NA WYSPIE NORD ARNOY

W 14-osobowej grupie zapaleńców przebywałem w ośrodku wędkarskim Arnoy Brogge na wyspie Nord Arnoy (północna Norwegia, 25 km na południe od Bodo). Z miejscowości Kozy koło Bielska-Białej do Nord Arnoy było 2500 km w jedną stronę, nie licząc przeprawy promem przez Bałtyk. Kręgosłup i ta część ciała, która znajduje się nieco niżej, jakoś wytrzymały trzy kolejne noce i prawie trzy dni w przeładowanym bagażami samochodzie. Drogi w Skandynawii, choć niespecjalnie szerokie, mają bardzo równą nawierzchnię. Ruch poza miastami jest niewielki i jedzie się płynnie, spokojnie, bez gwałtownych manewrów. Pasażerowie mogą spokojnie spać.
Przed wyjazdem do Norwegii byłem kilka razy na dorszach na Bałtyku. Miałem więc jakie takie wyobrażenie o łowieniu pilkerami i uznałem, że jest sporo przesady w radach kolegi co do sprzętu, jaki jego zdaniem powinienem zabrać. Miały to być krótkie kije 180-210 cm o ciężarze wyrzutowym od 400 do 700 g i przynajmniej po 500 m plecionki 0,25 mm na każdym kołowrotku. Ja jednak wziąłem kije 270 cm do 200 g i 240 cm do 300 g. Nie uwierzyłem też, że konieczne będą pilkery o ciężarze powyżej 300 g i zabrałem peł- ne pudło setek i dwusetek.
Już podczas pierwszej wyprawy się okazało, że kolega, który w Norwegii był już dwa razy, ma zupełną rację. Najczęściej łowiliśmy na głębokości 80-100 m. W norweskich warunkach są to łowiska raczej płytkie, ale takie właśnie były w pobliżu naszej wyspy. Na stu metrach stukanie o dno najlepiej wyczuwa się pilkerem o wadze 300 g, ponieważ łódź znajduje się zawsze w dość szybkim dryfie. Pilker zbyt lekki schodził do dna nie tylko powoli, ale w dodatku pod ostrym kątem. Skutkiem tego były częste zaczepy i słabe wyczucie dna.
Po kilku pierwszych dniach już wiedzieliśmy, że możemy łowić kilkanaście gatunków ryb, ale niektórych trzeba szukać na dwustu metrach, a nawet jeszcze głębiej. Wyszło więc, że moje 270 m plecionki na kołowrotku to stanowczo za mało i bywało, że w poszukiwaniu np. karmazynów z duszą na ramieniu patrzyłem na schodzący z kołowrotka podkład, którym na szczęście była żyłka 0,50. Dziś wiem już również, że aby przeszukiwać pilkerem dno na głębokości 200-300 m, musi on ważyć 500 g. Według mnie kolor pilkera nie ma wpływu na liczbę brań, zwłaszcza na dużych głębokościach.

Ryby
Jadąc do Norwegii byłem przekonany, że ryby nas nie zawiodą, że będziemy je łowić codziennie i w dużych ilościach. Obawiałem się tylko monotonii. Jeszcze w czasie jazdy przez Szwecję mówiłem do kolegów, że się boję, żeby w rejonie naszej bazy nie trafiać wyłącznie na ławice średnich albo małych dorszy.
W rzeczywistości na pierwszym dwugodzinnym rekonesansie czteroosobowa załoga naszej łodzi złowiła kilkanaście ryb aż sześciu gatunków. Były to dorsze, plamiaki, czarniaki, rdzawce, brosma i zębacz. W kolejnych dniach na liście łowionych gatunków znalazło się 14 pozycji. Do poprzednich dołączyły witlinek, molwa, karmazyn, sebdak, żabnica, halibut, sola i niegładzica. Kolejność w moim wyliczeniu jest w miarę proporcjonalna do liczby złowionych ryb poszczególnych gatunków. Członkowie naszej 14-osobowej grupy złowili łącznie np. piętnaście zębaczy, siedem żabnic, trzy halibuty, solę i niegładzicę.
Od początku miałem wątpliwości, czy trafią nam się okazy. Te obawy się potwierdziły. Najczęściej łowiliśmy ryby o wadze od dwóch do pięciu kilogramów. Największą rybą wyprawy był - złowiony przeze mnie, tak wyszło - dorsz o długości 120 cm i wadze równo 15 kg. Łukasz Żaczek złowił prawie metrowego halibuta. Ryba ta nie była ważona, ponieważ trafiła na hak w przeddzień wyjazdu i łowca zwrócił jej wolność. Miała szansę przeżycia, gdyż złowił ją na stosunkowo niewielkiej głębokości.

Infrastruktura wędkarska
i warunki pobytu

Wiadomo, że Norwegia to kraj bogaty i nowoczesny, a głównym jego bogactwem jest morze i płynące z niego pożytki. Mimo takiej świadomości przyjeżdżający z Polski wędkarz, dobrze znający rodzime standardy, co chwilę otwierał ze zdziwienia oczy, a bywało, że i gębę (piszę o sobie). Ośrodek wędkarski Arnoy Brogge, w którym mieszkaliśmy, to duży dom mający 14 miejsc noclegowych. Wszyscy spaliśmy w superczystych 2-osobowych pokojach. Do dyspozycji mieliśmy dwie kuchnie wyposażone w sprzęty, o których marzy każda gospodyni domowa, dwie jadalnie, dwie łazienki i cztery WC. Standard mebli i sprzętów kuchennych był taki, że niejeden z nas chętnie by widział coś takiego we własnym domu.
Największe jednak wrażenie zrobiły na nas oddane nam do dyspozycji trzy aluminiowe łodzie. Każda miała długość 6,4 m, wyposażona była w dobrej klasy echosondę z GPS–em i silniki Suzuki o mocy 60 KM. Każda łódź miała dwa zbiorniki paliwa po 20 litrów, komplet kamizelek asekuracyjnych, morskie mapy okolicy, a także zapas lin, kotwicę i dryfkotwę, która w czasie silniejszych wiatrów była bardzo przydatna.
Przy ośrodku był też oddzielny mały budynek, w którym trzymaliśmy wędki, pływające kombinezony, gumiaki, a w zamrażarkach złowione ryby (uwaga, z Norwegii wolno wywieźć do 15 kg ryb). Obok było pomieszczenie do sprawiania ryb. Znajdowała się tam ciśnieniowa myjka, za pomocą której cały lokal sprzątało się w ciągu minuty. Taka sama myjka była na pomoście, by w razie potrzeby zmyć pokład łodzi.

Pogoda
Wyspa Arnoy znajduje się u wylotu fiordu Saltfjorden, około 65 km na północ od koła podbiegunowego północnego. Również tę część Półwyspu Skandynawskiego opływa ciepły prąd zatokowy, który trochę łagodzi tutejszy klimat. Często jednak wieją tu znad północnego Atlantyku bardzo silne wiatry. Wiedząc o tym, zabraliśmy ciepłe kurtki, czapki, rękawice, kalesony, pływające kombinezony itp.
Pogoda jednak okazała się dla nas nad wyraz łaskawa. Niebo było bezchmurne, wiatry słabe, a fale niskie. W pływających kombinezonach nie dawało się wytrzymać. Na ogół więc w łodziach mieliśmy na sobie flanelowe koszule i oczywiście kapoki. W drugim tygodniu pogoda była zmienna, po niebie wędrowały chmury, czasem kilka razy dziennie przechodziły deszcze i wiał znacznie silniejszy wiatr. Nigdy jednak stan morza nie był taki, aby nie można było bezpiecznie pływać po fiordzie. W drugim tygodniu kombinezony pływające były bardzo przydatne nie tylko ze względu na nasze bezpieczeństwo, ale także bardzo dobrze chroniły przed deszczem i zimnym wiatrem.
Przebywaliśmy na obszarze pełnego dnia polarnego, więc przez cały czas naszego pobytu na Arnoy słońce wędrowało sobie dookoła wyspy. W południe wysoko, a o północy nisko nad horyzontem. Efekty świetlne, zwłaszcza w dni pochmurne, były bardzo fotogeniczne.o
Jednym słowem - wyjazd udany.
Adam Hałat