ZAWODY PSTRĄG SPOD LODU czyli lekcja poświęcona temu, żę z szblonem do ryb podchodzić się nie powinno


Toruńskie Towarzystwo Wędkarskie gospodaruje na wyrobisku pożwirowym. Nadało mu nazwę Rybnik. Już po raz jedenasty odbyły się tam doroczne ogólnopolskie zawody w łowieniu pstrągów tęczowych spod lodu.

Nie bez powodu towarzyszymy tym zawodom od samego początku. Jeszcze jedenaście lat temu wpuszczanie pstrągów tęczowych do akwenów zamkniętych nie było u nas powszechne. Owszem, łowisk specjalnych mieliśmy już sporo, ale we wszystkich pływały głównie karpie. Na Zachodzie łowiska pstragów tęczowych były już modne, można więc było przewidzieć, że niebawem tę modę przejmą także nasi wędkarze. Drogę przecierał właśnie toruński Rybnik, stąd nasze nim zainteresowanie.

Kilkanaście lat temu łowiliśmy pstrągi potokowe i tęczowe przy tuczarniach, w tak zwanych rowach opaskowych. Były to namiastki stawowych łowisk specjalnych z bystro płynącą wodą. Teraz pstrągi tęczowe wpuszcza się do stawów także po to, by te łowiska uatrakcyjnić. Rybnik jest tego przykładem (nie jest to jednak łowisko specjalne).

Pstrągi tęczowe pochodzą wyłącznie z hodowli, gdzie są sztucznie wycierane. Każde ich pokolenie zna wyłącznie życie w przestrzeni ograniczonej betonowymi ścianami. Mają tam płynącą wodę, karmę dostają w postaci granulek. W łowiskach, do których są wpuszczane, jest woda stojąca, a pokarm muszą zdobywać samodzielnie. Można więc było przypuszczać, że zmieni się także ich zachowanie. Pod tym względem Rybnik jest bardzo dobrym poligonem badawczym, bo ma już kilkuletnie doświadczenie, które można przenosić na inne pstrągowe łowiska. Jest ich już w kraju niemało, a każdy, kto się tam zjawia z wędką, chciałby oczywiście jakiegoś pstrąga złowić. Jak się jednak okazuje, nie jest to wcale łatwe. A przecież mogło się wydawać, że ryba, nagle pozbawiona regularnie otrzymywanego jedzenia, rzuci się na wszystko, co się w wodzie rusza.


Od jedenastu lat do Rybnika wpuszczane są pstragi pochodzące z tej samej hodowli. Odbywa się to dwa tygodnie przed zawodami, niekiedy jednak termin ten był skracany do tygodnia, a nawet dwóch dni. Decydowały o tym warunki na dojazdach. Raz przeszkadzały ogromne zaspy śnieżne, częściej rozmokły grunt. Po tych wielu latach można już stwierdzić, że na ilość brań, ich porę, częstotliwość i dynamikę termin wpuszczenia pstrągów w łowisko nie ma wpływu.

W pierwszych dwóch latach podczas zawodów obowiązywał zakaz nęcenia. Towarzystwo dopiero co przejęło zbiornik, ryb w ogóle było w nim mało, karpiowatych szczególnie. Tutejszy rybostan budowano od początku i nikt nie wiedział, czy duża ilość zanęty nie wpłynie źle na ryby i na środowisko. Po zejściu lodu stwierdzono, że w zbiorniku śniętych ryb nie ma, woda zachowała dotychczasową klarowność, a jej skład chemiczny się nie zmienił. Zakaz nęcenia został więc zniesiony.

Po każdym zarybieniu wielu pstrągom tęczowym udaje się przetrwać w Rybniku wiele miesięcy, a niektóre pływają tam już od kilka sezonów. Duże sztuki pokazują się latem, kiedy żerują przy powierzchni, zimą czasami demolują wędkarzom sprzęt podlodowy. Na zawodach nigdy jednak nie przyniesiono do wagi pstrąga o wadze kilku kilogramów. W pierwszym dniu zawodów (trwają dwa dni) wędkarze próbują łowić przede wszystkim w tych częściach zbiornika, gdzie pstrągi były wpuszczane. Może jednak robią to tylko dla świętego spokoju, bo siedzą tam krótko.

Zaraz po wpuszczeniu pstrągi pływają po całym zbiorniku, a dokładniej - wzdłuż jego brzegów. Łowione są najczęściej przy pierwszej krawędzi dna i w podwodnej rynnie ciągnącej się równolegle do brzegu.



Bodaj w trakcie czterech pierwszych zawodów nie rozegrano konkurencji pod nazwą “inna ryba” (inna niż pstrąg tęczowy). Dzisiaj wiadomo dlaczego. Chociaż usilnie próbowano złowić jakiegoś okonka, płoteczkę, nawet jazgarzyka, nikomu to nie wychodziło. Łowiono bowiem w miejscach, przez które przebiegały trasy tęczaków, a one inne ryby stamtąd przepędzały lub tak je przyduszały do dna, że o braniach nie było mowy. Teraz, jeżeli ktoś chce złowić okonia lub płotkę, wierci przerębel na środku zbiornika i tam próbuje swoich sił. Może przy okazji trafić na parokilowego tęczaka, który albo po zacięciu urwie żyłkę, albo wywinie cielskiem w przeręblu odprowadzając aż tam trzepoczącą się na haczyku rybkę.


Każdego sezonu pstrągi najlepiej reagowały na różne przynęty. Najpierw dobra była kukurydza. W drugim roku kukurydza podparta paskiem mięsa wyciętego ze świeżego śledzia. Potem kukurydza, śledź i duży czerwony robak, wszystko na jednym haczyku. Raz lepiej biły w zestawy spławikowe, kiedy indziej w mormyszkę bogato udekorowaną paskami świeżej wołowiny. W ostatnich latach łowi się je na berklejowskie pasty i marynowane krewetki albo na ikrę z łososia.




Pstrągi złowione w pierwszym dniu zawodów trafiają do domu dziecka, do żołądków można było zaglądać dopiero tym z drugiego dnia. Zawsze znajdowano tam zanętę. Nawet wtedy, kiedy zawody trwały tylko jeden dzień, bo było bardzo ciepło i lód kruszał z minuty na minutę. Nie miały w żołądkach zanęty tylko wtedy, kiedy zamiast spod lodu łowiono je na spining, bo na powierzchni Rybnika falowała woda.

Każdego roku, nawet podczas tych zawodów spiningowych, ilości łowionych tęczaków były podobne. W tym roku warunki, jak się wydawało, były wymarzone. Mróz, słońce, na drugi dzień niebo zachmurzone i lekki wiaterek. Coś jednak z tej pogody musiało rybom nie pasować, złowiono bowiem o połowę mniej tęczaków niż w latach poprzednich. Za to w ich żołądkach nie znaleziono zanęty, tylko małe słonecznice, których w Rybniku jest dużo, jednak nigdy wcześniej pstrągi ich nie atakowały.

I bądź tu mądry.