NA NOWYM MIEJSCU RYBY BIORĄ GORZEJ

Dominikę Andrzejewską poznaliśmy dwa lata temu. Trafiła na łamy „Wędkarza Polskiego”, bo złowiła 5-kilogramowego sandacza. Na ryby poszła z tatą. Była to jedna z pierwszych w jej życiu wypraw i skończyła się właśnie takim wspaniałym sukcesem. Odtąd bardzo polubiła wędkarstwo. Dominika, która ma teraz ... lat, uczy się w Poznaniu. Na wakacje przyjeżdża do rodzinnych Słubic, przez które przepływa Odra, niezwykle na tym odcinku rybna.

W tym roku wędkarze mieli tu latem kłopoty. Poziom rzeki spadł co najmniej o metr poniżej stanów niskich. Na wielu odcinkach w środku koryta woda nie osiągała nawet 50 cm. Głębiej było tylko przy wklęsłych brzegach, które obmywa najsilniejszy prąd. Tam, za niektórymi główkami, uchowały się kilkumetrowe doły. W dołach gromadziła się ryba, a na główkach wędkarze. Te najlepsze, blisko Słubic, okupowali gruntowcy. W ten sposób powstały na rzece odcinki dobrze zanęcone, których - rzecz zrozumiała - trzymały się ryby spokojnego żeru.

Kiedy wybieraliśmy się nad Odrę w upalny sierpniowy dzień, zapadła decyzja, że ryby to nie wszystko i miejsca na piknik trzeba poszukać nieco dalej, żeby pod drzewami schronić się przed palącym słońcem. Robert, ojciec Dominiki, był z tego powodu trochę zmartwiony. Przewidywał, że złowimy tam o wiele mniej ryb. - Koło samych Słubic - mówił - wędkarze ciągle sypią do wody zanętę, więc kto chce łowić ze spławikiem albo koszyczkiem, powinien wybierać brzeg mocno udeptany. Miejsca ustronne, nie nawiedzane przez ludzi, lubią tylko drapieżniki - przekonywał p. Robert. My jednak tęskniliśmy do cienia i wybraliśmy miejsce odosobnione, pośród drzew.

Rozrabianiem zanęty zajęła się Dominika. Robiła to sprawnie, bo w wakacje dosyć często wychodziła z ojcem na ryby. Do taniej stilowskiej mieszanki dodała białych barwionych robaków, konserwowej kukurydzy i zaparzonej pszenicy. W Odrze taka zanęta w zupełności wystarcza, bo gdy tylko do wody wleci trochę jedzenia, ryby zaraz się tam gromadzą. Lepsza zanęta jest potrzebna tylko wtedy, gdy w łowisku pojawią się duże leszcze. Żeby je utrzymać w smudze, atraktory muszą być mocniejsze.

Przy niskim stanie rzeki ryby żerują daleko w nurcie, bo tam woda ma więcej tlenu. W dołach za główkami łowi się je tylko bardzo wcześnie rano albo późnym wieczorem. Współzawodnictwo ojca z córką było ciekawym doświadczeniem. Oboje mieli zestawy z koszyczkami, w których znajdowała się ta sama karma. P. Robert łowił w nurcie. Dokładnie zarzucał zestaw i precyzyjnie kontrolował jego spływ. Dominika rzucała między główki na wypłycenie, nad którym kręciła się woda wciągana z nurtu. Odległość między nimi wynosiła co najmniej dwadzieścia metrów, więc w obu miejscach można było nęcić niezależnie. W każde poszło po pięć kul wielkości pomarańczy. Tyle wystarczyło,żeby ryby zwabić. Później donęcało je to, co zawierały koszyczki.

Z początku oboje łowili na kukurydzę i czerwonego robaka. Okazało się jednak, że ryb w łowisku jest mało i na dodatek bardzo słabo żerują. Musieliwięc przejść na białe robaki, które lepiej się trzymały na haczyku i pozwalały skuteczniej zacinać. Ojciec złowił więcej ryb, ale wielkością nie różniły się one od tych, które łowiła Dominika. Były to głównie krąpie i mieszańce krąpi z płociami. Trafiło się też kilkanaście uklejek. Żeby je zaciąć, trzeba było sporo wędkarskiego kunsztu, bo zestawy zarzucało się na jakieś trzydzieści metrów. W sumie we wspólnej siatce znalazło się półtora kilo ryb, co jak na Odrę jest wynikiem bardzo kiepskim. Można by sądzić, że akurat tego dnia brały wyjątkowo słabo, ale dzięki telefonii komórkowej doszły do nas wiadomości, że bliżej Słubic brały normalnie i tam wędkarze mieli w siatkach nawet po kilkanaście kilo.

- Kiedy planuję poważną wyprawę na ryby, zawsze nęcę je przez kilka dni- mówi p. Robert. - Wybieram miejsca dzikie. Najczęściej są to klatki z wirującą wodą między główkami. Sypię tam kukurydzę i ziemniaki. Nie wiem jednak, co będę łowić, bo w Odrze jest tak, że do zanęty może przypłynąć karp, amur, duży leszcz albo tołpyga.