NA PIERWSZY LÓD


Zaraz po zamarznięciu wody, na tzw. pierwszym lodzie, odnalezienie stad okoni lub innych gatunków ryb nie jest specjalnie trudne. W jeziorach,  zależnie od ich charakteru, są to miejsca o różnej głębokości, ale zazwyczaj płytkie z urozmaiconym dnem.



Nawet bardzo duże okonie można spotkać na głębokości kilkudziesięciu centymetrów, na  pograniczu trzcin i otwartej wody, a również w samych trzcinach. W zbiornikach zaporowych okonie trzymają się trochę niżej, zazwyczaj  na głębokości od 1 do 3 m. Grupują się na blatach, więc   nie trzeba ich szukać wśród podwodnych przeszkód, w karczach lub na uskokach dawnego koryta rzeki.
Najłatwiej znaleźć okonie w rzekach. Są w każdym starorzeczu, niemal w każdej zatoczce, obok ujść małych rzeczek i strumieni. Wybierają miejsca, w których nie ma nurtu, np. za jakąś osłoną.
W miarę jak lód grubieje i pokrywa go śnieg, tlenu w wodzie jest coraz mniej. Wtedy okonie przenoszą się w miejsca głębsze, blisko podwodnych koryt rzek i źródeł. W pełni zimy okonie należy łowić jak najdalej od roślin wodnych.
Szukać w pojedynkę okoni w nieznanych i w dodatku dużych jeziorach to tak, jakby szukać  igły w stogu siana. Dobrze więc zasięgnąć języka u miejscowych wędkarzy i obserwować, gdzie łowią inni. Pokreślam: obserwować, a nie - jak to często bywa - nachalnie obławiać cudze dziury. Pierwsza zimowa wyprawa, chociażby ze względów bezpieczeństwa, powinna się odbywać w kilkuosobowej zaprzyjaźnionej grupie. Wtedy idzie się wzdłuż brzegu np. trzyosobową tyralierą. Co kilkanaście metrów wierci się i  obławia otwory. Nie ma cudów,  w końcu trafi się na okonie, czasem w najmniej spodziewanym miejscu. Kiedy już je pod sobą mamy, to pamiętajmy, że mają sporo tlenu i są ruchliwe. Żeby ich nie przepłoszyć, trzeba się zachowywać cicho i nie wiercić dziur bez liku. Jedną dziurę obławia się kilka minut. Okonie na pewno podpłyną.  
Jeżeli później, już w pełni zimy, w dziurze tuż pod powierzchnią wody pojawią się małe rybki lub inne wodne żyjątka, to ryby z całą pewnością tam nie złowimy. Przyducha… Dotyczy wszystkich wód stojących.
Na co łowić okonie na pierwszym lodzie? Na to pytanie odpowiedzieli Rosjanie, którzy się na tym wędkarstwie bardzo dobrze znają. U nich utrwalił się pogląd, że błystka podlodowa jest dla okoni tym, czym dla człowieka porcja lodów po dobrym obiedzie, zaś mormyszka dodaną do nich wisienką. Wyższość mormyszki nad innymi przynętami jest bezsporna, ale wymaga ona najwyższych wędkarskich kwalifikacji. To święta prawda, którą potwierdza moje ponad 50- letnie doświadczenie. Tyle że jak dotąd, ani uniwersalnej błystki, ani tym bardziej uniwersalnej mormyszki po prostu nie ma i najprawdopodobniej nie będzie. Choćby dlatego na łowisku trzeba mieć tych przynęt kilkadziesiąt o różnej wielkości, gramaturze i kolorystyce.
Ogólna zasada sztucznych przynęt: pierwszy i ostatni lód to czas na przynęty duże i bardzo duże. W pełni zimy stosujemy przynęty średnie i małe.
Zbigniew Fedus


O PROWADZENIU MORMYSZKI I TROCHĘ O INNYCH SPRAWACH

Nową dziurę w lodzie oczyszczam czerpakiem. Resztki lodu wyrzucam za siebie, pod wiatr. Jeżeli odrzucę je obok lub przed siebie, przymarzną i później będzie mi się o nie żyłka zahaczała. Oczyszczony przerębel zasypuję śniegiem. Trzonkiem czerpaka robię w nim otworek, w który spuszczam mormyszkę.  Zaciemniam przerębel dlatego, że  duża ilość światła pod lodem, na którym leży śnieg, płoszy ryby.  
Mormyszkę opuszczam na głębokość 50 - 60 cm i zaczynam “mormyszkować”, podnosząc ją bardzo wolno do przerębla. “Mormyszkowanie” to ruchy wykonywane ręką, w której trzymamy   wędkę,  przenoszone przez elastyczny kiwak do mormyszki. Mormyszkę podnoszę i równocześnie  huśtam ją kiwakiem góra - dół.
Po obłowieniu każdej warstwy wody, przeważnie 50-centymetrowej, wykonuję krótkie zacięcie. Ale pamiętam, że lód jest tuż-tuż.  Okoń chwyta przynętę w końcowej fazie jej  unoszenia i na takie zacięcie, bez oznak brania, może zareagować tak szybko,  że urwie żyłkę. Na to jestem przygotowany. Najpierw oddaję mu żyłkę z ramienia, a później pozwalam mu wysnuć ją ze szpulki.
Jeżeli w obławianej warstwie wody brań nie mam, opuszczam mormyszkę głębiej, aż dotknie dna lub nastąpi branie. Każdą warstwę obławiam dwa, a nawet trzy razy. Mormyszkę podciągam coraz szybciej, zwiększam też amplitudę jej drgań. Powinno to przypominać zygzakowatą linię  podobną do piły.  Im jej zęby są drobniejsze i szybsze, tym większe  prawdopodobieństwo, że okoń zaatakuje. Zacinać należy, i to błyskawicznie, na każde odchylenie kiwaka,  nawet gdy on tylko “mrugnie”.  
Jeżeli z jednego przerębla przeniesiemy się do innego,  to już nie trzeba obławiać wszystkich warstw wody. Łowi się przede wszystkim na tej głębokości, na której okonie brały w poprzednim przeręblu. Trzeba jednak pamiętać, że w ciągu dnia ryby mogą zmieniać warstwy wody, w których żerują. Nie następuje to jednak raptownie.
Tak jak z mormyszką, postępujemy również z błystką.
Wszystkie opisane dotąd w rosyjskojęzycznej literaturze sposoby poruszania mormyszką, w tym również  mój, mają i zapewne zawsze będą mieć charakter ogólny. Są to najczęściej ruchy, których nie da się idealnie skopiować, a tym bardziej precyzyjnie je opisać. Są one bowiem ściśle związane z charakterem wędkarza, a częściowo także z jego wiekiem.
Pierwszy raz łowiłem na coś, co przypominało  współczesną mormyszkę w 1943 r. w syberyjskiej rzece Onie w Kraju Krasnojarskim. Naukę łowienia spod lodu pobierałem pod czujnym okiem znakomitego łowcy ryb i myśliwego Konstantina Cywilowa, a  zdobyte dzięki niemu umiejętności uratowały moją rodzinę od śmierci głodowej.
Od tamtej pory wiem też, że najlepsze wyniki osiągają, o paradoksie, nie ci wędkarze, którzy naśladują cudze sposoby operowania mormyszką, lecz ci, którzy w sposób twórczy i odważny improwizują, poszukują własnego stylu.
Zbigniew Fedus



MORMYSZKA NA SANDACZE

Sandacze spod lodu łowimy na małe mormyszki przy okazji polowania na okonie. Tymczasem można się wyłącznie na nie nastawić, ale tylko wówczas, kiedy się dysponuje dużą mormyszką.
O takiej sandaczowej mormyszce kilkakrotnie zamieszczane były artykuły J. Jusupowa w rosyjskim miesięczniku “Rybołow”. Jak podaje autor, mormyszka jest używana przede wszystkim na duże sandacze, a wołżańscy wędkarze łowią nią  zimą i latem z zakotwiczonej lub spływającej łodzi.
Wołżańska błystka jest ciężka i nie nadaje się do niej typowa podlodówka, tylko krótkie wędzisko spiningowe. Ale i to powinno mieć kiwak. Bardzo sztywny, na przykład wykonany z drutu lub sprężyny z zegarka, bo nie jest on przeznaczony do  sygnalizacji brań, lecz do huśtania mormyszką.
Technika połowu jest bliźniaczo podobna do łowienia na mormyszki małe. Mormyszkę opuszczamy na dno i bardzo powoli, wykorzystując sprężystość kiwaka, nadajemy jej ruch wahadłowy góra-dół. Dobrze jest przed nadaniem ruchu góra - dół przeciągnąć  mormyszkę po dnie na odległość 20 - 30 centymetrów w celu zmącenia przydennej warstwy wody. Niezależnie jednak od stosowanej techniki połowu wszystkie wykonywane ruchy zawsze powinny być powolne i jak najbliżej dna.
Zbigniew Fedus