TROPY LESZCZY


obrazekWyśledzić leszcze w jeziorze nie jest łatwo. Bardzo trudno też nie, ale przygoda to wspaniała.
Zauważyłem, że naprawdę mało wędkarzy obserwuje wodę. Po prostu mają na jeziorze swoje tajemne miejsca, tam się zasadzają na ryby i czekają. Będą dziś brały czy nie? Już wielu wędkarzy przekonałem, nawet tych, którzy łowili obok mnie, że nęcenie ryb w ich miejscach i w moich przynosi zupełnie inne wyniki.

obrazek

W drugiej połowie lipca, kiedy leszcze już    się porządnie wytarły i ruszyły na wyżerkę, wyśledziłem je na  północnej stronie  jeziora. Przez kilka dni z rzędu daleko od brzegu widziałem na wodzie ogromne ilości bąbli. Od razu wydały mi się podejrzane. Niby leszczowe, a bardziej jakby linowe. Jakiekolwiek by  były, pomyślałem sobie, są tam  ryby, które ryją w mule, i warto w to miejsce posypać. Po trzech dniach miałem w siatce kilka leszczy powyżej dwóch kilogramów. Z dnia na dzień w łowisku ich przybywało i brały coraz większe.

Przybywało ryb, ale  i wędkarzy. Po dwóch tygodniach stało obok mnie już osiem łodzi. Dzięki Bogu żadna z nich nie wysuwała się do przodu, przed spławiki innych wędkarzy. Wszyscy stali w jednym rzędzie, jak flota marynarki wojennej. Ta liczna frekwencja wcale mi się nie podobała, ale przecież  każdy chciałby sobie nałowić takich potężnych leszczy. Szkoda tylko,   że żaden z moich sąsiadów nawet nie pomyślał, ile mnie to kosztowało, żeby znaleźć takie miejsce i odpowiednią zanętę. Dla nich leszcze po prostu tu biorą i tyle.

Ale i tak miałem satysfakcję,  bo po tygodniu na ich stanowiskach leszcze brały tylko do wschodu słońca i wcale nie były  duże.  Po wschodzie słońca to  ja zaczynałem łowić, ale dlaczego, tego oni już nie wiedzieli. Nikt nie zwracał  uwagi na pogodę, nikt nie obserwował wody. Każdy patrzył  tylko na swoje, ale przede wszystkim na moje spławiki.Przez miesiąc było słonecznie i bezwietrznie. Na łódkach nikt nie ściągał odzieży, żeby się poopalać, bo to by było niebezpieczne. Czapkę i koszulkę co chwilę moczyłem w wodzie i wkładałem na siebie, żeby się trochę schłodzić. A leszcze brały i to takich rozmiarów, że sąsiedzi na łódkach gęby rozdziawiali z podziwu. W te upały wielu z nich przypływało jeszcze w nocy, bo kiedy ja przyjeżdżałem, a zawsze jestem nad wodą przed świtem, już ich tam widziałem. Starali się wykorzystać każdą minutę, zanim słońce dobrze oświetli wodę i brania leszczy zanikną. Rozmawialiśmy o rybach, ale kiedy nawilżałem swoją zanętę wodą z jeziora, żaden z nich nie zapytał, po co to robię, jaką mam zanętę, dlaczego ja łowię, a im się to nie udaje.

Kiedy wypływałem na łowisko, woda zawsze była cicha, a wtedy wszystko widać dokładnie. Jeszcze przed wschodem słońca leszcze średnich roczników żerowały w dnie  (dlatego dawały się złowić tym, którzy mieli tam zarzucone wędki). Dowodem tego żerowania były  bąble wychodzące na powierzchnię. Było ich po kilkanaście w jednym miejscu i miały różną wielkość. Z chwilą,  kiedy słońce oświetliło wodę, bąble znikały. Przez godzinę na wodzie nie działo się nic, a sąsiedzi brań nie mieli. Wtedy ja wchodziłem do gry. Wędki zarzucałem dopiero wówczas, kiedy na wprost mojego miejsca, lecz daleko na wodzie, zobaczyłem pierwsze bąble. Dokładnie wiedziałem, co one oznaczają. To wielkie zastępy leszczy ruszały do mnie na żer.

Napływały nie przy dnie, lecz w toni,  na głębokości czterech metrów od powierzchni, a do dna jest tam  12 metrów. Dokładnie obserwowałem, gdzie tych bąbli jest najwięcej, gdzie są  największe i czy czasami nie przesuwają się w stronę otwartej wody. Schodziły się z różnych stron. Gdy je zobaczyłem w pobliżu moich sąsiadów, to zdrętwiałem. Ale oni nie wiedzieli,  jakie ryby mają w zasięgu wędki

Teraz była moja kolej.  Nęciłem mokrą zanętą, która zostawia w toni dużo zapachu, a jeden z jej składników, tłusta śruta sojowa, długo opada i dobrze przywabia. Już po dwóch - trzech minutach po zanęceniu widziałem, jak bąble zaczynają się zbliżać do  mojego łowiska. Dla pewności, żeby leszcze dobrze wiedziały,  gdzie jest droga do żarcia. Po rybach, wieczorkiem, nieraz przekonywałem wędkarzy, że to nie jakaś cudowna zanęta, że wystarczy obserwować wodę. Nikt w to jednak nie wierzył. Nadal twierdzili, że mam jakiś cudowny dodatek.Kiedyś z dziadkiem Frankiem, moim teściem, byliśmy nad wodą jeszcze sporo przed świtem. Nie zjeżdżaliśmy samochodem pod samą wodę, bo w nocy ostro popadało i trudno byłoby wyjechać. Kiedy do jeziora było jeszcze kilkadziesiąt metrów, usłyszałem,  że ktoś się kręci przy łodziach. Cofnąłem się, żeby poszukać porządnego drąga, który byłby lepszy od policjanta. Mówię do dziadka “Dawaj, idziemy”, lecz dziadek, rozsądniejszy i bardziej opanowany, mówi, żeby chwilę poczekać, bo coś jest nie tak. Skradam się, przykucnąłem pod wielkim bukiem,  kilkanaście metrów od łodzi.
obrazek

Jest jeszcze trochę ciemno i nie tyle widzę, co słyszę, że w mojej łodzi grzebie dwóch facetów. Na klęczkach zbierają wszystko, co tam zostało od wczoraj, i smakują. Słychać pytania: “Czujesz coś? Co to za smak?”. Boże kochany, bardzo chciało mi się śmiać, ale przede wszystkim naprawdę żal mi było tych chłopaków. Nie zdradziliśmy z dziadkiem swojej obecności, bo wiem, jak by się poczuli. Poczekaliśmy, aż sami odejdą.

Po tygodniu zrezygnowałem z tego miejsca, bo chyba odkryłem źródło ropy. W moim łowisku zaczęły się wydobywać na powierzchnię duże kręgi tłustej kolorowej substancji, a po trzech dniach wędkarz, który stał najbliżej mnie, zahaczył z dna coś bardzo ciężkiego, a że nie był w ciemię bity, od razu stwierdził, że to nie ryba. I miał rację, bo to była duża torba plastikowa (reklamówka), szczelnie zawiązana, lecz z dziurami po bokach, z których pomału sączył się rzadki smar maszynowy. Cóż mogłem zrobić, podziękowałem za towarzystwo i po raz kolejny było mi żal tych wędkarzy, bo wiedziałem, że w tym sezonie nikt tu już nie połowi.

W innym miejscu jeziora zauważyłem na powierzchni sporo bąbli, oznaki żerowania przy dnie i to bardzo intensywnego. Była to już pierwsza połowa września, co  oznaczało, że miejsce jest superdobre. Ale kiedy zmierzyłem głębokość, zaniemówiłem. Osiemnaście metrów! Coś tu nie gra, za głęboko. Dwa dni poświęciłem na sondowanie i to ciężarkiem od kotwiczenia łodzi. Na dłoniach porobiły mi się krwawiące rany od linki, na której wisiało kilkunastokilowe żelastwo. Przesondowałem chyba dwa kilometry kwadratowe.

Przypuszczenia po raz kolejny się potwierdziły, bo od miejsca, gdzie bąbli było najwięcej, w odległości jakichś stu pięćdziesięciu metrów znalazłem znaczne wzniesienie dna. Znaczne, bo w najpłytszym miejscu ma półtora metra, a  spad schodzi do siedemnastu metrów. Ten spad okazuje się wąwozem, bo za nim dno znów się podnosi do ośmiu metrów, a potem spada na osiemnaście. Na dystansie stu metrów spady schodzą z jednej strony do  ośmiu, a z drugiej do siedemnastu metrów.

Od razu rzucam zanętę do tego wąwozu,  na spad wzniesienia, które ma osiem metrów od powierzchni. Miejsce, gdzie było tak dużo bąbli, na razie zostawiam w spokoju. Trafię czy zmarnuję piękny wrześniowy okres? Już wkrótce miało się to okazać i to z porażającym skutkiem. Zanętę rozsypałem bardzo szeroko na 15 metrach głębokości. Łódź zamierzałem kotwiczyć kilka metrów wyżej. Pęczak, owies i makaron leciały do wody przez dwa dni, po kilkanaście kilo. Trzeciego dnia próbuję łowić i od razu pech, bo wiatr wieje z północy, a z zachodu wędruje front atmosferyczny. Rezygnuję z łowienia i nawet z nęcenia, bo strach wypływać łodzią na takie fale. Jednak wcale się nie martwię, bo wiem, co po takiej dzisiejszej pogodzie będzie jutro. Będzie super. Z zachodu pcha się kolejny front, co przy wietrze z północy może oznaczać tylko jedno: już w nocy się rozpogodzi, wiatr się całkiem uspokoi, o świcie mogę się spodziewać nawet przymrozków. Jak ja lubię jesienią taką pogodę!

Nic się nie pomyliłem. Rano, jeszcze przed świtem, byłem na łodzi i pomału wiosłowałem na nowe miejsce. Jezioro jak stół, w ręce zimno jak diabli, lecz ja ciągle zerkam we wschodnim kierunku na najjaśniejszy od porannego blasku obszar jeziora. Na tym tle wspaniale widać, jak całkiem cichą taflę wody co jakiś czas rozpruwa wielki czarny grzbiet ogromnego leszcza. Choć woda jest tak spokojna, z rana w moim nowym miejscu nie widzę żadnych oznak życia. Wiem z praktyki, że pierwsze bąbelki na wodzie w zanęconym miejscu pokazują się dopiero po wschodzie słońca,  więc jeszcze mam cichą nadzieję.

Do południa moja nadzieja trochę przygasła, bo złowiłem tylko jednego leszcza z dna i kilka małych z toni. Nie mam jednak żalu, bo przecież kolejny dzień przede mną.

Pod koniec tygodnia marnie ze mną. Kilka kilówek z dna i kilkadziesiąt z toni, a tu poszło tyle makaronu i innych dodatków! Postawiłem leszczom i sobie warunek, że jeszcze tydzień i fajrant.

Chyba się wystraszyły, bo na drugi dzień dostałem trzy po kolei po 3,5 kg każdy. Trzy po kolei to nie przypadek, tego mi już nikt nie powie. Od następnego dnia do wody leciały grubo krojone ziemniaki. Pięć kilo naraz i tak codziennie przez kolejny tydzień. Oczywiście razem z makaronem i owsem, bo te składniki są zawsze w moim, a raczej leszczowym menu. Przez kolejne dwa dni byłem bez brania.  Tak, to nie żart, dosłownie bez żadnego brania. 99 procent wędkarzy już by dawno zrezygnowało z takiego łowiska, ale ten jeden procent to właśnie ja razem ze swoim instynktem. Leszcze to cwaniaki, ale łatwej wyżerce nie darują nawet w nietypowych dla swego rocznika miejscach. Od dwóch dni dwie wędki leżą na dnie. Na jednej ziemniak, na drugiej makaron - i nic. Wiem, że ziemniaki na pewno się zamuliły, ale to dla leszczy żaden problem. Gorzej, że nie widać bąbli, a więc wcale ich nie szukają. Nagle kilka metrów od łódki wyskoczył na powierzchnię długi sznureczek małych bąbelków. Pomyślałem, że teraz brakuje słupa bąbli tuż obok, gdy właśnie kilkaset bąbli zaczęło walić do góry jak w gotującym się parowniku. Za chwilę dalej to samo pod łodzią. Niemal słyszę jak bąble walą w burtę. Daleko za miejscem nęcenia wielkie place drobnych bąbelków. To znak, że ryby napływają tu coraz liczniej. Jeszcze nigdy nie przeżywałem takiego podniecenia w oczekiwaniu na pierwsze branie.
Spławik drgnął, mnie zamurowało. Spławik stoi dalej bez ruchu, ja też siedzę wyprostowany jak kołek. I się stało. Spławik się lekko unosi. Nie czekam, zacinam i - pudło. To nic, bo ryby nie poczułem. Na haczyk do makaronu dokładam dwa białe robaki. Najpierw makaron, a potem na ostrze haka białe, bo inaczej ryby będą schodzić. Zestaw już leży na dnie i od razu spławik robi lufę do góry. Powoli, ale zdecydowanie. Zacinam, kiedy już cała antena jest w górze, i ogarnia mnie strach. Przecież to stanowczo za późno! Mocno wygięty kij na chwilę się zatrzymał, a potem  poczułem na nim takie walnięcie w dno, że mało mi z ręki nie wypadł. Coś holuję. Czuję, że leszcz, ale nie wiem jaki. Gdyby nie to uderzenie w dno zaraz po zacięciu, to bym wiedział, że przynajmniej czwórka, ale tak waliły mi w dno moje największe leszczyska.

To coś, co za chwilę zobaczyłem na powierzchni, przyprawiło mnie o dreszcze. To był oczywiście leszcz. Leżał  na boku i głowę miał  chyba taką jak moja. Haczyka nie widzę. To źle. Bo chociaż tkwi głęboko w pysku, to właśnie tak zapięte leszcze najłatwiej się wyhaczają.

Podciągam go pod burtę. Przeżegnałem się, chyba już po raz trzeci podczas tego holu,  chwyciłem moją zdobycz pod skrzela jedną ręką i szybko odłożyłem  wędkę,  żeby pomóc sobie drugą. Ledwo go wciągnąłem. Nie powiem ile ważył, bo to nie był ostatni tego dnia. Podobnych do niego złowiłem jeszcze dziesięć i siatki z leszczami nie mogłem wciągnąć do łodzi.

Jeszcze trzy dni w wąwozie łowiłem kartoflane leszczyska. Tak je nazwałem, bo były dosłownie obżarte ziemniakami. Na drugi i trzeci dzień brania były nadal, ale te cwaniaki nie zostawiały na wodzie żadnego śladu, żadnego  bąbla. Przypływały, ale ryć w mule im się nie chciało. Chyba szykowały się do zmiany adresu. Nie zrezygnowałem z tego miejsca jeszcze przez tydzień, ale później odpłynąłem, bo brania się skończyły.

Bogdan Barton