Z POTRZEBY CHWILI







Romuald Stanke mieszka w Kamiennej Górze. Przez miasto przepływa Bóbr, a w nim łowi się pstrągi i lipienie. Kiedyś było ich bardzo dużo, ale wędkarzy przybywało, a ryby stawały się ostrożniejsze. Nie wystarczała już obrotówka ani wahadłówka. Najłatwiej było podejść pstrąga woblerem.
Zaczął więc robić woblery. Nadawał im rozmaite kształty i rozmiary, malował w różne barwy i wzory, przestawiał stery na wszelkie możliwe sposoby. Już po pierwszym sezonie dorobił się takich przynęt, że koledzy znad wody też chcieli je mieć. I tak z przyjemności zrobił się zawód, jeżeli tym słowem można nazwać niewielką, ręczną produkcję. Swoje woblery Roman nazwał bobrami. Od rzeki, nad którą mieszka i w której łowi pstrągi. Prawie wszystkie biorą znajomi lub znajomi znajomych, tylko nieliczne trafiają czasem do okolicznych sklepów.
- Każdy mój wobler ma indywidualną akcję - mówi Roman. - Robię je ręcznie, nawet stery do każdego wycinam osobno, więc nie jestem w stanie idealnie powtórzyć poprzedniego egzemplarza. Ale wszystkie zostają przetestowane w rzece.
Od czasu, kiedy zaczął te woblery robić, bardzo dużo na nie łowi, bo się okazało, że to przynęta bardzo uniwersalna, dobra nie tylko na pstrągi. W Bukówce złowił na nie wiele szczupaków. Przy połowach okoni w pewnych sytuacjach są niezastąpione, ale zdarza się też, że gumy są skuteczniejsze.
Ciekawe rzeczy mówi Roman o swoich pstrągowych doświadczeniach znad Bobru. W rejonie Kamiennej Góry jest mało kryjówek typowych dla dużej rzeki z powolnym nurtem. Wiele lat temu koryto wyprostowali melioranci. Wprawdzie duże wiosenne wody już podmyły brzegi, ale w wodzie nadal mało jest zatopionych krzaków i powalonych drzew, więc rybom trudno znaleźć dogodną kryjówkę. Powierzchnia wody jest odsłonięta, toteż pstrąga trudno podejść. Wiele z nich siedzi pod nawisami traw, ale spuszczany z prądem wobler to dla nich nic interesującego. Tak bowiem łowi tu większość spiningistów i ryby dość się już napatrzyły na sztuczne przynęty. Zresztą każdy większy pstrąg był już kilka razy na haku i albo został przez wędkarza wypuszczony, co się niestety zdarza rzadko, albo spadł podczas holu. - Bo kiedy się podciąga woblera pod prąd - mówi Roman - to pstrągi, nawet po silnym ataku, często z niego spadają.
Opracował więc inną technikę łowienia. Ciężkiego, szybko tonącego woblera rzuca pod nawisy traw i natychmiast go ściąga. Choć rzeka jest płytka i na pozór tonące woblery nijak do niej nie pasują, to właśnie one są najbardziej skuteczne. Roman łowi tym sposobem schodząc z biegiem rzeki lub idąc pod prąd. Plasowany rzut pod kątem 45 stopni, szybie ściąganie i dalej, do nowego stanowiska.
Roman zauważył, że bobrzańskie pstrągi, kiedy żerują, potrafią się oddalić od swojej kryjówki nawet o kilkadziesiąt metrów. Dlatego zanim zacznie łowić, dokładnie obserwuje wodę. Kiedy nie widzi w niej ruchu, to znak, że pstrągi są w kryjówkach. Wówczas trzeba plasować rzuty w miejsca głębokie i w pobliże zawad. Kiedy widzi żerowanie, obławia każdy szypot i miejsce, w którym wcześniej spotykał cierniki, strzeble lub głowacze. Do nich też upodabnia swoje woblery.