NA RYBACH W SZKOCJI

Kiedy przez jakiś czas mieszkałem w Aberdeen (północno-wschodnia Szkocja), wybrałem się na ryby, a konkretnie - na pstrągi i łososie. Słynie z nich kilka tamtejszych rzek. Szczególnie znana jest rzeka Dee, gdzie odbywały się muchowe mistrzostwa świata. Nad tą rzeką nie byłem, bo sprzedawca licencji mnie przestrzegł, że sukcesu tam teraz nie odniosę. Udałem się więc nad rzekę Don i jej dopływ Urie. Obie wypływają z gór, mają dno wyłożone kamieniami, średnią głębokość niewiele ponad metr, o wiele głębsze rynny i kilkumetrowe głębiny na zakolach. Niosą bardzo przejrzystą wodę.
Była to połowa kwietnia, a również w Szkocji jest to doskonały czas na pstrągi. Jednak pogoda wybitnie pstrągarzom nie sprzyjała. O tej porze deszcze są tutaj częste. Podnoszą poziom wody, trochę ją przybrudzą, można łowić. Wtedy nie padało prawie trzy tygodnie. Poziom wody był niski i niemal na całej szerokości rzeki można było policzyć leżące na dnie kamienie.
Przez trzy dni spiningowania od świtu do zmierzchu złowiłem jednego pstrąga i miałem na kiju jedną dużą rybę, chyba łososia. Ale nie tylko ja miałem tak kiepskie wyniki. Nad brzegami spotkałem kilku Polaków. Powiedzieli mi, że pracują niedaleko. Zdają sobie sprawę, że gorszą dla wędkarza pogodę trudno sobie wyobrazić, ale wyrwali się ze spiningami na kilka godzin, żeby nie zapomnieć, jak się ryby łowi. Nie złowili nic. Wszyscy spotkani przeze mnie Szkoci łowili na sztuczne muszki i też nie mieli żadnego kontaktu z rybą.
Spotkanie ze Szkotami pozwoliło mi poznać tutejszą kulturę wędkowania. Jak wspomniałem, rzeki są płytkie i tylko niektóre ich fragmenty są dla wędkarzy ciekawe. Kiedy kupowałem licencje na połowy, dostałem mapki rzek. Pewne ich miejsca były oznaczone cyframi, a w legendzie mapy każdej cyfrze odpowiadała jakaś nazwa, zapewne używana zwyczajowo, np. Gruba Woda, Tłusty Łosoś itp. Miejsca te były rzeczywiście lepsze od innych. Jedno z nich zajmowałem i dość d ługo obławiałem. Po mnie wszedł na nie Szkot, który cierpliwie czekał na uboczu, aż skończę. Dopiero gdy spostrzegł, że zaczynam się zbierać, podszedł na chwilową pogaduszkę. To miłe zachowanie. Kilka takich przypadków i zacząłem postępować tak samo.
W Szkocji są rzeki, w których można wędkować bez opłaty, ale jest ich bardzo mało i są to górne odcinki, gdzie ryb prawie nie ma. Na większość rzek trzeba kupować licencje. Ich ceny są różne, najtańsze kosztują chyba pięć funtów. Raz zapłaciłem 10 funtów, a gdy pojechałem nad inną rzekę, musiałem dać 25 funtów. Licencje kupuje się w sklepach wędkarskich, ale także w innych miejscach, np. w pubach położonych blisko wody. Licencje pozwalają łowić tylko określone gatunki, a nie wszystkie ryby. Dodatkiem do licencji jest bardzo dokładna mapa łowiska i regulamin, z którym trzeba się dokładnie zapoznać, bo na każdym łowisku jest bardzo dużo opcji. Od różnych opłat po różne wymiary ochronne tego samego gatunku. Nikt mnie przez tych kilka dni łowienia nie kontrolował, ale ponoć przepisów warto przestrzegać.
 W szkockim morzu, do jednej mili od brzegu, można wędkować bez opłat, wyłączając metodę spiningową.
Andrzej Zborowski, Wrocław