ZANIM ZASIĄDĘ Z WĘDKĄ...

Zaczynałem swoja wędkarska drogę koło Hrubieszowa. W tutejszym odcinku Bugu łowiłem co najwyżej kilka leszczy w roku. Kiedy przeniosłem się do Białej Podlaskiej, stwierdziłem, że w pobliżu Janowa główną zdobyczą wędkarzy są właśnie leszcze.
W Białej zetknąłem się z wędkarstwem wyczynowym. Przez kilkanaście lat łowiłem sportowo zestawem skróconym. Teraz na ryby wybieram się dla czystej przyjemności i łowię metodą drgającej szczytówki. Nabyte wcześniej doświadczenia bardzo mi się przydają, zwłaszcza wiedza o zanętach i nęceniu.




















Odra, Wisła i Warta są czytelne. Łatwo rozpoznać i ocenić miejsce, w które się zarzuca wędkę. Bug jest dziki, jeden kawałek wody jest zupełnie niepodobny do drugiego. Zanim się zacznie w nim łowić, trzeba się do niego przyzwyczaić. Poznać dno, przez wiele dni obserwować, jak się zachowują bużańskie ryby. Tutaj wszyscy mówią, że rano są blisko brzegu, a później odchodzą na środek, ale to nie do końca jest prawdą. Zależy od miejsca. Czasami wystarczy zarzucić wędkę kilka metrów dalej, by się przekonać, że ryby są tam przez cały czas. Oto przykład.
Kiedyś jednym z najlepszych leszczowych łowisk były okolice Gnojna. Jeździliśmy tam trenować metodę zestawu skróconego. Zawsze kończyliśmy koło dziesiątej, bo wtedy na trzynastym metrze, dokąd sięgał kij, brania całkowicie zanikały. Któregoś dnia jeden z naszych kolegów, p. Jarosław Kononow, przestawił platformę o kilka metrów dalej w nurt rzeki. Mógł to zrobić, bo dno było płaskie i na tyle twarde, że platforma (miała wysuwane nóżki) trzymała się mocno. Kiedy zaczął łowić, to się okazało, ze leszcze miał w łowisku przez cały dzień. Znaczy to, że nie odpływały na dzień na środek Bugu, tylko trzymały się drugiej, licząc od brzegu, głębszej rynny. Dużo skorzystałem na tym doświadczeniu.
Jak te rybodajne rynny znaleźć? Gdy woda w Bugu jest wysoka, trzeba po prostu sondować. W niskiej wodzie rynny są bardzo dobrze widoczne, bo nad grzędami, które się pomiędzy nimi znajdują, powstają na powierzchni łatwo zauważalne warkocze. Druga rynna jest zwykle oddalona od brzegu o mniej więcej dwadzieścia metrów i ma dwa - trzy metry głębokości. Jeżeli uda mi się ją znaleźć, mam dobre całodzienne łowisko. Szukam w nim jakiejś przeszkody, np. zwalonego do wody drzewa. Łowię za nim, nigdy przed! Leżące w wodzie drzewo (lub inna przeszkoda) osłabia nurt i powoduje powstanie wirów. W takim miejscu woda wytraca swój impet i opuszcza na dno wszystko, co ze sobą niesie. Także pokarm, na który czekają ryby. Mam więc podwójną korzyść. W słabszym nurcie mogę stosować mniejsze ciężarki, a ryby bez przerwy żerują. Mimo to dużo nęcę.
Zanętę sporządzam z dwóch - trzech kilogramów sklepowej bazy. Do niej dodaję prażony słonecznik, siemię lniane (też prażone) oraz zmielone i wyprażone ciastka kokosowe (to moja tajna broń). Na taką ilość bazy wystarczają dwa opakowania. Jest to składnik bardzo aromatyczny i lekko smużący. Samych wiórków nie stosuję, bo są zbyt tłuste. To powoduje, że kule szybko się rozpadają, a uwolnione wiórki odpływają z prądem i odciągają ryby z łowiska.

Kiedy wędkowałem zawodniczo, przekonałem się, że jeżeli dwóch wędkarzy używa zanęty o takim samym składzie, to może się zdarzyć, że jeden będzie łowić ryby, a drugi nawet rybiego ogona nie zobaczy. Bo albo jego zanętę woda szybko rozpuści i wyniesie poza łowisko, albo kule przez dwa dni się nie rozpuszczą, bo będą twarde jak kamień. Trzeba więc nie tylko wiedzieć, jakich składników użyć, ale jak z nich sporządzić skuteczną zanętę.
Składniki zanęty, jeszcze na sucho, bardzo dokładnie mieszam. Później je nawilżam, znów mieszam i dwa razy przecieram przez sito. Dzięki temu zanęta jest dobrze napowietrzona i potem dobrze pracuje, to znaczy pod naporem wody równomiernie się rozkłada, a to, czego prąd nie poniesie, zostaje na dnie. Na końcu dosypuję żwiru.
Zanęty na rzeczne łowiska muszą mieć klej. Gotowe, kupowane w sklepie, już go w sobie zawierają. Trzeba jednak doświadczalnie sprawdzić, czy jest go tyle, ile w naszym łowisku trzeba, i później stosować cały czas tę samą zanętę od tego samego producenta. Osobiście wole kupować tylko bazę. Potem sam dodaję  odpowiednią porcję kleju i ewentualnie także inne składniki.
Najlepszym i najwygodniejszym w użyciu klejem do rzecznych zanęt są płatki owsiane. Nie można ich jednak brać prosto z paczki. Należy je przesiać, pył odrzucić, a do zanęty wsypać tylko płatki. Inaczej pył bardzo mocno zanętę sklei i wędkarz wróci z łowiska o kiju.
Zanęta leszczowa powinna zawierać jeden składnik gruby, np. łubin, groch albo kukurydzę. Do mojej zanęty sypię kukurydzę konserwową (dwie - trzy puszki), bo stosuje ją większość tutejszych wędkarzy i ryby są do niej przyzwyczajone. Ważnym dodatkiem do zanęty są białe robaki, ale dodaje je tylko do tych kul, którymi zanęcam łowisko tuż przed wędkowaniem.
Wielu naszych wędkarzy stosuje tanie zanęty, ale prawie nikt nie żałuje pieniędzy na dodatek o nazwie “Brasem” Marcela. W Bugu jest on bardzo skuteczny.

Zanim zasiądę z wędką, nęcę łowisko co najmniej trzy razy dzień po dniu. Pora,  w której to robię, nie ma większego znaczenia. Ważne, żeby przyzwyczaić ryby, że w tym miejscu zawsze znajdą dużo pokarmu. Do tego nęcenia sporządzam kule trochę twardsze, to znaczy z większą ilością płatków owsianych. Kule wrzucane w łowisko wcześniej i te, którymi nęcę tuz przed wędkowaniem, obciążam żwirem (w pobliżu nie mam żwirowni ani składu kruszywa, więc kupuję żwirek przeznaczony do akwariów).
Moje kule mają wielkość bardzo dużej pomarańczy. Umieszczam je na powierzchni dwóch - trzech metrów kwadratowych. Nie muszą być tak skupione jak wtedy, gdy się łowi tyczką. Przeciwnie, warto zanęcać nieco większy obszar, bo zestaw z drgającej szczytówki nie zawsze upada w to samo miejsce.o

Łowię feederem o ciężarze wyrzutu do 50 g (żyłka główna 0,18, przypon 0,14). Mocniejszy nie jest potrzebny, ten mi w zupełności wystarcza, by wyrzucić mały koszyczek lub ciężki ołów. W obu przypadkach na haczyk zakładam ziarenko kukurydzy, które podpieram białym robakiem.

Kilkudniowe nęcenie przed wędkowaniem jest dla mnie kłopotliwe. Żeby dojechać nad Bug, muszę pokonać kilkadziesiąt kilometrów i potem jeszcze tłuc się po polnych wertepach. Ale innego wyjścia nie ma. Przed łowieniem i w dniu łowienia nęcę tak samo, to znaczy wszystko wrzucam od razu. Nie donęcam, bo to leszcze płoszy, łowię przecież blisko brzegu. Jeżeli jednak zamierzam posiedzieć nad woda przez cały dzień, to zostawiam sobie drugą, taką samą porcję. Wrzucam ją wtedy, gdy brania całkowicie ustają i nie mam ich przez dwie godziny. Ponownie zarzucam wędkę nie wcześniej niż po godzinie.
Gdy się łowi feederem (z koszyczkiem lub ołowiem, to obojętne), nie należy kłaść zestawu poza zanęconym obszarem. To bardzo wielki błąd. Dlatego zanim w upatrzonym miejscu ulokuję pierwsze kule zanęty, co najmniej kilkanaście razy zarzucam tam goły zestaw. Widzę, jak długo opada do dna i dokąd prąd wody przenosi ciężarek. Kule rzucam dopiero wtedy, gdy już jestem pewien, że łowisko jest równe i czyste. Kule są spłaszczone, żeby prąd nie toczył ich po podłożu. Są też ciężkie, więc mam pewność, że szybko opadną na dno.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Nad wodą nie ma co leniuchować. Kiedy brań nie ma, trzeba kombinować: zmieniać długość przyponu, kolor przynęty (robaka), ułożenie zestawu itp. To, że jakiś niewielki obszar dna jest dobrze zanęcony, wcale nie daje pewności, że są w nim leszcze. Mogą być obok lub kilka metrów niżej. Drobna korekta w sposobie łowienia często sprawia, że brania są częstsze. Warto o tym pamiętać.
Sebastian Pitak
Biała Podlaska