NADBUŻAŃSKIE SPOTKANIA - BRZANY

obrazek

W Bugu łowię już wiele lat - mówi Ryszard Rejenciak z Siedlec - ale nigdy nie udawało mi się złowić tylu brzan co teraz. Owszem, wiele razy widziałem, jak się spławiały. Czasami jakieś duże ryby rwały zestawy, ale przeważnie były to karpie


obrazek

Brzany były w Bugu zawsze, ale jeszcze do niedawna łowiono ich mało i tylko niewielkie. Jak mówią nadbużańscy wędkarze, o dużych brzanach czytało się tylko w gazetach. Ale w zeszłym roku wędkarska fama doniosła, że brzany znów tutaj są i w dodatku ważą wiele kilogramów. Zaczęto je łowić często i na różnych odcinkach rzeki.

Większe aniżeli dotychczas połowy brzan należy kojarzyć ze zniszczonym jazem igłowym w Terespolu. Latem piętrzył on wodę i tym samym spowalniał nurt. Tak było przez kilkadziesiąt lat i wpływało to na zachowanie się ryb. Od ubiegłego roku bużańska woda popłynęła niemal od źródeł bez żadnych zahamowań i wytyczyła sobie nowe nurty. Swe stanowiska zmieniły też zapewne prądolubne ryby. W jednych miejscach wyszły poza zasięg wędek, w innych zbliżyły się do nęconych zwykle miejsc.

- W Bugu łowię już wiele lat - mówi Ryszard Rejenciak z Siedlec - ale nigdy nie udawało mi się złowić tylu brzan co teraz. Owszem, wiele razy widziałem, jak się spławiały. Czasami jakieś duże ryby rwały zestawy, ale przeważnie były to karpie. Dopiero w ubiegłym roku, kiedy kontakt z brzanami miałem częściej niż w innych latach, postanowiłem się na nie przyczaić. Zawsze nęciłem, i teraz też tak robię, w zawirowaniach wody i w prądach wstecznych. Szukałem miejsc, które miały około trzech metrów głębokości. To były najpewniejsze łowiska. Łowiłem w nich leszcze, płocie i czasami karpie. Ale kiedy po kilku potężnych braniach, no i oczywiście porwanych zestawach, sprawiłem sobie nowy sprzęt, zmieniłem też nęcenie. Zacząłem sypać do wody o wiele więcej. Na pierwsze nęcenie nowego stanowiska wsypuję nawet całe wiadro grochu.

obrazek

Doszedłem bowiem do wniosku, że niewielka ilość zanęty pozwala się najeść tylko małym rybom, takim jak płocie i leszcze. Dla innych już nie starcza. Wskazywały na to obserwacje. Duże ryby zawsze brały dopiero wtedy, kiedy już zwijałem sprzęt. One bowiem nie siedzą przy brzegu. Przyciąga je tam ruch wśród drobiazgu. Od kiedy zacząłem sypać dużo zanęty, większe ryby pojawiały się szybciej i było ich więcej. Kiedyś wędkowanie kończyło się na jednym braniu, teraz jest inaczej. Zdarzył się taki dzień, że wyholowałem cztery potężne brzany.

obrazek

Duże ryby wymagają mocnego sprzętu, zwłaszcza gdy się łowi w Bugu, który ma na dnie ogromną ilość zawad, a przy brzegach leży mnóstwo powalonych drzew. - Z początku p. Ryszard łowił tylko wędką Shimano PowerLoop Quiver (drgająca szczytówka), a zestawy miał powiązane na żyłce. Z czasem jednak przybywało doświadczeń i chęci zmian. Najpierw zastosował plecionkę. Mocny kij i wytrzymała linka umożliwiły spokojniejsze holowanie. Szybko się przy tym okazało, że brzany po zacięciu i murowaniu odpływają na środek rzeki. Największe potrafiły wybrać cały zapas linki i chować się w nurcie pod białoruskim brzegiem. Wtedy wędkarz mógł już tylko cierpliwie czekać i próbować zgadnąć, co też ryba niebawem zrobi. O żadnym działaniu na siłę nie mogło być mowy. Wówczas p. Ryszard postanowił kupić odległościówkę. Mająca więcej niż cztery metry tica okazała się strzałem w dziesiątkę. Zaciętą brzaną, która poszła w nurt, teraz można było łatwo manewrować.

- Duże brzany, takie powyżej trzech kilogramów - mówi łowca - odchodzą w nurt kilka razy. Nie spieszę się z holem. Powoli je podciągam, a jeżeli ryba ma ochotę na ponowną ucieczkę, to jej nie przeszkadzam. Długa wędka pozwala zatopić żyłkę na całej długości. Ryba nie ma więc silnego oparcia i szybko słabnie. Pozostaje już tylko wsadzić ją do podbieraka, co zresztą na początku wcale nie było łatwe.

- Na brzany nie ma złej pogody - kontynuuje opowiadanie p. Ryszard. - Łowiłem je przy słońcu, w deszczu, podczas silnych upałów i kiedy wiały potężne wiatry. Myślę, że najważniejsza jest dla nich karma, bo nawet pora dnia nie ma żadnego znaczenia. Sam nie dałbym rady i nęcić, i doglądać stanowisk. Dlatego na wiele wypraw wyruszam z synem Maćkiem, który też już złowił parę dużych brzan. Podsypujemy zawsze kilka stanowisk, bo trudno przewidzieć, jak się brzany będą zachowywać. Czasami w jakimś miejscu biorą dobrze, a kilkadziesiąt metrów dalej nawet nie chcą przynęty dotknąć. Jak już wspomniałem, nęcę grochem. Kiedyś miękkim, teraz twardym, tylko lekko sparzonym. Dodaję do niego trochę kukurydzy. Na haczyk zakładam samą kukurydzę, najchętniej wędkarską o smaku serowym, która brzanom bardzo smakuje. Złowiłem też na nią kilka sap, ryb podobnych do leszcza. Każda z nich miała więcej niż 30 cm.

  obrazek

Ciekawe doświadczenia z brzanami ma też inny nadbużański wędkarz, p. Ireneusz Sawczuk z Janowa Podlaskiego. On również ma swoje ulubione łowisko, które odwiedza od lat. Nęci je zawsze, prawie codziennie, ale niewielką ilością robionej przez siebie zanęty. Jest nią twardy groch wymieszany z twardą kukurydzą. Sprzęt, jakim potem łowi, jest niespotykany: delikatny winkle picker i żyłka 0,18 mm.

- W zeszłym roku pierwszą dużą rybą, jaką miałem na haczyku, nie była jednak brzana, lecz karp - mówi pan Sawczuk. - Długo z nim walczyłem. Na tyle długo, że aż kilku znajomych zdążyło do mnie podejść z podbierakami. Niestety, wszystkie okazały się za małe. Karp miał ponad dwadzieścia kilogramów. Kiedy już trzeci raz nie został podebrany, zawinął sobie żyłkę o płetwę piersiową, przeciął ją i odpłynął. Parę miesięcy wcześniej parokilowy karp wszedł mi w zaczep i musiałem się z nim pożegnać. Chcąc w przyszłości uniknąć takich przykrych niespodzianek, wyciągnąłem wtedy z mojego łowiska wszystkie leżące na dnie gałęzie. Odtąd przy holowaniu mam dużą swobodę. Niestety, tym razem na holowaniu się skończyło. Dlatego od tamtej pory zabieram nad wodę podbierak, który ze względu na swój rozmiar niektórych wędkarzy pobudza do śmiechu.

obrazek

- Tak samo było z brzanami - opowiada dalej pan Ireneusz - które się w ubiegłym roku pokazały. Holowanie delikatnym sprzętem nie stwarzało trudności. Po zacięciu szły w nurt, na co im pozwalałem, utrzymując jednak żyłkę w nieznacznym naprężeniu. Później je ściągałem, a one znowu odchodziły. Po prostu same się męczyły i pozbawiały sił. Prawdziwy problem pojawił się na początku, kiedy dopiero zaczęły wchodzić w łowisko. Nie wiedziałem, kiedy biorą i czy w ogóle biorą. Dzisiaj wiem. Kiedy bierze brzana, to jakby w żyłkę uderzył liść niesiony przez wodę. Odbywa się to tak delikatnie, że niejeden wędkarz nawet nie myśli o zacięciu. Ja też z początku nie myślałem. Nauczyłem się zacinać, kiedy parę razy po takim lekkim drgnięciu szczytówki wyciągałem z wody zestaw i ze zdziwieniem spostrzegałem, że na haczyku nie ma kukurydzy. Niebezpieczna jest też pierwsza chwila po zacięciu. Nie wolno ciągnąć. Należy czekać, aż brzana ruszy, bo do tego momentu przypomina leżący pod wodą pień. Szarpanina ułatwi tylko zerwanie zestawu. Największa moja brzana ważyła 3,85 kg. W sumie złowiłem ich kilkanaście, żadna nie miała niej niż 2 kilogramy.

Nigdy nie zarzucam wędki zaraz po przyjściu na łowisko - ciągnie swą opowieść p. Ireneusz. - Wcześniejsze wyprawy na karpie nauczyły mnie, by najpierw popatrzeć na wodę. Na jej powierzchni jak w telewizorze widać, gdzie są ryby i jakie. Do znanego mi miejsca przyciąga je leżąca na dnie zanęta, natomiast po bąblach widzę, co tam żeruje: leszcze czy też brzany lub karpie. Bąble największe, ale pokazujące się bardzo rzadko, to dowód, że w łowisku są karpie. Ryby jednak nie zawsze przebywają dokładnie tam, gdzie rzucam karmę. Czasami są tuż pod nogami. Jest tam metr wody, a one ważą po parę kilogramów. Tak jest też z brzanami. Dlatego łowiąc je nie trzymam zestawu w jednym miejscu. Jeżeli obok zauważę bąble, zaraz go tam przerzucam. Branie jest murowane.

Rozmawiał WD.