Z WOBLERAMI JAK Z GRZYBAMI


Jan Bownik z Bydlina mówi: Z woblerami jak z grzybami


Kiedyś Słupia była tak zanieczyszczona, że w ciepłe dni nad jej brzegami trudno było wytrzymać. Trochę się oczyszczała po większych wodach, ale i tak złowione w niej ryby nie nadawały się do jedzenia. Nawet wtedy wchodziły do niej trocie. Łowiłem je od roku 1973. Łowiłem i wypuszczałem.
Pierwsza miała jakieś dwa kilogramy. Kiedy ją zaciąłem, pomyślałem, że mam zaczep. Łowiłem już wtedy szczupaki na spining, ale branie troci było inne. To mi się spodobało. Mój sprzęt  - wszyscy znajomi z Bydlina mieli taki sam - to był ciężki kij z litego szkła i obrotowy kołowrotek z żyłką co najmniej siedemdziesiątką.
Łowiłem tylko na wahadłówki. Najpierw sam je klepałem. Później pojawili się na targowiskach Ruscy i sporo błystek od nich nakupiłem. Robić mi się już nie chciało, zresztą nie nadążałem, tyle ich zrywałem na zaczepach. Kiedyś nad Słupią było jak nad Amazonką. Wędkarze mogli przez pół dnia stać kilkanaście metrów od siebie i się nie widzieli, tak mocno brzeg był zarośnięty. W  wodzie leżało mnóstwo powalonych drzew. Miałem wśród tych zawad swoje stanowiska i niemal zawsze udawało mi się złowić jakąś trotkę. Z wieloma jednak walkę przegrałem.
Zbieranie przynęt wyłowionych z wody zaczęło się przypadkowo. Przedtem, kiedy  jakąś wyciągnąłem, zaraz wiązałem do żyłki i łowiłem. Któregoś razu wyciągnąłem z wody kołek, na którym było kilka wahadłówek. Postanowiłem je zostawić. Tak się zaczęło.
Najpierw przyczepiałem je do słomianej makatki w swoim pokoju, ale po kilku latach zabrakło na niej miejsca i na kilku nowych też. Cały zbiór przeniosłem więc do garażu i tam jest do dzisiaj. Nie wiem, ile on liczy przynęt. Pięćset, tysiąc,  może jeszcze więcej. Te, które mają kotwiczki, wiszą na ścianie, ale dużo mam ich jeszcze w pudełkach. Są bez kotwiczek, bo one najszybciej zgniły.
Najtrudniej znaleźć pod wodą blachy. Są ciężkie, grzęzną głęboko w zaczepach, a jak im kotwiczka zgnije, opadają na dno. Za to woblerów się z zaczepów nie wyciąga. Sama woda je  wytrzepuje i można je znaleźć przy brzegu. Są brudne, pokryte błotnym nalotem, czasem trudno je dostrzec. Ale jak się oko do nich przyzwyczai, to jest tak jak z grzybami. Jeden je widzi, a drugi przejdzie obok i nawet nie zauważy.
Najpierw znajdowałem tylko wahadłówki. Z początku wiele było zagranicznych, zupełnie mi nieznanych,  ale jeszcze więcej robionych własnoręcznie. Tak było do początku lat dziewięćdziesiątych. Wtedy trafiały się też obrotówki, ale niezbyt często.
Po tych znalezionych przynętach było widać, co jest w sklepach. Kiedy nie można było prawie nic kupić, to w wodzie leżało pełno samoróbek.  Później znajdowałem coraz więcej blach kupnych. Dopiero  z dziesięć lat, jak się zaczęły trafiać woblery. Najwięcej pomarańczowych. To dobre przynęty. Sam na takie łowię.
W ostatnich latach już nie znajduję tylu przynęt co kiedyś. Wędkarze coraz częściej używają plecionek, więc  jak im się trafi zaczep, to mogą  rozgiąć kotwiczki i blachę wyciągnąć. Mają też różne pomysłowe urządzonka, które spuszczają do wody, ale najpewniejsza jest siatka z podrywki zawinięta wokół kamienia. Zarzucona na sznurku, podpłynie pod zaczep i uwolni nawet woblera z trzema kotwiczkami.

 
Zbiory p. Jana są naprawdę imponujące. Może kiedyś wystawi je na swoim podwórku i w całej okazałości zobaczą je wędkarze przyjeżdżający do Bydlina na łososie. A jego podwórko jest tuż przy drodze prowadzącej do kładki nad Słupią i w ciągu roku koło jego domu wędkarze przechodzą tysiącami.
Wiesław Dębicki