ZBIORNIK ZAPROROWY OTMUCHÓW


Za burtę nieopatrznie wypadła torebka po zaparzonej herbacie.
Patrzyliśmy, jak szybko znika pod powierzchnią. Ciągnący się za torebką żółty kartonik zniknął nam z oczu, kiedy się zagłębił na nie więcej niż trzydzieści centymetrów. O Boże! Jeżeli taka jest przejrzystość wody przy powierzchni, to jak w tej samej wodzie sandacze rozróżniają kolory gum na głębokości dziesięciu metrów? A rozróżniały.
Zbiornik Otmuchów na Nysie Kłodzkiej był już przez nas opisywany wiele razy. Znany z dużych sandaczy i wielkiej populacji okoni, a także z ogromnych karpi, jakoś przez ostatnie lata został zapomniany. Przykryła go sława zbiornika głębinowskiego znajdującego się na tej samej rzece, ale kilka kilometrów niżej.

Zbiornik Otmuchów wziął nazwę od pobliskiego miasta. Wybudowany jeszcze w latach trzydziestych, dzisiaj przypomina zamuloną miednicę. Górska rzeka niesie bowiem i osadza na jego dnie niezliczone ilości iłów i spływającego po deszczach humusu. Tylko niewiele tych namułów wypłukała niedawna powódź. Tak niewiele, że nawet w środkowej części zbiornika na ekranie echosondy nie widać choćby śladu po dawnym korycie rzeki. Prawie wszędzie dno jest równe i pokryte warstwą mułu.
Nic więc dziwnego, że oddany do użytku na początku lat siedemdziesiątych zbiornik Głębinów (nazwa też pochodzi od leżącej nad jego brzegami wsi) zaczął przyciągać liczne rzesze wędkarzy. Przyczyniła się do tego również nasza redakcja. Organizowaliśmy tam trzy pierwsze Puchary „Wędkarza Polskiego” i opisywaliśmy niezwykle urozmaiconą konfigurację dna. Są tam bowiem czytelne meandry zalanej rzeki i jej starorzeczy, wysokie pnie, pozostałości po wyciętych lasach i zagajnikach, gruzowiska po rozebranych domach... Wszystko to stwarzało wspaniałe warunki dla bytowania ryb drapieżnych, szczególnie okoni i sandaczy. Wtedy można było sądzić, że na głębinowskim łowisku dobra passa dla wędkarzy będzie trwała wiele lat. Ryb było dużo. Mieliśmy się gdzie uczyć łowienia sandaczy i poznawać tajniki ich zachowań.
Są to czasy niezbyt odległe, od których minęło najwyżej dziesięć lat, ale to właśnie wtedy zaczęliśmy popularyzować plastikowe przynęty. Dzisiaj, kiedy przeglądam publikacje z tamtych lat, wśród nich także zgłoszenia o połowie dużych ryb, zauważam ogromną różnicę w podejściu do wędkowania. Właśnie wtedy kończyła się era siermiężnego sprzętu. Wędkarze coraz więcej uwagi przywiązywali do wiedzy o życiu ryb, coraz częściej dzielili się, zwłaszcza na naszych łamach, swoimi doświadczeniami. Bardzo spopularyzowało to nowoczesne metody spiningowe. Przyświecała nam myśl, żeby publikować nawet takie artykuły, które na razie mogą nie być zrozumiałe. Powód był prosty. Miesięcznika wędkarskiego nie wyrzuca się po przeczytaniu do kosza. Raczej odkłada na półkę, by ponownie wziąć go do ręki nawet po kilku latach. Jeżeli jest w nim nowatorski tekst, z którym dzisiaj czytelnik się nie zgadza, to jutro, czytając go ponownie, zobaczy wszystko w innym świetle.
Pamiętać trzeba, że przeżywaliśmy wtedy małą rewolucję. Pokazało się nie tylko dużo nowych przynęt, ale także nowoczesnych wędzisk. Stare zniknęły, bo na dłuższą metę szans w tej konkurencji nie miały żadnych. Ale nie szło to szybko ani bezboleśnie. Wędkarz to na ogół uparciuch i konserwatysta. Latami dopracował się metod stosownych do posiadanego sprzętu. I jeżeli dobrze mu się łowiło starym kijem, to nie widział powodu, by go zmieniać na nowszy i droższy. Zmiany zachodziły więc powoli, chociaż spiningowanie nowoczesnym sprzętem było nie tylko wygodniejsze, ale również bardziej efektywne. Rozpisywaliśmy się więc m.in. o kijach, które przenoszą drgania do ręki, bo są zbudowane ze wzdłużnie ułożonych włókien. Dzisiaj to oczywistość,  ale wtedy trudno było wytłumaczyć, że spiningista powinien mieć taki kij, na  którym wyczuje branie i będzie to sygnał lepszy niż ugięcie szczytówki. Handlowcy nie byli po naszej stronie. Sklepy mieli zapchane starym towarem, więc żeby się go pozbyć, wymyślali niestworzone rzeczy. Z pomocą przychodzili im sprzedajni dziennikarze i ówczesne wędkarskie autorytety. Tamte lata to również nasza batalia o stosowanie na łódkach krótkich kijów. Dzisiaj mało kto łowi z łódki wędziskiem 3-metrowym, wtedy było to prawie powszechne. Dlatego zaczęliśmy organizować zawody. Pomogły one ogromnej rzeszy wędkarzy, którzy słuchając i podpatrując innych szybciej się przekonali, że trzeba iść w kierunku nowoczesności.
W spiningu, jak żadnej innej technice wędkowania, dokonał się bardzo duży postęp. Jego wyrazem stały się coraz nowocześniejsze wędziska, linki kompozytowe i plecionki oraz niezliczona ilość miękkich przynęt. W znacznym stopniu było to dzieło Amerykanów, ale i my mamy w tym duży udział, bo wiele przynęt urodziło się właśnie w Polsce. Rodem z Nysy jest dżig z drucianym antyzaczepem, nieoceniony przy łowieniu sandaczy w zbiornikach zaporowych i szczupaków wśród trzcin. Polska specjalizacja to również kogut. Wprawdzie, jak głosi historia, był on wzorowany na amerykańskich włosiankach, ale w rękach łowców ze Świerklańca przybrał dzisiejszą oryginalną postać. Kiedy mowa o łowieniu sandaczy, nie sposób  nie wspomnieć o Andrzeju Klozińskim z Krobi, który z musu, bo nie miał ich gdzie kupić, sam robił dżigowe haczyki. Doszedł do świetnych wyników. Tak im bowiem profilował groty i łuki kolankowe, że zacięte ryby miały je w samym przełyku. Kloziński robi haczyki bez zadziorów i na naszych łamach przekonywał, że ryby spadają podczas holu wyłącznie z powodu źle uzbrojonych wędzisk. Jest świetnym łowcą sandaczy, ale na nasz Puchar przyjechał tylko raz i to - jak powiedział - wyłącznie po to, żeby się  przekonać, czy idzie w dobrym kierunku. Nie można też pominąć polskiej szkoły łowienia okoni, a także sandaczy na boczny trok. Na świecie mało kto tę metodę stosuje. U nas bardzo się rozwinęła, co zaowocowało powstaniem wielu modeli kijów z wklejanymi szczytówkami oraz dużej ilości mikroprzynęt. Jest też warty przypomnienia pewien przypadek szczególny. Istniał mianowicie, kilkanaście lat temu, bardzo zamknięty krąg spiningistów z Mazur. U pewnego wrocławskiego rzemieślnika kupowali oni od lat całą jego produkcję twisterów i łowili na nie sandacze, podobno z wielkim powodzeniem. Wszystko jednak, łącznie z łownością owych przynęt, utrzymywali w głębokiej tajemnicy. Nigdy byśmy się pewnie o tym nie dowiedzieli, gdyby nie przypadek, że nasza redakcja mieści się właśnie we Wrocławiu.
Wróćmy jednak do Głębinowa, gdzie wędkarze, niestety, mieli niewiele lat pięknego wędkowania. Sieci zaczęto stawiać w sandaczowych tarliskach. Sieciowymi płotami przegradzano ogromny zbiornik po to, żeby wyłowić ryby migrujące w czasie tarła. Na nic się zdały wędkarskie protesty. Później zniszczeń w rybostanie dokonała powódź i dzisiaj jest tak, że niekiedy w dzień wolny od pracy na całym jeziorze widać ledwie pięć łódek. Kiedyś było ich nawet pięćdziesiąt i to w dzień powszedni. Jeżeli dzisiaj jakaś łódka stoi dłuższy czas w jednym miejscu, to jutro na pewno zostanie ono obstawione sieciami. Tak właśnie wygląda tutejsza gospodarka.
Kilka lat głębinowskiej hossy pozwoliło odetchnąć zbiornikowi w Otmuchowie. Niektórzy zdążyli nawet o nim zapomnieć. My też pisaliśmy o nim niewiele, a publikacja przedstawiająca Zbigniewa Polaka z Opola tylko na krótko znów przyciągnęła spiningistów, chociaż zaprezentowaliśmy złowione tam sandacze, których waga przekraczała nawet 10 kilogramów. Do wypraw na Otmuchów zniechęcało dno, z wędkarskiego punktu widzenia bardzo nieciekawe. Dominował na nim śmierdzący muł, mała ilość miejsc z zaczepami, a więc i trudności ze zlokalizowaniem drapieżników. A w zbiorniku rybki rosły bardzo ładnie. Nigdy tu też nie prowadzono takiej gospodarki jak w Głębinowie. Ponarzekać mogą co najwyżej wędkarze łowiący z wału w pobliżu nieczynnej elektrowni, pod którą jest zrzut wody. Rybacy sieciami zagradzają tam rybom dostęp, ale i tak da się stamtąd wyciągać ładne okonie i sandacze, a także ogromne ilości rozpanoszonego tu leszcza. Na razie pomiędzy rybakami i wędkarzami panuje zgoda, która bierze się zapewne z tego, że tam, gdzie rybakom wygodnie jest stawiać sieci, nikt nie wędkuje, bo dno jest płaskie i muliste. Powszechnie narzeka się jednak na to, że rybacy nie oznaczają swoich sieci. Wprawdzie chodzi tu o miejsca, w których wędkarskich łowisk nie ma, ale i tak może się to skończyć tragedią, kiedy śruba rozpędzonej łodzi wkręci się w liny i wędkarz wypadnie za burtę.
Bardzo dobrych łowisk w otmuchowskim zbiorniku jest niewiele i są tylko w jego najgłębszej części, czyli blisko zapory czołowej. Jedno z nich znajduje się blisko elektrowni. Kształtem przypomina podkowę. Niewiele łódek tam dociera, bo z jakichś powodów ryb czasami tutaj nie ma. Kiedy jednak podpłyną, można złowić bardzo ładne sandacze. Gdy się stąd patrzy na elektrownię, to prawa krawędź owej podkowy jest o wiele ciekawsza od lewej. Ma bardziej stromą skarpę, a na jej spadzie jest dużo kamieni. Jeżeli ryby są chętne, to biorą na całej wysokości skarpy, wystarczy tak ustawić łódkę, żeby uderzenia dżiga o kamienie były łatwo wyczuwalne. Podczas jednego przeciągnięcia będziemy mieli kilka brań, a przy tym odnosili wrażenie, że z każdej podwodnej szczeliny wystaje łeb sandacza. Zupełnie jakby to były mureny i koralowa rafa.


Jak sandacze połykają upolowane ryby: od głowy czy od ogona? Wędkarze nie są co do tego zgodni. Nie ma to wprawdzie dużego praktycznego znaczenia, jednak sporo mówi o sposobie atakowania ryb przez tego drapieżnika.
Zgodnie z tzw. teorią optymalnego żerowania ryba usiłuje zjeść jak najwięcej pokarmu (wagowo) w określonym czasie. Zależy więc jej na tym, żeby nie obracać upolowanej ryby w pysku, lecz jak najszybciej ją połknąć. Ma zresztą z tego dodatkową korzyść: połknięta zdobycz na pewno już jej nie ucieknie. Sandacze, wykorzystując swoją zwrotność, polują z krótkiego pościgu. Ryby chwytane są najczęściej z boku lub od strony ogona. W pierwszym przypadku zdobycz przed połknięciem musi być obrócona. W którą stronę sandacz to zrobi, to już zależy od przypadku. W jeziorze Oulujarvi w północnej Finlandii przebadano pod tym kątem aż 121 sandaczy. Zjadały one stynki, sieje, okonie, sielawy, płocie i jazgarze. Były więc wśród nich ryby mające także kolce w płetwach i ostre pokrywy skrzelowe (okoń, jazgarz). Sandacze z tego jeziora połknęły 51,2% ryb od strony głowy, a 48,8% od strony ogona. Czyli po połowie. Dla sandacza nie ma więc specjalnego znaczenia, jak połyka rybę, ważne tylko, żeby to zrobił w miarę szybko.
Innych jednak to doświadczenie nie przekonuje, bo mają własne obserwacje. Niektórzy na przykład uważają, że małe ryby są zjadane od strony ogona, a duże od głowy. A ponieważ zdobycz sandacza w stosunku do jego rozmiaru jest raczej niewielka (10 - 30% długości), więc częściej połyka ryby od strony ogona. Kolce i inne obronne elementy ciała małych ryb nie stanowią dla sandaczy żadnej przeszkody.


Kolejne łowisko to pozostałość po wyrobisku żwiru, którego Niemcy zapewne używali do budowy wałów. Kształtem przypomina romb. Dla obserwatora patrzącego na elektrownię jest ono w lewej części zbiornika. Łatwo je znaleźć, natomiast trudniej ponownie napłynąć na miejsce, które obławialiśmy poprzednim razem. Powody są aż dwa. Pierwszy to ów szczególny kształt żwiraka, który sprawia, że jedna jego krawędź zawsze nam „ucieka”. Drugi powód to brak charakterystycznych punktów na brzegu. Pod tym względem zbiornik głębinowski jest o wiele łaskawszy. Tam blisko wody stoją latarnie, na zaporze wyraźnie widać schody, nad dachami domów góruje elewator, a w oddali smukłe wieże kościołów. Nad Jeziorem Otmuchowskim nie ma nic, co by sterczało wysoko, a gdy się pojawi trochę mgły, to już jest zupełna rozpacz. Tym bardziej więc warto zabierać z sobą lornetkę, a echosonda staje się wręcz niezbędna. Za punkt odniesienia będzie wtedy można przyjąć podwodny grzbiet i w stosunku do niego mierzyć odległości. Najlepiej napływać na łowisko od środka zbiornika. Już na wysokości elektrowni dostrzeżemy na ekranie pierwsze nierówności dna. Będzie to lekkie zagłębienie, które przy bardzo niskim stanie ma od 6 do 6,5 metra. Dalej dno wznosi się do 4,5, a nawet 4 metrów, potem opada do 5 metrów i nadal się obniża aż do krawędzi (6,5 do 7 m), za którą następuje ostry zjazd na głębokość 9 metrów.
Głębokości te odnoszą się do niewielkiego fragmentu łowiska. Płynąc w kierunku tamy lub przeciwnie, w stronę wpływu rzeki, napotkamy inne głębokości, ale różnice będą niewielkie. Prawie na całej swej długości kształt skarpy jest podobny. Różna jest natomiast twardość dna, także na mniej, pomimo porównywalnych głębokości. Zapewne powodują to prądy wody, które w jednym miejscu odsłaniają żwir i kamienie, a w inne nanoszą muł. Czterometrowa grzęda, która biegnie równolegle do skarpy, nie jest jednorodna. Blisko tamy ma pośrodku dość płytką rynnę. W innym miejscu, wśród cienkiej warstwy mułu, leżą otoczaki, a jeszcze dalej sterczy kilka spróchniałych pniaków. To wystarcza, żeby się tam gromadziły okonie.
W Otmuchowie okoni łowi się wiele, i to dużych. (20-centymetrowy maluch należy tu do rzadkości). Pomimo że zawsze są w podobnych miejscach trzeba jednak sporo trudu, żeby je połowić. Pierwsze to zmiana stanowiska, co jest związane z wyciąganiem kotwicy z dużej głębokości. Drugie konsekwentne działanie, które nie wszystkim wędkarzom odpowiada. Kiedy więc po kilku rzutach brań nie ma, nie należy zmieniać stanowiska, lecz rozpocząć systematyczne obławianie. Tutejsze bowiem okonie raz biorą przynęty prowadzone wzdłuż skarpy, a innym razem w poprzek. Czasem trzeba ściągać przynętę z góry na dół, innym razem prowadzić w odwrotnym kierunku. Niekiedy te upodobania zmieniają się kilkakrotnie w ciągu dnia! Dziwne to uczucie, gdy po złowieniu kilkunastu półkilogramowych okoni woda się nagle staje martwa, jak gdyby wszystkie ryby odpłynęły. Owszem, zdarza się, że naprawdę odpływają, ale najczęściej wystarczy zmienić sposób prowadzenia, założyć przynętę o innej akcji lub w innym kolorze, żeby się okazało, że ryby są nadal.

W chwili, gdy pod koniec wiosny samiec sandacza przestaje bronić gniazda, dla jego potomstwa zaczyna się okres niezwykle trudny. Już w tydzień po wykluciu opuszczają to bezpieczne miejsce i przenoszą się do wodnej toni. Tu przed niebezpieczeństwem chronią je tylko niewielkie rozmiary i przezroczystość ciała. Problem jednak w tym, że i w otwartej wodzie jest wielu amatorów łatwego posiłku. Jedyne zatem wyjście to rosnąć jak najszybciej. Sandacze są do tego przygotowane. Z naszych ryb drapieżnych szybkością wzrostu w pierwszym roku życia ustępują tylko szczupakom i sumom. W wyjątkowo sprzyjających okolicznościach mogą w tym czasie zwiększyć swą długość z 3,5 mm (tyle ma najczęściej wykluta z ikry rybka) do prawie 30 cm.
Żeby szybko rosnąć, trzeba oczywiście znaleźć siedlisko bogate w pokarm. Część młodych sandaczy decyduje się pozostać w strefie otwartej wody i odżywia się planktonowymi skorupiakami (rozwielitki, oczliki). Inne zbliżają się do brzegów. Z początku też zjadają zooplankton, jednak osiągnąwszy długość 2 - 4 cm zaczynają atakować inne drobne ryby. Takie rozdzielenie się młodych stad jest charakterystyczne również dla innych ryb, na przykład okoni. Dzięki temu zasoby jeziora są lepiej wykorzystywane.
Ale nie wszystkim się to opłaca. Te młode sandacze, które przestawiły się na pokarm rybny, zaczynają rosnąć szybciej i z czasem stają się wyraźnie większe od wolno rosnących planktonożerców. W efekcie przed zimą są w jeziorze dwie grupy ryb: większe mają po 10 - 15 cm długości, mniejsze 6 - 8 cm. W dalszych latach te różnice się wyrównują, ale tej pierwszej zimy ginie więcej małych sandaczy. Lepiej więc jest wcześniej przechodzić na drapieżny tryb życia.
Podział na dwa stada różnie żerujących młodych sandaczy jest typowy dla jezior eutroficznych. W Polsce ichtiolodzy zaobserwowali to zjawisko w Zbiorniku Sulejowskim. W połowie lipca narybek z otwartej wody tego zbiornika, gdy osiągnął średnio 5 cm długości, przenosił się do strefy przybrzeżnej. Był jednak zbyt mały, żeby tu polować na wyrośnięty już narybek ryb karpiowatych. Te sandacze, które od razu przeszły do tej strefy, nie miały tego problemu i nadal z powodzeniem polowały na ryby.




Wielokrotnie pisaliśmy, że są cztery podstawowe sposoby prowadzenia dżigów. Znając je, poradzimy sobie w niemal każdej sytuacji. Czasem jednak trzeba te podstawowe sposoby łączyć lub modyfikować. Przykładem jest rzadko stosowana, a bardzo skuteczna technika leżącej przynęty. Ciężkiego jiga najpierw prowadzimy bardzo szybko krótkimi i niewysokimi skokami, potem pozostawiamy go na minutę w bezruchu. Potem podrywamy go na wysokość trzydziestu centymetrów i pozwalamy mu opadać na napiętej żyłce. Jeszcze inne, bardzo tu skuteczne prowadzenie dżiga polega na tym, żeby szybko pokonać dystans jednego metra uderzając przy tym kilkanaście razy w dno, po czym raptownym ruchem szczytówki poderwać go na wysokość pół metra i podobnie jak w pierwszym sposobie, tak i w tym dżig musi opadać na napiętej żyłce.
W tych samych miejscach, na takie same i tak samo prowadzone przynęty biorą również sandacze. Od okoni różnią je tylko odmienne upodobania co do kolorów.
Otmuchowskiemu łowisku przyglądamy się od późnej jesieni ubiegłego roku. Wtedy dominowały dwa kolory przynęt: miód z czarnym pieprzem i przezroczysty fiolet. W miarę jak spadała temperatura wody, coraz bardziej skuteczne stawały się ciemniejsze odcienie tych kolorów, a nad twisterami górę zdecydowanie wzięły rippery. W tym roku zaczęliśmy wędkować od początku września, mieliśmy zatem więcej czasu na poznawanie rybich gustów. Najlepszym kolorem miękkich przynęt był bezsprzecznie twister pleksi z brokatem zielonym i złotym. Bardzo dobre były też przynęty seledynowe ze złotym brokatem.
Otmuchów to wspaniały poligon do badania, jak skuteczne są kolory przynęt. Jest tu bowiem dużo ryb, i to rozmaitych, a warunki ich połowu są w całym zbiorniku podobne. Dlatego właśnie tutaj pracownicy firmy Relax oraz współpracujący z nią wędkarze przez całą jesień przeprowadzali wiele prób. Wykazały one m.in., że w bardzo wielu sytuacjach tak zwane przynęty laminowane są skuteczniejsze od innych. Przy produkcji miękkich przynęt laminowaniem nazywa się płynne łączenie kilku kolorów. Między innymi takimi przynętami są Banjo, Super Banjo i Kalifornia. Nie zawsze jednak były one w kolorach takich, na jakie najlepiej brały otmuchowskie drapieżniki. Do prób sklejano więc kawałki pociętych przynęt o rozmaitych barwach. Parodniowe doświadczenia wykazały, że w każdej sytuacji i przy każdej pogodzie egzamin zdaje zestawienie barwy żółtej (jasnego miodu), czerwonej i zielonej.
Wróćmy teraz do otmuchowskich okoni i sandaczy. Zasada ogólna mówi, że jeżeli ryby są w łowisku (wcześniej musimy się o tym przekonać), to miękką przynętę zmienia się tak długo, aż trafimy na kolor, na który jest najwięcej brań. Jeżeli tych brań nie potrafimy zaciąć, powinniśmy także zmniejszyć rozmiar przynęty. Ale nie w Otmuchowie! Jak już wiemy, tu są tylko duże okonie. I często bywa tak, że dopiero po założeniu twistera o długości 9 cm - jeżeli się wcześniej używało 6-centymetrowych - brania stają się zdecydowane i trwają przez dłuższy czas.
Zupełnie inaczej postępuje się z sandaczami. Poszukiwanie właściwego koloru odbywa się według takiej samej zasady, ale po niezaciętym braniu postępujemy inaczej niż w przypadku łowienia okoni. Zjawisko to opisywaliśmy już nieraz, bo jest do wykorzystania na każdym łowisku. Otóż, jeżeli sandacz uderzy w przynętę, ale się nie zatnie, nie należy w to samo miejsce rzucać ponownie tą samą przynętą. Trzeba  zmienić jej kolor, nawet na najbardziej dziwny. Kiedy łowiliśmy w Otmuchowie, taki bardzo dziwny, ale i skuteczny, był kolor pomarańczowy (przezroczysty) lub marchewkowy.
Nie samą jednak miękką dekoracją wędkarz łowi, potrzebne są mu jeszcze dżigi. Otmuchowskie łowisko ma głębokość od 4 do 11 metrów, a ryby mogą być wszędzie. Należy się więc zaopatrzyć w główki ważące od 5 do 28 (uncja) gramów. Taką 28-gramową przynętą świetnie się łowi na pięciu metrach techniką wleczenia. I czasami nie ma innego sposobu na sprowokowanie ryby do brania. W czasie, kiedy brania prawie całkowicie zamierają skutecznym sposobem okazuje się łowienie 3-gramowym dżigiem w miejscu, w którym jest dziesięciometrowa głębina.
Pisząc o Jeziorze Otmuchowskim nie sposób nie wspomnieć o tutejszych wędkarzach. Już drugi rok z niemałym podziwem patrzę na ich poczynania i dochodzę do wniosku, że to im w znacznej mierze zawdzięczamy dużą tu obfitość drapieżników. Co stwierdziwszy liczę na to, że w rewanżu nie wezmą mi za złe skierowanych tu pod ich adresem uwag. Przede wszystkim zdziwiło nas, że przepływają na silniku nie dalej jak kilkanaście metrów od innych łódek. Nie robią tego, Boże broń, złośliwie. Ot, taki mają obyczaj. Ale chyba nie wiedzą, jak to czasami może wpływać na żerowanie okoni. Podobnie jest z kotwicą. Po prostu wyrzucają ją za burtę. Jednego na pewno nie można o nich powiedzieć. Że nie znają zbiornika. Dlatego należy się uważnie przyglądać, gdzie kotwiczą łodzie, bo robią to w miejscach najlepszych. Przykładem może być południowa część żwiraka. Za kończącą go skarpą jest kilkanaście wypłyceń, obok nich są parometrowe głębie. Znaleźć je trudno. Łowiska te są bowiem położone blisko brzegu zachodniego, a tak daleko od wschodniego, że wzięcie namiarów jest prawie niemożliwe (pisałem już przed chwilą, że na brzegach Otmuchowa brakuje punktów orientacyjnych).
Reasumując - do Otmuchowa naprawdę warto przyjechać. Ryby jeszcze są i nawet, gdy nie dopisze pogoda (często wieją tu silne wiatry i wtedy na jezioro wypłynąć nie można), to brak sukcesów wędkarskich zrekompensuje wędrówka po pięknej okolicy. Niestety, jesienią nie ma gdzie wypożyczyć łodzi. Trzeba więc mieć swoją i od razu zastrzegam, że nie może to być byle jaka łupinka. Bo gdy powieje, w mgnieniu oka budzi się duża, bardzo niebezpieczna fala.
Otmuchów ma jeszcze jedną szczególną właściwość: żaden z przedstawionych tu opisów nie pasuje do lata.
Wiesław Dębicki