LODU NALEŻY SIĘ BAĆ



Kto się nie boi chodzić po lodzie, jest człowiekiem mało rozważnym. Przekonuję się o tym niemal każdego roku, gdy sam łowię, spotykam się na lodzie z innymi wędkarzami i obserwuję,  jak postępują, wreszcie gdy słucham tragicznych informacji podawanych w radiu i  telewizji.





Wędkowanie spod lodu to szczególna przyjemność. Łowi się bowiem w surowych warunkach (zima, mróz), a i sposób kuszenia ryb jest odmienny niż w innej porze roku. Tej odmienności doświadczają zwłaszcza ci wędkarze, którzy łowią “na żelazo”, czyli na błystkę podlodową lub mormyszkę. Wspomnianą przyjemność zwiększa jeszcze to, że zimą można sobie połowić takich okoni, o jakich latem nie ma nawet co marzyć.

 
Żadnego lodu nie można być pewnym, nawet pierwszego, który jest najsilniejszy i niemal nigdy się pod nogami nie zapada. Pierwszy lód jest też przejrzysty i bardzo twardy, nawet gdy jest gruby  tylko na  pięć centymetrów. Kiedy się po nim chodzi, pęka z metalicznym dźwiękiem, a powstałe przy tym rysy rozchodzą się błyskawicznie na kilka - kilkanaście metrów.
Później lód robi się coraz grubszy, często pokrywa go śnieg. To czas, kiedy możemy natrafić na tak zwane oparzeliny. Zdarzają się w trudnych do przewidzenia miejscach. Powstają tam, gdzie  z dna wybijają źródła lub gdzie obumiera podwodna roślinność (proces gnilny wyzwala ciepło). Oparzeliny mogą być przy brzegu i na środku jeziora.
W środku zimy, kiedy lód jest najgrubszy, poza oparzelinami, na wędkarza czyha jeszcze inne niebezpieczeństwo. Są to szczeliny powstałe w wyniku pęknięcia lodu. Lód pęka z powodu ogromnych naprężeń, jakie powstają, kiedy coraz więcej go przybywa.
Wraz z wiosennym ciepłem lód staje się najbardziej nieprzewidywalny. Chociaż jest gruby, nawet półmetrowy,  potrafi zapaść się  pod idącym wędkarzem. Gdy taki nieszczęśnik  próbuje  wydostać się na taflę, lód nie daje mu żadnego oparcia,  gdyż jest mocno przesiąknięty wodą.
Wędkarze znaleźli kilka sposobów na to, by wędkowanie na lodzie było jak najbardziej bezpieczne. W ostatnich latach rozpowszechniły się  pływające kombinezony. Są wprawdzie drogie,  ale  korzyści, jakie dają, są warte nawet wysokiej ceny. W kombinezonie jest ciepło, a  jest on tak wyporny, że kiedy lód się zarwie, utrzyma pechowego wędkarza  na wodzie. Oby się to nigdy nie stało, ale gdy się ktoś w takiej sytuacji znajdzie, powinien pamiętać, że z przerębli nie wychodzi się do przodu. Należy się spokojnie odwrócić i oprzeć  łokcie na krawędzi przerębli. Potem  nogami wykonać ruch jak przy pływaniu, a jednocześnie podciągnąć się łokciami tak, by choć kawałek pleców znalazł się na lodzie.  Wystarczy, by później, również na plecach, wyczołgać się z zagrożonego miejsca.
Kombinezon to jedno, ale jeszcze ważniejsze jest przestrzeganie zasady,  że na podlodowe wędkowanie chodzi się co najmniej we dwóch. Trzeba też mieć  ze sobą linkę, lodowe kolce i śruby.
Dla  bezpieczeństwie na lodzie bardzo ważne zadanie spełnia pierzchnia, czyli mocna laska lub metalowy pręt z ostrym grotem na końcu.  Narzędzie to służy  do wykuwania dziur w lodzie, ale nie tylko. Uderzenie pierzchnią w świeży lód informuje,  jak jest on gruby. Cienki lód pierzchnia przebije bez problemu. Na ostatnim lodzie wsłuchujemy się w odgłos powstający po uderzeniu pierzchnią w lód. Odgłos dźwięczny to znak, że  lód jest jeszcze twardy. Gdy głuchy, natychmiast się wycofujemy, bo lód jest niepewny.
Pierzchnię odstawiamy na czas, kiedy lód jest bardzo gruby. Już w lodzie o grubości trzydziestu centymetrów trudno pierzchnią wybijać dziury. Świder jest wtedy lepszy,  choć też wymaga  sporej siły.  Przez cały zimowy sezon z pierzchni  nie rezygnują jedynie łowcy siei. Wybijają nią w lodzie przerębel przypominający odwróconą piramidę. Sieja bowiem w ostatniej fazie holu często się odpina, ale w przerębli o takim kształcie nie nurkuje, tylko się kręci. Wtedy można ją rękami wyrzucić na lód.