POKRAKA - ktrótka historia bardzo dobrej obrotówki




Wspomnienia o pierwszych wyprawach na północ wiążą się z czasem kilkudziesięciu lat do tyłu. Mało, albo lepiej powiedziane, prawie nic wiedziałem o troci, a bardzo chciałem ją złowić. Prawie nic na temat tej ryby nie pisano, niewielu też było we Wrocławiu łowców tej ryby, którzy mogli coś sensownego poradzić. W pierwszych latach pogoni za nią płaciłem więc frycowe. Nieprzespane noce w pociągu, hotele, przygodne kwatery, kilometry w nogach, setki zerwanych blach i ani jednej złowionej ryby.

Po kilkunastu pustych wyprawach zacząłem podglądać miejscowych wędkarzy: jak i na co łowią. "Kto nie ma miedzi, niech w domu siedzi" - to było ich motto, spiningistów znad Parsęty. Bowiem w tym czasie łowiono przeważnie na wahadłówki w kolorze miedzi. Zacząłem kombinować z przynętami. Wahadłówkami łowić nie lubię więc moja inwencja poszła w obrotówki. Wycinałem, klepałem, zestawiałem paletki z korpusami szukając odpowiednich proporcji, takich by obrotówka nie tylko zawsze wirowała, ale żeby najmniejsze podciągnięcie uruchamiało skrzydełko.

Wreszcie udało mi się taką zrobić. Pierwsze w mojej obrotówce zasmakowały szczupaki w rodzimej Oławie. Potem pojechałem nad Parsętę i zacząłem łowić trocie. Podczas jednej z wypraw towarzyszył mi Zdzichu Kuziora. Dałem mu wypróbować moją samodiełkę. W kilku rzutach złowił troć.

Zacięcie, piękny i bardzo emocjonujący hol, bo wtedy żyłki były mało wytrzymałe, ryba na brzegu, my szczęśliwi obok niej. Siedzieliśmy na krawędzi nadbrzeżnej skarpy. Zdzichu ogląda obrotówkę, przed chwila wyciągniętą z pyska ryby, przygląda się jej z każdej strony i mówi: ale POKRAKA.

Nazwa została do dzisiaj, choć blacha w wyniku kilku przeróbek zyskała na wyglądzie. Zdzichu bowiem, z zawodu narzędziowiec, zrobił do niej wykrojnik i krępownik i paletki wyglądają jak fabryczne.

Skrzydełka do Pokrak robię z blachy 0,5-0,6, 0,8, ale fenomenem tego skrzydełka jest to, że się dobrze kręci nawet wówczas jak jest wykonane z blachy 1,5 milimetra. Inna zaleta skrzydełka jest taka, że nosi korpusy bardzo ciężkie bo wykonane z pręta o średnicy 8 milimetrów. Pokraka wiruje nieco szerzej od Longa, mniej więcej pod kątem 50 stopni.

Jest to typowa blacha do orania dna, stawiająca duży opór w wodzie, dzięki czemu daje się bardzo wolno prowadzić nawet w takich miejscach w których prąd rzeki jest bardzo silny i każdą inna przynętę wybije w tym miejscu do powierzchni. Skrzydełka do Pokrak wykonuję w kolorze patynowanego mosiądzu i miedzi, czasem matowego srebra. Nigdy nie poleruję powierzchni skrzydełka.

Dziś na Pomorze wybieram się z 50-gramowym wędziskiem Shakespeare Sigma Spin o długości 2,7 m z kompozycji węglowej, z kołowrotkiem tej samej firmy President 2910 (pojemność szpuli to 100 m czterdziestki) o przekładni ślimakowej. Uważam, że tylko ślimak jest w stanie wytrzymać obciążenia, do jakich dochodzi przy moim sposobie ciężkiego łowienia trociowego.

Rzucam błystkę pod przeciwległy brzeg, lekko pod prąd, i od razu zaczynam skręcać żyłkę, ale tylko na tyle, żeby była lekko napięta. Pokraka topi się i zaczyna wirować. Jeżeli nawet nie wiruje do ciężki korpus leży na skrzydełku i wówczas obrotówka zachowuje się jak wahadłówka. W pewnym momencie, porwana prądem, zaczyna się obracać i płynie po torze wachlarza. Prawie nie nakręcam żyłki na szpulę. Prąd rzeki prowadzi Prowadzi Pokrakę, która dzięki swojej wadze dobrze się trzyma przy dnie. Dodam, że nie tylko waga przynęty o tym stanowi. Skrzydełko wykonane z grubej blachy obraca się wolno i tym samym nie stawia dużego oporu.

Tak systematycznie obrzucam Pokraką koryto rzeki. Centymetr po centymetrze, metr za metrem. Są miejsca specjalnie dobre, w których padło już wiele ryb. Tym poświęcam najwięcej uwagi, ale łowiłem również trocie tam, gdzie nikt nie chciał nawet raz machnąć kijem. Jeżeli błystka spadła do wody głośno, z pluskiem, nigdy w to miejsce nie rzucam ponownie.

Przez cały rok łowię podobnie, nie zmieniam taktyki. Jedynie latem częściej używam mniejszych i lżejszych blach - Long 3 lub Comet 5, ale to też są obrotówki wykonywane domowym sposobem. Modyfikuje je zamieniając fabryczne paletki na identyczne w kształcie ale wykonane z grubszej blachy.

Nigdy nie liczyłem, ile złowiłem troci, było ich grubo ponad setkę (artykuł był napisany w styczniu 1992 roku). Zgłosiłem osiem rekordowych sztuk. Największa miała 8,25 kilograma.

Jan Walichnowski
Wrocław