AMATORZY IKRY


obrazekCzęsto już opisywałem tarliska leszczy i płoci.  Często też opowiadałem, że długo przed tarłem są to świetne łowiska tych dwóch gatunków. Zaraz bowiem  po zimie ryby są pozbawione energii, czyli po naszemu  są po prostu głodne, a  tylko takie płytkie i nasłonecznione miejsca gwarantują im naturalny pokarm w najlepszym gatunku.


obrazek
Tuż po tarle wcale nie robi się tu pusto. Wprawdzie leszcze  spływają stąd na otwarte wody, płocie też się rozpraszają, ale pojawia się inny amator tych płytkich wód, który przypływa tu na ikrową wyżerkę. Jest nim węgorz. On doskonale wie, kiedy może  się tu czego spodziewać.  Ale  ja też  wiem i też mam tu coś do powiedzenia. Nikt moich leszczy nie będzie wyjadał za darmo.
 Może wiem i mieszam się w prawa natury, bo przeszkadzam w naturalnej selekcji. Ale krew mnie zalewa, jak widzę i słyszę cmokające węgorze w zielach wyjadające ikrę leszczy. Wiem też, że amatorów tej ikry jest więcej, ale żadna inna ryba nie robi tego tak pazernie i bezwzględnie jak właśnie węgorz. I właśnie ta pazerność go często gubi na moich wędkach.    
Chyba nawet nie zliczę, w ilu miejscach obserwowałem trące się leszcze. Wiem też, że szczyt tarła nie trwa dłużej niż trzy dni. Rzecz w tym, że w różnych częściach jeziora leszcze trą się o różnych porach. Najwcześniej na brzegowych wypłyceniach, bo tu woda wcześniej się nagrzewa, dwa tygodnie później na podwodnych górkach.  W ciągu miesiąca opływam cztery do pięciu miejsc, w tym dwa z brzegu. W tym czasie łowię leszcze przed tarłem, a  węgorze tam, gdzie leszcze już zostawiły swoją ikrę.
obrazekZaczynam na  początku czerwca, bo w moim wielkim jeziorze właśnie wtedy pierwsze leszcze tu, na  brzegowych wypłaceniach,  kończą  tarło. Po dwóch tygodniach wsiadam do łódki i ruszam na górki w południowej części jeziora. Tam o tej porze roku zawsze jest już dużo podwodnej roślinności. Jeszcze nie zdążyła porządnie podrosnąć, ale właśnie dlatego bardzo ona leszczom odpowiada i chętnie tu składają ikrę. Tu też biorą pierwsze  okonie. Po tygodniu płynę na kolejne górki z tej samej strony jeziora. Na początku lipca jestem już po stronie północnej.
Po nocach ani nie pływam, ani nie siedzę na brzegach. Zaczynam godzinę  przed świtem. Gdy łowię z brzegu, jestem tam do ósmej. To i tak około pięciu godzin. Dłużej łowię na podwodnych górkach, bo tam w późniejszych godzinach mogę liczyć  jak nie na węgorza, to na dużego okonia, a niżej, na spadzie, na szczupaka. Brzegowe płycizny węgorze z czasem opuszczają, ale do ikry podchodzą wtedy ogromne liny. I tu znowu warto by było posiedzieć dłużej i zapolować na tego zielonkawego prosiaka. Ale do tego potrzebna byłaby inna przynęta, np. rosówa. Tych, niestety, nawet nie mam, bo poluję na węgorza i to konkretnego.
Z rosówek jako przynęty na ikrowe węgorze dawno już zrezygnowałem. W ciągu godziny mogę na nie złowić nawet i ze sześć węgorzy, ale będą tylko trochę grubsze od kciuka. Często też do rosówki dobierają się małe leszcze, okonki i krąpie. Dlatego najlepszą przynętą  jest żywa uklejka. Próbowałem łowić na martwe rybki, ale wyniki były dużo gorsze. Na żywą rybkę węgorze biorą częściej, a przy tym są to sztuki od kilograma  wzwyż.
Na węgorze używam tego samego sprzętu, co na leszcze, czyli solidnego. Żyłka główna 0,25, ale bez przyponu, a  to dlatego, że łowię w zielsku. Węgorzom ta gruba żyłka wcale nie przeszkadza. Metr od haczyka blokuję przelotową oliwkę (w drugą stronę ona się przesuwa całkiem luźno). Żywca zahaczam za grzbiet i rzucam w sam środek roślinności. O tej porze roku jeszcze się nie boję, że na roślinkach zerwie mi się zestaw. One są   jeszcze młode i za słabe jak na taką żyłkę. A na skraju roślinności nie łowię dlatego, że   tam ukleję szybko atakują okonki i małe szczupaczki. Węgorze  buszują w samych zielach i tam są najmniej płochliwe. Są też pazerne i ikrą z nikim nie chcą się dzielić. Dlatego po zarzuceniu zestawu ukleja nie ma przed sobą długiej przyszłości, najwyżej kilkanaście minut. Potem żyłka zsuwa się z kołowrotka szybko, ale krótko, bo nie więcej niż jakieś cztery metry. Z zacięciem czekam najwyżej  pół minuty, bez względu na wielkość żywca.
Dobra, dobra – zapyta ktoś -  ale co z holem przez te zielska? Odpowiadam: nie ma się co rozczulać. Ciągnę  na pewniaka do siebie bez żadnych luzów. Zacięty węgorz nie ucieka na boki, tylko zagarnia  całym ciałem wszystko co na drodze. W tym wypadku jest to świeża roślinność. Węgorz kosi ją ogonem jak nic, a  żyłka 0,25  mu w tym pomaga. Częściej zrywa się węgorz (z haczyka) niż żyłka. Ale to żadna strata, bo na kolejnego amatora ikry długo nie czekam.
Dobrze znam moje jeziora, dlatego wiem, gdzie i kiedy trą się leszcze i kiedy następuje wylęg młodych. Wtedy węgorze mają prawdziwe żniwa. Jest ich bardzo dużo, ale złowić je trudno. Sprawia to, jak sądzę, właśnie obfitość tego wylęgu, czyli pokarmu dla drapieżników. Wiem, że tak w naturze być musi, ale trochę mi jednak żal tych moich leszczyków. Niech się dzieje co chce, ale ja w dalszym ciągu będę prześladował węgorze na leszczowych tarliskach.
Bogdan Barton