NA BORNHOLM ZA ŁOSOSIAMI

IMAGEKolega zaproponował mi wyprawę na Bornholm, gdzie mielibyśmy wędkować przez osiem dni i łowić trocie z plaży. Zgodziłem się bez wahania. Wyjazd przypadał na początek marca.


IMAGE


Nasza ekipa liczyła trzynaście osób. Niektórzy już wcześniej byli na Bornholmie. Od nich dowiedziałem się, jak mam się przygotować do łowienia troci z plaży i jaki zabrać ze sobą sprzęt oraz przynęty.
W zasadzie troci nie łowi się z plaży, tylko trzeba wejść do morza, które w marcu wcale takie ciepłe nie jest. Stojąc po pas w wodzie, trzeba rzucać, jak to się mówi, ile fabryka dała. Konieczne jest nieprzemakalne i ciepłe ubranie. Spodniobuty, krótka kurtka, mocno dopasowana, ze szczelnym zapięciem na dole, żeby woda się pod nią nie dostała. Jeżeli ktoś wybiera się na takie wędkowanie, to radzę zabrać dwa komplety takiej odzieży, bo łatwo się zmoczyć, gdy stąpa się po kamieniach pokrytych glonami. Podeszwy butów powinny być podklejone grubym filcem, bo jest on najmniej poślizgowy. Do brodzenia radzę zabrać tak zwaną ciotkę. To wygodny sprzęt, którym może być biegowy, długi kijek narciarski, żeby podczas brodzenia podpierać się i sprawdzać dno przed sobą. Do łowienia nadaje się każdy sprzęt, którym można daleko wyrzucić przynętę, bo trocie biorą zwykle daleko od brzegu. Najłowniejsze są nieduże, wąskie wahadłówki w srebrnym kolorze ważące 10-15 g. Oprócz tego wziąłem kamizelkę asekuracyjną, żeby utrzymać się na wodzie, gdybym się pośliznął i runął całym ciężarem do wody.
 Wyprawa na Bornholm kosztowała mnie 1200 zł. Pojechaliśmy samochodami. Zapewniały nam dużą mobilność, pozwalając bez problemu szukać dogodnych miejsc do łowienia troci, a za takie trzeba uznać każde brzegiem osłonięte od wiatru. Ze Świnoujścia popłynęliśmy promem do Ystad, następnie innym promem na Bornholm. Wyspa przyjęła nas IMAGEładną, słoneczną pogodą, która – jak się później okazało – o tej porze roku jest rzadkością. Prosto z promu poszliśmy do wędkarskiego sklepu. Rzut oka na półki i było wiadomo, po co przyjeżdża się na Bornholm. 99 proc. przynęt było przeznaczone do łowienia troci. Duża część oferty jest dla muszkarzy, ale sporo jest też sprzętu dla spinningistów. Najpopularniejsza metoda stosowana przy połowie troci polega  na tym, że przed przynętą na żyłkę zakłada się pływak w kształcie spławika. Pływaki te mają swoją masę i są tonące lub pływające. Służą jako obciążnik zestawu do dalekich rzutów, a kształt spławika do odległościówki mają dlatego, żeby podczas lotu układać się jak pocisk. Do tego pocisku z jednej strony przywiązuje się żyłkę główną, z drugiej półtorametrowy przypon ze sztuczną muszką. Wędzisko do łowienia troci w morzu powinno mieć od 3,8 do 4,0 m, a samo łowienie polega na jak najdalszym zarzucaniu zestawu i powolnym jego ściąganiu.
Szybkie zakupy, jeszcze wizyta na poczcie, gdzie za 125 koron kupujemy imienne pozwolenia na wędkowanie (1 korona to 30 groszy). Domek, w którym jesteśmy zakwaterowani w miejscowości Snogebaeck, jest przestronny, ma saunę, basen i dobrze wyposażoną kuchnię. Do morza trzysta metrów. O godzinie piętnastej stałem już po pas w lodowatej wodzie.
Pierwszy dzień, a w zasadzie popołudnie było rewelacyjne. Miałem dwa brania troci, żadnej nie wyholowałem, obydwie wypięły się podczas holu. Reszta ekipy połowiła różnie, ale każdy miał kontakt z rybą. W czasie wieczornych rozmów tryskamy optymizmem. Trochę mnie to niepokoiło, bo nie lubię zapeszać. Miałem rację, choć następnego dnia złowiłem swoją pierwszą w życiu troć. Większość chłopaków wieczorem już nie była tak optymistycznie nastawiona jak poprzedniego dnia. Faktycznie, trafiliśmy na słabe żerowanie troci, a pogoda też nas nie rozpieszczała. Największym IMAGEproblemem były wiatr i fale, które eliminowały możliwość łowienia na dobrych miejscówkach, oddalonych od brzegu do stu metrów. Pod wiatr najdalej dało się rzucić na czterdzieści metrów, a to było zbyt mało.
Jeździliśmy po wyspie i łowiliśmy tam, gdzie się dało. Szukaliśmy brzegów osłoniętych przed wiatrem, przede wszystkim z dnem urozmaiconym i kamienistym, bo na takim jest najwięcej uskoków, za którymi kryją się trocie. W zasięgu rzutu głębokość wynosiła od 1,5 do 3 metrów. Woda była krystalicznie przejrzysta. IMAGE
Zdziwiła mnie tutejsza duża presja na trocie. Połowę wędkarzy stanowili muszkarze. Nie wchodzili do wody tak daleko jak spinningiści, ale wyniki mieli gorsze, w każdym razie w czasie, kiedy my tam łowiliśmy.
o
Łowiąc, prowadziłem błystkę w toni w takim tempie, żeby nie zaczepiała o dno. Jeżeli łowisko miało kilka metrów głębokości, łowiłem tak, żeby tor przynęty przypominał schody. Podciągnięcie i swobodny opad. Zauważyłem, że najwięcej brań mam w miejscach, gdzie dno ma ciemny kolor i znajdują się na nim kamienie i morszczyn. Za tymi morszczynami, gdzie zaczynała się już wolna od wodorostów woda, miałem najwięcej brań.
Łowiłem kijem Robinson Diaflex 2,95 m o ciężarze wyrzutu 7-22 g i 14-gramowymi srebrnymi błystkami Polsping Makrela i Steelhead Robinson.
  Na bornholmskie trocie wrócę na pewno, wezmę jednak łódź z silnikiem. Wtedy będę mógł pływać kawałek od brzegu po miejscach, które są poza zasięgiem rzutu z brzegu.
 
IMAGEW przeddzień wyjazdu poznałem miejscowego trociarza. Przez długi czas stał po pas w wodzie w jednym miejscu. Obserwując go, pomyślałem, że musi mieć brania. Później zobaczyłem, jak majstrował coś w wodzie przy podbieraku. Łowił na wahadłówkę, którą bardzo szybko prowadził. Kolega, któremu odstąpiłem swoje miejsce, złowił dwie trocie, a Duńczyk w tym czasie miał ich aż dziesięć. Kiedy wyszedł z wody, zobaczyłem, że przy pasku ma trzy 60-centymetrowe trocie. Zabrał się z łowiska, ale po godzinie wrócił z Belly Boat (niewielki ponton, do którego wsiada się w spodniobutach; na nogi zakłada się płetwy i tak się porusza po łowisku) i wypłynął kawałek od brzegu. Już w pierwszym rzucie zaciął dużą troć, którą wyjął po półgodzinnej walce. Rano spotkałem się z nim w tym miejscu.
Powiedział, że wczoraj był kapitalny dzień, złowił 24 trocie, a największa miała 86 cm i ważyła ponad 7 kg. To był prawdziwy wyczyn, bo nasza 13-osobowa ekipa w siedem dni złowiła 66 sztuk. Pokazał nam szwedzką błystkę, na którą je łowił. Była to wąska długa wahadłówka podobna do naszych, tyle że w kolorze miedzi. Powiedział, że często łowi trocie z Belly Boat, bo na ogół są poza zasięgiem rzutu z brzegu. Ostrzegł mnie, że najwięcej śmiertelnych wypadków podczas łowienia z Belly Boat jest wtedy, kiedy zbyt daleko się odpływa i wiatr zabiera na pełne morze ponton razem z wędkarzem.
Tomasz Kurnik
Zabrze