ZŁOTO Z BAGIEN


obrazekWędkarskie wakacje tego lata miałem krótkie, więc każdy dzień zaplanowałem  precyzyjnie. To się opłaciło.




obrazek

Stale ciągnie mnie na Suwalszczyznę. Od lat mam tam swoje miejsca, ale jedno  wręcz mnie elektryzuje. Jest to tajemnicze, przepiękne,  malutkie jeziorko w sercu Augustowskiej Puszczy. Tym razem odkryłem jego sekrety. Zresztą spójrzcie na zdjęcia - te wspaniałe złote karasie złowiłem w samotności i ciszy, którą  zakłócał  tylko plusk wody i skrzeczące nad głową kruki. Czy coś jeszcze trzeba do wędkarskiego szczęścia?

---Zgodnie z planem obrazek

Przygoda zaczęła się o 3.30 sierpniowego ranka, a właściwie to już poprzedniego dnia, gdy przygotowywałem zanętę. Była prosta - gotowane ziemniaki, tarty suchy chleb i odrobina zanęty kupnej, która miała tylko nadać całości  ciemny brązowy kolor. Kulki były mniejsze od kurzego jaja. Chodziło o to, żeby się zmieściły   w łożu procy, a po wystrzeleniu nie robiły zbytniego hałasu. Bardzo ważny był ów ciemny kolor zanęty. W płytkiej i bardzo czystej wodzie  zbyt jasna karma wystraszyłaby ryby. Główną przynętą była kukurydza z puszki.

---Pierwsze pudło

Nad wodą byłem o świcie. Skradałem się możliwie jak najciszej, co nie było łatwe, bo pod nogami leżało dużo gałęzi. Gdy stanąłem na moim małym chwiejnym cypelku, woda nieco zafalowała. Wszystko wróciło do normy, gdy usiadłem na krzesełku. Precyzyjnie wystrzeliłem zanętę  i zarzuciłem wędki. Łowisko miało zaledwie 1,50 m głębokości.

obrazek

Już po 15 minutach na gładkiej wodzie, w miejscu nęcenia, ukazały się spore bąbelki.  Gdy się zaczęły zbliżać do spławików, emocje rosły. Wiedziałem, że w tym oczku jest mnóstwo małych płoci, dlatego na haczyk nadziałem aż trzy spore ziarna  kukurydzy i delikatnie położyłem je  na dnie. Pierwsze branie - spławik kilka razy podskoczył i natychmiast odjechał. Nerwowe zacięcie, lekki terkot hamulca i ... po przyponie. Przy okazji wymieniłem go również  na drugiej wędce.

---Branie w podskokach

Po godzinie branie jak poprzednio - podskoki spławika i odjazd, ale tym razem wszystko było ustawione na medal. Ryba odjechała na hamulcu ku środkowi jeziora, więc trzymając ją na napiętej żyłce udało mi się szybko zwinąć drugą wędkę. I całe szczęście, bo to, co się działo później... Choć było bardzo płytko, rybę zobaczyłem dopiero po kwadransie. Była niezwykle silna. Do podbieraka za nic nie chciała wpłynąć,  w końcu jednak uległa.  Gdy ją  mierzyłem, zabrakło mi podziałki.  Był to niemal półmetrowy karaś złocisty, pierwszy taki w moim długim wędkarskim żywocie. Po godzinie był drugi.

---Brakowało tylko lina obrazek

W moim suwalskim oczku były już 75-centymetrowe leszcze, duże płocie, wielkie okonie, fantastyczne półmetrowe karasie, o których się zrobiło głośno. Kiedyś, siedząc nad  bagienkową wodą,  łowiliśmy z przyjacielem karaski, aż tu niespodzianka: trafił  nam się wspaniały czarno - brunatny lin. Był piękny, po prostu czarna perła z bagienka!

---Tylko makaron, pęczak i kukurydza

Gdy wychodziłem objuczony plecakiem, było jeszcze ciemno. Drogę do mojego bagienka znałem doskonale. Najgorszy był jej końcowy odcinek. Trudno się bezszelestnie przedrzeć przez puszczę nie łamiąc pod sobą gałęzi i  bez chlupotu chodzić po trzęsącym się jak galareta brzegu. Ale przed piątą siedziałem już nad wodą. Po niedawnej zasadzce na leszcze zostały mi dwie spore garście makaronu (kolanka) zaprawionego suwalskim miodem. Za pomocą procy udało mi się wystrzelić makaron  na całkiem niezłą odległość. Spadał na wodę nie robiąc żadnego hałasu.  Do tego jeszcze kilka porcji  pęczaku przygotowanego w termosie i dosłownie 15 ziaren puszkowej kukurydzy.

---Ale odjazd! obrazek

Zestawy zarzucone na grunt. Na haczykach po  trzy ziarna  kukurydzy, żeby zniechęcić płocie. Cicho i ciepło. Niebawem na wodzie pokazują się bąbelki, a więc  ryby już przyszły. I wreszcie jest to, na co czekam: spławik parę razy podskakuje, a potem moja zdobycz wykonuje  najpiękniejszy odjazd świata. Najpierw powoli, a potem w toń. Odjeżdża na hamulcu, dość długa wędka amortyzuje uderzenia. Nie wiem, co mam na haku, bo czarny grzbiet ryby zlewa się z wodą. Dopiero w podbieraku zobaczyłem najwspanialszego lina mojego życia. Miał ponad 70 cm długości.

Po chwili wszystko to powtórzyło się na drugiej wędce. Oba zielonkawobrunatne liny były tak duże i piękne, że postanowiłem skończyć łowy i jak najszybciej podzielić się tym triumfem z moimi bliskimi. W domu byłem już o 9 rano.

Do zobaczenia w przyszłym roku w Posejnelach nad jeziorem Pomorze!

Jerzy Łętowski
Zdj. Michał Łętowski