnie tutaj właśnie wędkarstwo przyciągnęło, a dokładniej pani Irena Łopatowska. Dowiedziałem się, że choć przeżyła już 77 wiosen, nadal wędkuje, i to z dużym zapałem. Jak mi powiedziano, latem przemierza ogromne jezioro na wiosełkach, a zimą codziennie siedzi nad przeręblem.
Łowi wyłącznie okonie.










Dowiedziawszy się tego wszystkiego, wybrałem się do Lubieszewa tak szybko jak tylko mogłem. Rzecz to bowiem niecodzienna, żeby starsza pani uganiała się po lodzie za okoniami. Za płotkami, to bym jeszcze rozumiał, bo wtedy wystarczą jeden - dwa przeręble. Okonie to coś całkiem innego. Trzeba ich szukać, wymagają dużej mobilności. Wędkarz musi wiele razy zmieniać miejsce, ciągle robić w lodzie nowe otwory. W takiej roli pani grubo po siedemdziesiątce? Chciałem to zobaczyć na własne oczy.
Po przyjeździe zamieniliśmy kilka słów przy kawie i od razu na łowisko. Pani Irena była już przygotowana. Ubrała się ciepło. Miała na sobie m.in. góralskie spodnie ze zgrzebnej wełny, a do saneczek przywiązała torbę, w której poza sprzętem znajdował się długi ceratowy płaszcz, najlepsza ochrona od wiatru. Krok po kroczku dotarliśmy na odległe o kilometr łowisko.
- O, jakieś dziady tam stoją - powiedziała, a widząc moje zdziwienie, dodała: - Prawie wszyscy wędkarze, kiedy mnie zobaczą, mówią do siebie: „O, baba łowi” albo „baba płynie”. Dlatego ja na nich mówię „dziady”. Wczoraj (niedziela - przyp. mój) dziadów było dużo, ale okonie nie brały, bo ciągle latali po lodzie. Zobaczymy jak będzie dzisiaj.
Zaczynamy na sześciu metrach. Pani Irena łowi na przemian spławikówką z dżdżownicą i błystką podlodową. Wyniki mamy kiepskie. Kilka małych okonków, kilka płoteczek... Przechodzimy kilkaset metrów dalej. Ja wiercę świdrem, a p. Irena rozkuwa wczorajsze dziury pierzchnią. W nocy był mróz, więc żeby dotrzeć do wody, musi uderzyć w lód kilkadziesiąt razy. Nic dziwnego, że podpatruje mnie z zaciekawieniem. W końcu decyduje się na moje narzędzie i mój sposób dziurawienia lodu.
Okazuje się, że i to łowisko jest słabe, choć o kilka metrów głębsze. Idziemy więc jeszcze dalej. Podobnie jak w poprzednich miejscach, tutaj też trafiamy na ślady po wykutych przez p. Irenę dziurach.
Na 16. metrach zaczynają się brania. Niestety, znowu słabe. Łowimy już blisko cztery godziny, ale słońce pięknie świeci i o powrocie do domu nawet nie myślimy. Cały czas obserwujemy innych wędkarzy. Tylko jeden, oddalony od nas o jakiś kilometr, prawie się nie rusza. Pozostali, których sylwetki są ledwo widoczne na śnieżnej pustyni, ciągle kręcą się po lodzie.
- Dziadom dzisiaj nie bierze - mówi p. Irena - ale pójdę zobaczyć, na co tamten łapie. - Kiedy wróciła, powiedziała, że ma on kilka okoni o wiele większych od naszych. Przyniosła nie tylko informację, że tamten wędkarz łowi na błystkę, ale również dobrego ducha. Powiał mocniejszy wiatr i okonie wreszcie zaczęły brać. Zmrożone bryłki lodu przyklejone do tafli lub wbite w śnieg mocno przeszkadzały przy spuszczeniu zestawu do przerębla. Mimo to do zachodu słońca złowiliśmy blisko siedemdziesiąt okoni. Według p. Ireny nie było się czym chwalić, bo żadnego okazu wśród nich nie było.
Wracamy. W połowie drogi spotykamy jej syna, który wyszedł nam naprzeciw. - Po całym dniu wędkowania - mówi - babci może zabraknąć sił. - Sadza ją na sanki i ciągnie do wsi.
Już w ciepłej kuchni mam nadzieję wyciągnąć od moich gospodarzy więcej informacji o rybach, ale jak to często bywa, rozmowa schodzi na politykę, na życie i własne dzieje. Rodzice p. Ireny trafili tutaj w 1946 r. po powrocie z zsyłki do dalekiego Kazachstanu. Brunon, jej mąż, też przeszedł tułaczkę. Zaczęła się po aresztowaniu ojca policjanta, zsyłka w głąb Rosji i zakończyła w 1956 roku w Lubieszewie. Obydwoje byli nauczycielami w szkole, w której mieszkają do dzisiaj. Tutaj urodził im się syn. Gdy miał zaledwie kilka lat, zamiast, jak inne dzieci, bawić się w chowanego, zaczął... łowić ryby. Matka wkrótce poszła w jego ślady.
- Chłopak rwał się do wędkowania - opowiada p. Irena. - Puszczać go samego nie mogłam, bo przy pomoście było głęboko. Z początku stałam przy nim bezczynnie, potem i ja wzięłam do ręki wędkę. Darek wyrósł, poszedł do szkoły, później wyjechał za pracą, a kiedy wrócił do domu, już mu nie ryby w głowie. Musi się troszczyć o rodzinę. Tylko ja zostałam przy kiju, bo Brunona wędki nigdy nie interesowały. Jego pasja to żeglarstwo, które ściąga do naszego domu wielu amatorów tego sportu. Jeden z nich, pułkownik z Warszawy, z którym kiedyś nałowiliśmy trochę rybek, przywiózł mi następnego roku dwie składane wędki. Jak to Brunon z Darkiem zobaczyli, od razu mówią: „Niech pan to zabiera, mama takie cacka na pewno zepsuje i będzie szkoda”. Nie mogę im do dzisiaj darować tych wędek, takie ładne były - kończy p. Irena swoją opowieść o rodzinnym wędkowaniu.
Zima rządzi się swoimi, często nieodgadnionymi prawami. Tegoroczna szczególnie. Trwała długo, jeziora skuła grubą warstwą lodu. W poprzednich latach Lubie zamarzało tylko na części swej powierzchni, a lód mocny na tyle, żeby można po nim chodzić, trzymał się najwyżej miesiąc. Dzisiejsze marcowe wędkowanie na 16. metrach dowodzi, że mróz jeszcze nie ma zamiaru kapitulować. Przez Lubie płynie Drawa, woda jest więc dobrze natleniona i ryby nie muszą się zbliżać do brzegów, przy których niedługo, po pierwszych silnych roztopach, będą odbywać tarło. Rozmawiam o tym z p. Ireną. Potwierdza, że gdy tylko trzciny odtają, ryby zaraz się przy nich pokazują, a wtedy ona długo nie czeka. Siada na łódkę i wyrusza na okonie. Spółka rybacka ze Złocieńca, która Lubie ma w dzierżawie, zezwolenia na wędkowanie z łodzi wydaje dopiero od czerwca, ale p. Irena ma specjalne względy. Dostaje zezwolenie o miesiąc wcześniej, bo - jak mówią ci, którzy ją znają - jest „częścią tutejszego folkloru”.
Zimą p. Irena daleko nie chodzi. Najwyżej do połowy jeziora. W tym miejscu jest ono szerokie, bo od domu ciągnie się duża zatoka, która sama mogłaby być niemałym jeziorem.
- Latem łowi pani w tych samych miejscach?
- Nie, przepływam jezioro i staję pod drugim brzegiem.
- Zawsze?
- Codziennie i to na wiosłach.
- Na Lubiu jest strefa ciszy?
- Nie. Można pływać na silniku. Mąż mi go nawet zamocował do łódki, ale nie chce się mi ze sznurkiem szarpać. Wolę wiosełka.
- W jakich godzinach okonie biorą najlepiej?
- Nie wiem. Łowię tylko w południe. Zawsze łowię w południe. Widzi pan, dziady mają czas. Rano coś zjedzą, wypiją i już ich w domu nie ma. Ja muszę zrobić swoim chłopom śniadanie, później przygotować wszystko do obiadu i dopiero wtedy mogę iść na ryby. To skąd mam wiedzieć o jakiej porze okonie najlepiej biorą?
- Łowi pani tylko okonie?
- Czasami złapię jakąś inną rybę, ale lubię tylko spławik i tylko z robaczkiem, więc jakaś inna się czasami chwyci.
- W jakich miejscach łowi pani te swoje okonie?
- Mam ich kilka. Nie są głębokie, mają około 5 metrów, ale obok nich jest większa głębia.
- I stamtąd wypływają większe ryby?
- Tam one się czują bezpiecznie. Bo ryby, proszę pana, są ostrożne. Jak się mnie przez kilka dni nauczą, to później już się nie dają złapać. Wiem, że tam są, ale brać nie chcą. Wtedy płynę na drugie miejsce.
- Zawsze wraca pani z okoniami?
- Nie było dnia.
- A co jest najważniejsze przy łowieniu okoni?
- Spokój, cierpliwość i obserwacja.
Wiesław Dębicki


Kilka słów o jeziorze Lubie
Lubie (zwane też Lubieszewem) leży na ciągu Drawy w pobliżu Drawska Pomorskiego i Złocieńca. Jezioro ma 1482 ha powierzchni, rozciąga się na długości 14 km, osiągając w niektórych miejscach 2 km szerokości. Maksymalna głębokość wynosi 46 m. Na jeziorze są cztery wyspy o łącznej powierzchni 28 ha: Rybaki, Soł-tysie, Kamieniec i Ptaszyniec.
Północna strona jeziora jest łatwo dostępna, oferuje liczne miejsca postoju i noclegi: dwa ośrodki i stanica wędkarska w Lubieszewie, pensjonat w Błędnie (naprzeciw wyspy Sołtysie), ośrodek młodzieżowy, kemping i pole namiotowe w Zatoniu, dom wczasowy, kempingi i pole namiotowe w Gudowie. W zachodnio-południowej części jeziora, poza ośrodkiem w Karwicach, nie ma bazy noclegowej. Spowodowane jest to zalesionymi brzegami oraz bliskością poligonu wojskowego.
Jezioro Lubie jest użytkowane przez Przedsiębiorstwo Rybackie Złocieniec.

 

Od wielu lat jezioro Lubie zarybiane jest kilkoma gatunkami przynoszącymi dochody gospodarującej na nim spółce ze Złocieńca. Są to sieje, sielawy i szczupaki. Szczupaki, odławiane w okresie przedtarłowym, trafiają do prowadzonego przez spółkę ośrodka zarybieniowego, gdzie są sztucznie wycierane. Powstały z tej ikry wylęg wpuszczany jest do specjalnych stawów, w których hoduje się ryby spokojnego żeru.
W Lubiu żyje bardzo dużo skarłowaciałych płoci i leszczy, ale jest też sporo okoni. Wędkarze łowią je przez całą zimę na błystki, a latem przeważnie na obrotówki i na robaka.
Jezioro Lubie, powiada p. Janusz Przegaliński, rybak z Lubieszewa, to jakby dwa akweny. Jeden głęboki, latem w warstwach przydennych brakuje tam tlenu. Druga część jest płytsza, i rybniejsza, a dno ma urozmaicone. Dno w miejscach głębokich i zagłębieniach pokrywa muł. Stoki podwodnych pochyleń są gliniasto-żwirowe, kamieniste, a w kilku miejscach na dnie leżą potężne skały.
Latem woda w jeziorze kwitnie. Jest to skutek zanieczyszczeń, które wiele lat temu spuszczano z okolicznych wsi i ośrodków wczasowych do Drawy. Dzisiaj sytuacja jest inna, ale populacja miętusów, z których jezioro kiedyś słynęło, jeszcze się nie odrodziła. Można natomiast złowić sandacza.
Opinia wędkarzy, o tym ogromnym akwenie, jest zła.