DUŻE LESZCZE

W ubiegłym roku pisaliśmy o Odrze w okolicach Wałów Śląskich (WP nr 11/2003). Rzeka ma tam ostanie spiętrzenie, później już swobodnie spływa do morza, a powyżej tego spiętrzenia jest ogromne rozlewisko. Wtedy zajęliśmy się jego ogólną charakterystyką. Teraz przedstawiamy wędkarzy, którzy już od kilkudziesięciu lat łowią tutaj leszcze.



Odra zawsze słynęła z dużej ilości dużych leszczy. Od Koźla aż po Wały Śląskie zbiorniki zaporowe ułożyły się na niej  jak paciorki na żyłce. Liczne tamy, jazy i śluzy  powstały z myślą o żegludze,  ale przyczyniły się też do powstania ogromnych rozlewisk. Nastąpiło spowolnienie nurtu, leszcze i inne ryby znalazły doskonałe dla siebie warunki: dobrze natlenioną wodę, dostatek pokarmu i różnorodność podwodnych środowisk. Nic dziwnego, że osiągają   pokaźne rozmiary.

Rzadko łowi się tu małe leszcze. Może tylko wówczas, gdy ktoś się do nich bierze z marszu albo zanęci w takich zastoinach, że nawet krąpie nie mają ochoty w nie wpłynąć. Leszcze zanęcone w korycie - w prądzie, na pograniczu nurtów lub, jeszcze lepiej, u podnóży dawnych skarp teraz zalanych paroma metrami wody – mało kiedy ważą mniej niż półtora kilo. Są przy tym w świetnej kondycji. Karki mają grube niczym  wypasione karpie i piękne złote łuski na ciele, na którym nie widać  nawet cienia pasożytów.

Częstym przyłowem do leszczy są karpie. W zasadzie „przyłów” to złe określenie, bo rzadko kiedy udaje się je w ogóle wyciągnąć. Choć leszczowy sprzęt, powszechnie tutaj stosowany, to nie jeziorowa pajęczynka, prawie wszystkie karpie bez większego trudu odpływają. Są duże i mocne. W końcu karp to ryba rzeczna. Mają się tutaj świetnie, podobnie jak tołpygi i amury.

Ktokolwiek się wybiera na to łowisko,  powinien się najpierw udać na  Odrę poniżej Brzegu Dolnego. Tam również są doskonałe łowiska, ale nie w tym celu kieruję tam wędkarza, tylko po to,  żeby się przyjrzał rzece. Taka sama jest również powyżej zapory, tyle że przykryta kilkoma metrami wody. Tak jest od lat pięćdziesiątych,  w związku z czym woda narobiła już trochę spustoszenia. Niektóre skarpy rozmyła, wiele główek poprzerywała, ale dzięki temu dno stało się jeszcze bardziej urozmaicone.


Oczywiście nadal najlepszymi łowiskami, tak jak przed zalaniem, są okolice główek. Wprawdzie do ich zalanych szczytów można się   dostać tylko z łódki, ale napływy i rynny za szczytami  też są  świetne, a  przy tym  dostępne z brzegu. Trafić tam łatwo, bo wiodą do nich szlaki wydeptane przez wędkarzy, którzy łowią tu od dziesiątków lat. Każde takie miejsce to pewna ryba, bo stąd trafia do wody mnóstwo karmy.

Ogromne połacie brzegu są niedostępne, bo zarośnięte trzciną albo  mocno podmokłe. Po lewej,  zachodniej stronie jest wyspa, za nią, przed wałem przeciwpowodziowym, duże i płytkie starorzecze. O spławiających się tam rybach krążą legendy. Na wyspie pobudowane są szałasy i domki. Wokół nich jest ładnie i czysto. Każdy może tu  zarzucić wędki. Gospodarze nic przeciwko temu nie mają. Ba, nawet wspomogą radą i dobrym słowem. Warunek: trzeba  uszanować ich pracę i dbać o  porządek. Bo ryb starczy  dla wszystkich.

Jeden z takich domków mają panowie Kazimierz Łopatka  i Andrzej Baranowski oraz ich nieobecni dzisiaj koledzy. Największy i najbardziej zadbany. Są przy nim nawet grządki z jarzynami, rosną młode na razie drzewa i krzewy, żeby w przyszłości chroniły ludzi przed słońcem i deszczem. Jest gril, są ławeczki. Stały tutejszy bywalec to bocian Kuba. We wsi ma swoje gniazdo na kominie, z partnerką i   dziećmi, a przyzwyczaił się do ludzi po tym, jak pomogli mu się  uwolnić z żyłki, w którą się zaplątał. Zdechłby z powodu ludzkiej głupoty. Na szczęście może już latać i czasami wpada na resztki z patroszonych ryb. To działa, bo na kominie jak na drożdżach rosą bielusieńkie bocianki. A nad wodą przy domku kilka pomostów, wygodne wędkowanie i coś, czego można szczególnie pozazdrościć: wędkarski spokój.

Odra płynie na całej swej szerokości. Wolniej, szybciej, ale płynie. Między innymi właśnie z tego powodu w żadnym jej rewirze nie ma stacjonarnej populacji leszczy. Zresztą nawet w jeziorach leszcze się ciągle przemieszczają, a i tam, i w rzece, na dłużej może je zatrzymać  tylko duża ilość położnej na dnie smacznej karmy.

Odra wcale nie jest łowiskiem na którym się łowi tylko duże ryby. Wprawdzie w wodzie płynącej zawsze łatwiej złowić  rybę niż w stojącej, bo ona najpierw uderza we wszystko, co się jej koło pyska przesuwa, a dopiero później kombinuje,  czy to się nadaje do jedzenia. Ale jak się taką rybę uda zaciąć, to można przewidzieć, że do dużych należeć nie będzie. Chcąc więc łowić na przykład duże leszcze, trzeba je uprzednio zanęcić. Oczywiście w odpowiednim miejscu. Andrzej Baranowski opowiada, jak jego znajomy uparł się i zaczął nęcić w złym miejscu. Mimo życzliwych rad nie odstąpił od swego zamiaru i uparcie sypał zanętę tam, gdzie liczył na duże leszcze i karpie, ale  przez prawie pół roku nie miał nawet brania. Miejsce to, jak mówi Andrzej, z pozoru było obiecujące. Miało twarde dno, gdzieniegdzie rosły kępy racicznicy, ale prąd był tam zbyt szybki. Po co więc ryby miały tam wpływać, skoro kilkanaście metrów dalej dno było zaścielone cienką warstwą mułu, a w nim aż się roiło od ochotki? Niepotrzebna strata czasu i pieniędzy na karmę. Na  niektórych wydeptanych stanowiskach można się więc przewieźć, ale przy odrobinie wprawy w ocenianiu płynącej wody łatwo znaleźć załamania nurtu i pogranicza prądów. To pewne miejsca. Czasami znajdują się tylko kilka metrów od brzegu i tam warto łowić, o ile stanowisko jest pojedyncze i na brzegu nikt nie robi dużego hałasu, który by ryby wypłaszał.

Domek Tadeusza i Andrzeja stoi nad   jednym z najciekawszych miejsc na tym odcinku Odry. Naprzeciwko jest dół prawie dziesięciometrowy (przy niskim stanie wody), są podwodne górki (szczyty główek, których pozostałe fragmenty wypłukała bystro płynąca rzeka), skarpy (nadal z ostrymi krawędziami) opadające z rozległych blatów na dno koryta. Jednym słowem gdziekolwiek   się wędkę  zarzuci, wszędzie jest dobrze. Jednak już przed  laty wypraktykowano, że najlepsze są wypłycenia za największą głębiną. Zanętę kładzie się na przykład na siedmiu metrach, a niezbyt silny w tym miejscu prąd wody wypłukuje ją pod górkę. Czasami leszcze żerują głęboko, czasami w połowie stoku. Jako ryby z pęcherzem pławnym podatne są na ciśnienie atmosferyczne i w związku z tym mogą żerować na różnych głębokościach.


Takie są  stanowiska na tutejszym brzegu,  ale Andrzej wybrał sobie przeciwną stronę Odry. Podpływa tam łódką i staje  zawsze w tym samym miejscu, które na powierzchni pokazuje  mu obciążony pływak zrobiony z butelki po wodzie mineralnej. Na dnie leży tam solidny ciężar, trylinka, pełniąca funkcję stałej kotwicy. Po prawej ręce ciągnie się nieprzebrane trzcinowisko. Od brzegu w kierunku środka rzeki, na głębokości czterech metrów, jest lekko mulisty blat, który ostrym spadem wali się koryto rzeki. Tam, gdzie skarpa dawnego brzegu styka się  z dnem rzeki,  Andrzej sypie leszczową zanętę. Nie są to jakieś wyszukane torebkowe specjały, tylko grubo zmielone, później zaparzone ziarna pszenicy pomieszane z ziarnami kukurydzy. Ma tego być dużo, ma to być świeże, koniecznie tak ulepione, żeby się na dnie trzymało jednego miejsca.

Najpopularniejsze tutaj, przy łowieniu i z brzegu, i z łódki,  są  zestawy z koszyczkiem i czterometrowe teleskopy. Muszą być  mocne, żeby wytrzymywały rzut 100 - gramowym koszyczkiem i dobrze amortyzowały walkę z silnymi rybami.  Żyłka w okolicy 0,22 milimetra. Duże haczyki, od  jedynki do trójki,  a na nich kukurydza, czasami makaron. Prawie zawsze dodatkiem są białe robaki, a kiedy leszcze gustują tylko w mięcie, na haczyk trafiają wyłącznie kompościaki.

Z zaciekawieniem patrzałem, jak Andrzej łowi z łódki na koszyczek. Przecież w tej metodzie  brania widać tylko na szczytówce, a łódką nurt cały czas porusza. Okazuje się, że niezupełnie, bo do pierwszej kotwicy, tej na stałe zatopionej i oznaczonej butelką, Andrzej cumuje na krótko. Nieznacznie wypuszcza łódkę z prądem wody, potem przez rufę spuszcza drugą kotwicę, blokuje ją i lekko się podciąga na pierwszej. Łódka stoi na tyle pewnie, że oparte na specjalnych podpórkach wędki sygnalizują brania całkiem wyraźnie.

Na dobrze wybranych łowiskach ryby są zawsze. Niestety,  nie zawsze chcą brać. - Stoją i pilnują jedzenia – żartuje Tadeusz. Czasami na szczytówce widać, jak się ocierają o żyłkę, ale przynęty nawet nie dotkną.  Potwierdzają to obserwacje poczynione echosondą. Poza obszarem nęconym widać na ekranie co najwyżej kilka małych rybek. Tam natomiast, gdzie się ustawicznie nęci, zawsze są sporych rozmiarów półksiężyce, elektroniczne symbole ryb. Gęsto od nich, a brać nie chcą. Za to kiedy biorą, nigdy nie ma ich dużo.

Łowisko z brzegu oddalone jest od łowiska z łódki o grubo ponad sto metrów. Między nimi płynie główny nurt rzeki  i jest kilka uskoków dna. W tych dwóch łowiskach są na pewno dwa różne stada leszczy, ale zachowują się jednakowo. Danego dnia biorą tak samo. Na przykład dynamicznie, przyginając szczytówkę, albo  głęboko, ale bardzo spokojnie. Robią to też w tych samych godzinach, a nasilenie brań następuje równocześnie. Najczęściej biorą też leszcze tej samej wielkości. Jeżeli, dla przykładu, łowi się sztuki dwukilowe, to trójka w tym towarzystwie jest absolutnym wyjątkiem.

Jeżeli więc ma się na brzegu kilku znajomych, warto u nich zasięgnąć języka - tak wszyscy tutaj robią - i dowiedzieć się, czy ryby biorą. Jeżeli biorą, to w porządku, a jeżeli nie, to podsypać trochę w łowisko, zarzucić jedną wędeczkę i popatrywać na otaczającą przyrodę.

Wiesław Dębicki