PÓŁ ROKU NAD IMIELINEM



Często bywać nad wodą - to najważniejszy składnik mojej recepty na duże karpie. W zeszłym roku na karpiowych zasiadkach nad Imielinem (Dziećkowicami) spędziłem 186 dni.
Karpiowy rozkład jazdy
Karpiowe łowy w Imielinie zaczynam już w dwa tygodnie po zejściu lodu, czyli przeważnie w połowie marca. Gdy woda nagrzeje się do około 8 st. C, zaczynają się regularne brania. Przez pierwszy miesiąc na haczyk trafiają największe karpie. Dobre wyniki mam przy stabilnej, niezbyt upalnej pogodzie. Z początkiem wiosny karpie biorą przez całą dobę, ale w miarę nagrzewania się wody coraz mniej łowię ich za dnia, a coraz więcej nocą. Ta dobra passa trwa aż do pierwszych długotrwałych upałów, które przeważnie nadchodzą w maju. Kiedy woda gwałtownie się nagrzewa, karpie przestają żerować. Apetyt odzyskują dopiero w parę dni po zmianie pogody.
W miarę, jak wiosną woda robi się coraz cieplejsza, karpie biorą coraz słabiej, za to rośnie szansa przyłowu amura. Karp za dnia to rzadkość. Najwięcej łowię ich od zmierzchu do północy i bezpośrednio przed świtem. Począwszy od maja cenię sobie stabilną „angielską pogodę”: zachmurzenie, słaby wiatr, mżawkę, deszcz i mgłę.
W lipcu i sierpniu karpie biorą bardzo chimerycznie i tylko w nocy. Nazywam to karpiową loterią. Czasem łowię kilka sztuk przez jeden wieczór, innym razem nie mam nic przez dwa tygodnie. Najgorsze są letnie upały. Wtedy w ogóle rezygnuję z zasiadek. Przypuszczam, że latem karpie dlatego tak słabo biorą, że mają dużo pokarmu naturalnego.
Sytuacja poprawia się we wrześniu, a zwłaszcza w październiku. Gdy woda się ochłodzi, zaczynam łowić karpie w miarę regularnie, jednak nie są to już połowy tak obfite jak wiosną. Karpie nie wracają też do zwyczaju żerowania za dnia. Łowienie karpi kończę, gdy woda przy brzegu wystygnie do 6 stopni, co przeważnie zbiega się z pierwszymi listopadowymi przymrozkami.

Wybór łowiska
Łowię na łagodnych spadach północno-wschodniego brzegu Imielina. Dno jest tam piaszczyste, w miarę równe, z małą ilością zaczepów. W odległości 50 - 70 m od brzegu głębokość dochodzi do 4 - 5 m. Staram się łowić jak najdalej, bo duże karpie rzadko podchodzą bliżej niż na 50 metrów. Na popularne gruntówki ze sprężyną, zarzucane parędziesiąt metrów od brzegu, łowi się dużo karpi, ale bardzo rzadko trafiają się sztuki ważące więcej niż 3 kg. Niestety, zasięg łowienia zależy od tego, jak daleko możemy celnie rzucić zanętę. W moim przypadku jest to 70 m.
Nim zacznę nęcić, z łódki sonduję dno. Omijam jego zagłębienia, bo tam zbiera się muł. Jeżeli trafię na górkę, to nęcę na jej stoku od strony brzegu. Żeby celnie rzucać zanętę i zestaw, staram się wybierać na łowisko takie miejsce, za którym jest na drugim brzegu jakiś charakterystyczny punkt, widoczny także nocą.
Kiedy inni wędkarze, przywabieni  moimi wynikami, zaczynają łowić tuż przy mnie, ruch i hałas na brzegu sprawia, że mam wyraźnie mniej brań. Wtedy wyszukuję kilkadziesiąt metrów dalej inne dogodne miejsce i po dwóch - trzech zanęceniach tam urządzam nowe stanowisko. Karpie bez problemu godzą się z takimi przenosinami ich stołówki. Był rok, że uciekając przed natrętnym towarzystwem przesunąłem łowisko w sumie o półtora kilometra

Nęcenie
Zakładam, że po zimowym poście obfitość pokarmu pobudza karpie do żerowania. Dlatego nęcę od razu dużymi porcjami. Nie boję się zakwaszenia łowiska, bo woda jest jeszcze zimna i zanęta długo zostaje świeża, a na twardym dnie ryby ją wyjadają do czysta.
Przez dwa tygodnie co dwa - trzy dni wrzucam małymi porcjami wiaderko zanęty (około 7 kilogramów). Służy mi do tego własnej produkcji zanętnik. Jestem zadowolony, jeżeli uda mi się położyć zanętę w kwadracie 15 na 15 m. Przeważnie jest to jednak prostokąt, bo o ile łatwo mi rzucić zanętnik w określonym kierunku, prosto na wybrany punkt, to już z odległością rzutu bywa rozmaicie. Zwykle jednak w środku łowiska lokuję przynajmniej kilka kilogramów zanęty. Reszta, rozsiana wokoło, pokazuje rybom właściwy kierunek. Nęcę zawsze późnym popołudniem, bo większość karpi żeruje wieczorem albo w nocy i nie chcę zakłócać tego ich naturalnego rytmu.
Na początek rzucam w łowisko gotowaną kukurydzę z pęczakiem. 3 kg kukurydzy i kilogram pęczaku moczę przez noc, a potem gotuję dwadzieścia minut, dodając kilkanaście kropli olejku anyżowego i szklankę cukru. Kukurydza i pęczak mają zwabić leszcze i płocie. Przypuszczam, że łapczywie żerująca drobnica z początku bardziej przyciąga uwagę karpi niż sama zanęta. Od trzeciego nęcenia część kukurydzy i kaszy stopniowo zastępuję kulkami proteinowymi o zapachu anyżowym. Nęcę tymi samymi kulkami, na które później łowię. Ilość kulek w zanęcie stopniowo zwiększam zaczynając od jednego kilograma, a kończąc na trzech.
Po rozpoczęciu zasiadki donęcam łowisko samymi kulkami (po kilka garści). Robię to przeważnie rano i wieczorem, przy przerzucaniu wędek, ale tylko wtedy, gdy nie ma brań, żeby nie płoszyć karpi bez potrzeby.

Zestaw
Ciężarki na wędkach mam tak dobrane, żeby zestawy leciały na tę samą odległość co zanętnik. Ołów w kształcie cygara zakładam przelotowo na sztywnej rurce antysplątaniowej. Stopuję ją koralikiem i kawałkiem rurki igelitowej, która zarazem chroni  węzeł.  Przypon z plecionki,  długości około 40 cm, łączę z żyłką główną przez krętlik. Długi przypon jest potrzebny po to, żeby się żyłka w czasie holu nie przecierała na płetwie grzbietowej karpia. Włos jest przedłużeniem przyponu. Owijam go na trzonku haczyka (w ten sposób reguluję jego długość) i zaciskam rurką igelitową. Mocuję włos tak, żeby odchodził od haczyka na styku trzonka i łuku kolankowego. Wiosną, kiedy karpie biorą łapczywie i wsysają kulki głęboko, między haczykiem a kulką proteinową pozostawiam odstęp długości 4 - 5 mm. Latem karpie biorą delikatnie i najczęściej zahaczają się za wargi, dlatego skracam ten odstęp do 2 mm. Na włos zakładam jedną kulkę proteinową. Próbowałem równolegle łowić na kukurydzę z puszki, ale kulki zawsze dawały lepsze wyniki.
Bardzo lubię moment, kiedy wszystko jest już gotowe, wędki zarzucone, stanowisko uprzątnięte. Wraz z kolegą wygodnie się rozsiadamy, podziwiamy zachód słońca i w całkowitej ciszy czekamy na karpia. Dużego. Jak największego.
Zbigniew Maćkowski
Katowice


ZANĘTNIK
Ponieważ w Imielinie przy łowieniu z brzegu zanęty nie wolno wywozić, zrobiłem sobie specjalny zanętnik. Pozwala on wyrzucać sypką zanętę za pomocą wędki.
Z pojemnika po dezodorancie odciąłem górę i dół zostawiając blaszaną rurę. Od dołu przybiłem do niej gwoździkami drewniany szpic, a od góry, przez kółka łącznikowe, przymocowałem uchwyt ze sznurka. Pojemnik mieści szklankę zanęty. Przy zarzucaniu drewniany czubek jest jakby szpicem pocisku, a po upadku na wodę działa jak pływak i powoduje, że zanętnik się odwraca i wysypuje zanętę. W jego bocznych ściankach porobiłem otwory, żeby woda mogła dostać się do środka i wszystko stamtąd wypłukać.
Do umieszczania zanętnika w łowisku używam starej wędki o ciężarze wyrzutowym 100 g. Ponieważ pełny zanętnik jest dużo cięższy, zarzucam go łagodnym bocznym wymachem. Gdybym to robił  „przez głowę” albo stylem spiningowym (z początkowym wymachem do tyłu), mógłbym złamać  wędkę. Przy zarzucaniu zanętnika działają na sprzęt tak duże siły, że nie wytrzymuje tego nawet bardzo gruba żyłka. Dlatego używam 5-metrowego przyponu strzałowego z plecionki o wytrzymałości 18 kg. Łączę go z żyłką o średnicy 0,22 mm. Przy rzucie żyłka nie przenosi żadnych obciążeń, służy tylko do ściągnięcia zanętnika z powrotem. Takim zestawem  zarzucam sypką zanętę na odległość 60 - 70 m. Umieszczenie tym sposobem wiaderka zanęty w łowisku zajmuje mi półtorej godziny.

Na Imielinie używam zanęt i przynęt o zapachu anyżu, bo ten aromat jest bardzo popularny wśród tamtejszych wędkarzy i ryby spokojnego żeru są do niego przyzwyczajone.

Przepis na kulki proteinowe (porcja na około 2,5 kg):
- 1 1/2 szklanki mąki sojowej,
- 1 1/2 szklanki mąki kukurydzianej,
- 1 szklanka mąki pszennej,
- 2 szklanki surowej kaszy manny,
- 1 szklanka mleka w proszku,
- 1 szklanka cukru,
- 9 jajek,
- aromat.


Najpierw mieszam suche składniki, nastepnie dodaję do nich jajka rozbełtane z cukrem i aromatem. Dodaję albo 10 kropli anyżowych kupionych w aptece, albo ostudzony wywar z dwóch łyżek ziaren anyżu. Ciasto się nie klei i jest łatwe do wyrobienia. Ponieważ kasza wciąga wilgoć i pęcznieje, po zarobieniu ciasta odczekuję kilkanaście minut i dopiero wtedy formuję kulki. Jeśli ciasto okaże się za gęste, dodaję jajek, a jeśli za rzadkie, dosypuję kaszy manny. Robię kulki o średnicy 20 - 22 mm.
Wrzucam je na wrzątek, a gdy wypłyną, gotuję przez 4 minuty. Do wody dodaję kilka kropli anyżowych, by wyrównać utratę zapachu, i dwie łyżki oleju, żeby kulki się nie sklejały. Gotowe kulki przez dwa dni obsuszam na ściereczce. Robię to na balkonie, ale rozkładam je w cieniu, żeby nie popękały. Kulki mrożę w woreczkach, dodając do każdej porcji po kilka kropli aromatu.