DUŻA WODA

 



Do łowienia w dużej wodzie trzeba się bardzo dobrze przygotować. Zacznę od kilku podstawowych zasad, których należy bezwzględnie przestrzegać.

1. Łowimy tylko w miejscach, które poznaliśmy bardzo dobrze zanim zostały zalane. Dotyczy to przede wszystkim spiningistów brodzących w spodniobutach. O nieszczęście bowiem w takich warunkach nietrudno.
2. Na łowisko wybieramy się co najmniej we dwójkę.
3. Cały czas obserwujemy poziom wody w rzece.


Każdego roku na przełomie w rzekach pojawia się „duża woda”. Większość wędkarzy woli wówczas łowić w żwirowniach albo jedzie na łowiska specjalne. Tylko nieliczni wiedzą, że wraz z wodą wzrasta szansa na złowienie ryby-marzenie, a co najmniej przeżycia wielkiej przygody.


Spining
Pierwsze dni dużego przyboru nie obiecują dużych wędkarskich atrakcji. Woda zalewająca nowe tereny jest brudna, cuchnąca i słabo natleniona. Ryby z niej uciekają. Szans na przeżycie szukają w dopływach, starorzeczach i rowach.
Gdy rzeka przestaje przybierać, woda się powoli oczyszcza. Ryby po kilkudniowym poście zaczynają intensywnie żerować w nowych dla siebie warunkach. Główki są całkowicie zalane, drapieżników nie ma tam na pewno. Znajdzie je ten, kto wytropi stado drobnicy tłoczącej się w pobliżu wałów przeciwpowodziowych. Dlatego spiningista, idąc wałami, powinien pilnie obserwować wodę. Nietrudno wtedy zobaczyć atak klenia lub jazia, które się zbytnio nie kryją
i głośno żerują przy powierzchni. Zasobność zalanych łąk jest zaskakująca. Można tu złowić dosłownie wszystko: od kleni i jazi aż do sumów (np. w Odrze). Wygląda to tak, jakby na czas powodzi ryby zawarły pakt o nieagresji. Nikt się też nie dziwi, kiedy na obrotówkę złowi dorodną płoć albo leszcza.
Znajomość terenu przed zalaniem może zadecydować o sukcesie. Da się to wytłumaczyć bardzo prosto. Całe międzywale jest poprzecinane plątaniną dróg
i ścieżek, teraz zalanych. Są to jedyne miejsca wolne od zaczepów i traw o bardzo mocnych łodygach, które wszędzie indziej tworzą sieć zdolną zatrzymać każdą przynętę. Kto zna przebieg tych tras, ten wygrywa. Wszyscy inni muszą się ograniczyć do łowienia powierzchniowego.
Wybierając się na ryby zabieramy tylko takie przynęty, które w tych szczególnych łowiskach mogą się okazać przydatne. Nie warto obciążać się niepotrzebnym balastem. W naszych połowach przeważać będą kleń i jaź. Ponieważ drapieżniki żerują teraz w górnych partiach wody, dobrą przynętą są imitacje owadów. Na Odrze najlepsze były średniej i małej wielkości woblery pływające, które  imitują chrabąszcze, żółtobrzeżki, biedronki oraz żuki.
Brodząc w spodniobutach po zalanej łące bacznie obserwujemy każdy ruch na wodzie. Nie wolno rzucać gdzie popadnie, każdy rzut musi być przemyślany, bo inaczej spłoszymy ryby. Zalane trawy są dla nich na tyle bezpieczne, żeby na chwilę się w nich ukryć. Dlatego szybko się płoszą
i jeszcze szybciej odpływają.
Po rzucie podnoszę kij i prowadzę przynętę tak, żeby zostawiała na wodzie smugę. Kleń bierze bardzo widowiskowo. Raptownie podpływa do przynęty i... wtedy następuje moment bardzo denerwujący. Kleń podpływa szybko do przynęty, ale w ostatniej chwili włącza wsteczny bieg i robi wrażenie, jakby się rozmyślił. Stuka chrabąszcza pyskiem, rzadko kiedy uderza już za pierwszym razem. Ale nie przejmujmy się. Zmieniamy chrabąszcza na żółtobrzeżka i atak następuje natychmiast. Kiedy jednak po kilku rzutach kleń nie zareaguje, jest dla nas stracony. Idziemy wtedy dalej i powtarzamy zabawę od początku.
W pudełku musimy też mieć błystki obrotowe. Przy dużej wodzie jest to przynęta nr 2. Jednak obrotówka obrotówce nierówna. Do najlepszych zaliczam meppsy aglie nr 00 i 0 w kolorze srebra
i mosiądzu (miedź się w tych warunkach nie sprawdziła). Dobrze, żeby meppsy miały kotwiczki zakończone muchą. Nieodzowne będą też błystki bezkorpusowe. Prym wiodą tu veltic, celta, rublex nr 1. Jeżeli trudno będzie je kupić, trzeba zwykłą „zerówkę” Meppsa rozbroić i zamiast mosiężnej tulejki wstawić kawałek plastikowej rurki albo lekki koralik.
Na błystki łowimy podobnie jak na owady. Gdy przynęta opadnie na wodę, natychmiast wybieramy luz żyłki i prowadzimy blaszkę pod samą powierzchnią, co jakiś czas smużąc wodę. Brania są zdecydowane i mocne. Trzeba bardzo uważać, bo często następują one już w pierwszej fazie prowadzenia.
Sprzęt do łowienia podczas powodzi powinien być dość solidny: kij 2,40 - 2,60 m, ciężar wyrzutu do 15 g, żyłka minimum 0,18 mm. Jest to podyktowane tym, że klenie i jazie po braniu natychmiast nurkują w trawy i tyle ich widzimy. Dlatego tuż po zacięciu należy rybę podnieść siłowo do powierzchni i mocnym holem podprowadzić do podbieraka, który w tych warunkach jest nieodzowny. Niektórzy taki hol nazywają „klatowaniem”. Jest on może mało widowiskowy, ale za to bardzo skuteczny. Czasem jednak ryba będzie szybsza i wtedy nie pozostaje nam nic innego jak zerwać zestaw.
Opadająca woda wędkarzowi nie sprzyja. Ryby zaczynają schodzić w koryto rzeki, ale przygody przeżyte na łące długo będą w naszej pamięci i nieraz przejeżdżając drogą wśród traw westchniemy: „Przecież w tym miejscu miałem dwukilowca!”.

Gruntówka
Duża woda to także bardzo dobry czas na duże leszcze. Wiedzą o tym wędkarze mieszkający blisko Odry i nie przepuszczają takiej okazji. Najskuteczniejszą metodą jest łowienie z koszyczkiem zanętowym albo sprężyną. Nie trzeba wielkiej finezji, żeby złowić sztuki o wadze paru kilogramów. Wystarczy mocny picker, żyłka główna 0,25 mm, przypon 0,20 mm, a do koszyczka parzony pęczak, kasza mazurska lub najtańsza zanęta typu feeder. Z przynęt najlepszy jest kawałek rosówki lub kanapka: czerwony robak z białym. Doskonałe połączenie stanowią też białe robaki i na końcu haczyka nr 8 - 10 ziarno kukurydzy. Dlaczego rosówki są wówczas tak skuteczne? Bo duża woda wymyła całe mnóstwo dżdżownic, tzw. łąkówek, i leszcze wręcz się nimi obżerają.
Gruntowcy zajmują miejsca na wale wykorzystując, podobnie jak spiningiści, znajomość terenu przed zalaniem. Koszyczek kładziemy na wolnym od roślinności gruncie. Brania są ostre, kij gnie się do samej wody. Często jako przyłów trafiają się duże karpie, które powódź przyniosła z zalanych stawów hodowlanych. Niektórzy lubią łowić sposobem „na chodzonego”. Po prostu wchodzą do wody, w kieszeni mają pudełko z czerwonymi robakami albo  gnojakami, na wędce spławik zamocowany na stałe, grunt ustawiony na pół metra. Obławiają bardzo duży obszar zalanych łąk. Po zarzuceniu zestawu w oczko między trawami czekają parę minut. Jeżeli brania nie ma, idą dalej. Kiedy zobaczyłem wynik takiego „chodzonego” łowienia, oczy stanęły mi w słup. W lnianej torbie przywiązanej do pasa wędkarz miał dorodne klenie, jazie, leszcze, płocie i prawie dwukilogramowego bolenia. Jego też złowił na czerwonego robaka.
Widać więc, że czas powodziowej fali nie musi być przerwą w wędkarskim życiorysie. Zachowując maksimum ostrożności można przeżyć niezapomniane chwile twarzą w twarz z żywiołem nieujarzmionej rzeki.
fM