CISZA



Ten scenariusz powtarza się już od kilku lat. Po zejściu lodu okonie grupują się u wejścia rozległej, lecz płytkiej zatoki. Stoją zwykle na pograniczu wypłycenia znajdującego się na wejściu do zatoki i głównego koryta przepływającej przez jezioro rzeczki.





















W zatoce, gdzie temperatura wody podlega jeszcze dużym wahaniom, kręci się tylko okoniowa drobnica. Duże okonie cierpliwie czekają na ogrzanie się wody do temperatury około 8 stopni, aby odbyć tarło w zacisznych i osłoniętych przed falowaniem miejscach pośród kęp roślinności, zatopionych krzaków i gałęzi.   
W zatoce pływa mnóstwo płotek, leszczyków, krąpi, uklejek i słonecznic. W przejrzystej wodzie najczęściej widuję stada drobnicy uwijającej się w resztkach zeszłorocznej rdestnicy, strzałki wodnej, moczarki. W środku ciepłych dni rybki żerują w zatoce, w jeszcze zimne noce i ranki chronią się w korycie rzeki. Okonie, stojące na trasie codziennych wędrówek białorybu, mają doskonały przegląd sytuacji oraz jedzenie dosłownie na wyciągnięcie pyska. Z brzegu nie sposób sięgnąć okoni, bo znajdują się od niego w odległości co najmniej 40 metrów. Wędkuję więc z pontonu, który pozwala na bezszelestne napłynięcie na stanowiska ryb. Na łodzi łatwo spowodować hałas, a na przedwiośniu wszelkie stuki działają na ryby jak alarm i powodują ich paniczną ucieczkę. Sądzę, że powodem takiego zachowania się ryb jest to, że przez długi czas były izolowane od zewnętrznego świata taflą lodu. Zima spędzona w nieomal absolutnej ciszy wyostrzyła ich słuch. Z czasem przyzwyczają się do obcych odgłosów, na które staną się bardziej tolerancyjne. Teraz jednak warunkiem sukcesu jest zachowanie absolutnej ciszy na wodzie.
W żołądkach kwietniowych okoni znajdowałem płoteczki i różanki, tylko w jednym wypadku był to raczek. Używam więc przynęt przypominających te rybki, przede wszystkim 5-centymetrowych, wąskich kopytek mansa, które zbroję w 3-gramowe główki malowane na czerwono. W pochmurne dni lepsze okazują się główki czerwono-białe, a w słoneczne naturalnie ołowiane. Spiningując stale mieszam kolorami przynęt, ale w obrębie jednej barwy. Zwykle stosuję rippery białe, białe z czarnym grzbietem, perłowe, perłowe z odcieniem fioletowym, zielonkawym lub z brokatem, czyli przypominających płotki lub różanki. W tym wypadku moja gra w kolory nie ma na celu znalezienia właściwej przynęty, bo ona jest mi znana. Okonie jednak szybko się nudzą jedną i tą samą gumką (może rozpoznają podstęp?) i zaczynają ignorować. Kiedy więc to zauważę, zakładam nieco innego rippera.  
Poruszam się wzdłuż linii wyznaczonej dwoma cyplami zatoki, najpierw w górę, potem w dół rzeki, która w tym miejscu płynie leniwie i ma 3 - 4 metry głębokości. Łowienie rozpoczynam około 30 m od brzegu, cumując ponton co jakieś 5 m. Przynętę zarzucam przed siebie i ściągam równo z prądem; z bocznych rzutów brania miewam sporadyczne. Wysoko uniesionym kijem prowadzę rippera skokami o różnej wysokości i długości. To uatrakcyjnia ruch przynęty, której nie kładę na dnie, boby zaraz zahaczyła o kikuty rdestu. Ripperem staram się jedynie muskać o dno, a i tak prawie za każdym razem haczyk nabiera kawałki zgniłych roślin. Brania następują zwykle w czasie opadania przynęty, rzadziej podczas podciągania.    
Kwietniowym połowom okoni sprzyja wysokie lub wolno rosnące ciśnienie. Najlepsze rezultaty mam podczas słonecznej, ale wietrznej pogody i z prószącym od czasu do czasu śniegiem. W ubiegłym roku w taki właśnie dzień złowiłem kilkanaście dużych okoni, w tym cztery powyżej kilograma. W mroźne dni, kiedy zatokę skuwała cieniutka tafla lodu, okoni nie znajdywałem w stałym miejscu. Nie dostrzegałem też drobnicy. Wszystkie ryby wpływały do zatoki. Z wysokiego brzegu jak przez szybę akwarium wielokrotnie widziałem watahy wielkich okoni ścigające drobne rybki na półmetrowej wodzie. Zbyt cienki lód jednak nie pozwalał się do nich dobrać.   
Kiedy woda dostatecznie się ogrzeje, wszystkie okonie gromadnie wpływają na tarło na płycizny znajdujące się w zatoce. To również kapitalny czas na grube garbusy. Trzymają się jednak w dalszym ciągu środka wody i rzadko podchodzą pod brzeg. Znów więc nieoceniony jest ponton. Penetruję wzniesienia, na których zaczyna odrastać rdest, latem tak gęsty, że nie sposób tu spiningować. Głębokość wody w tych miejscach wynosi zaledwie pół metra. Dotychczasowe przynęty okazują się zbyt duże. Sporo czasu mnie kosztowało zanim trafiłem na właściwą - 3-centymetrowego ripperka Renosky, perłowego z fioletowym odcieniem. Prowadzę go bardzo wolnym, jednostajnym tempem.
W tym czasie pora żerowania okoni ogranicza się tylko do godzin rannych. W południe zajęte godami, a później są tak zmęczone, że nie zwracają uwagi na żadne przynęty.
Tadeusz Wrzeszcz
Piła