BRANIE SANDACZA


obrazekWędkarze łowiący sandacze na żywca wyróżniają trzy fazy brania. Pierwsza to pochwycenie zdobyczy. Jej zewnętrzną oznaką jest przytopienie spławika lub, w przypadku gruntówki, poruszenie się sygnalizatora brań. Jednocześnie żyłka zaczyna się wolno wysuwać z kołowrotka, co jest dla nas informacją, że sandacz kieruje się do swojej kryjówki. Po drodze przystaje (faza druga), by martwą już zwykle rybkę obrócić w pysku i pożreć od strony głowy. W tym momencie żyłka na krótko przestaje się wysnuwać, czasem spławik pokazuje się na wodzie. Po chwili żyłka znów szybko schodzi ze szpuli. Znak, że drapieżnik połknął zdobycz i odpływa (faza trzecia). Te trzy charakterystyczne fazy brania pozwalają bezbłędnie odgadnąć, że na haczyku mamy sandacza.


obrazek
Dla tych, co łowią na spining, sprawa nie jest aż tak prosta, ale też możliwości są o wiele większe. Nie muszą bowiem czekać, aż drapieżniki zgłodnieją i zaczną się uganiać za zdobyczą. Spiningiści potrafią „wydłubać” sandacza spod karcza, korzenia lub u krawędzi stoku także wtedy, kiedy on nie żeruje. Wówczas jednak braniu nie towarzyszą sygnały tak wyraźne, jak przy połowie na żywca. Najczęściej jest to dziwne puknięcie, żyłka niespodziewanie odchodzi w bok lub w drodze do dna przynęta się nieoczekiwanie zatrzymuje. Również sandacze żerujące aktywnie atakują sztuczną przynętę bardzo obrazekróżnie. Przede wszystkim jednak - choć dużo łatwiej im ją pochwycić niż prawdziwą rybkę - dość często chybiają. Pamiętajmy jednak, że nieudany atak drapieżnika to dla nas bardzo cenna informacja. Dowodzi on, że łowisko zostało trafnie wybrane i połów może być udany, trzeba tylko pechowemu sandaczowi dać następną szansę. Niestety mało jest wędkarzy, którzy takie ukryte informacje potrafią rozszyfrować. O tym, że sandacz atakował ich przynętę, dowiadują się dopiero wtedy, gdy w łowisku zawiruje woda lub na gumce zobaczą ślady zębów.
---Nieaktywne sandacze zazwyczaj odpoczywają w swoich kryjówkach przy dnie, nieruchomo oparte na brzusznych płetwach, z głowami skierowanymi pod prąd. Złożone płetwy grzbietowe wskazują na całkowitą apatię. Niekiedy z tego stanu wyrywa je na krótko ewentualna zdobycz, pojawiająca się w bardzo bliskim sąsiedztwie. Oto na dno opadł twister i zaczyna podskakiwać. Znieruchomiały w pobliżu sandacz budzi się z odrętwienia. Podpływa do twistera i jakiś czas podąża jego śladem. Trąca go pyskiem, ale sztuczna przynęta nie kojarzy mu się z pokarmem (sandacze mają znakomity węch), więc daje sobie spokój i wraca na miejsce. W momencie, gdy sandacz trącił gumkę, wędkarz musiał odczuć słaby impuls, ale go zlekceważył. Pewnie uznał, że główka uderzyła o kamień albo jakiś inny twardy przedmiot leżący w wodzie. Wzgardzony twister podskakuje więc dalej po dnie i trafia pod pysk kolejnego sandacza. Ten jednak, inaczej niż poprzednik, bierze go za intruza lub konkurenta. Zdenerwowany gwałtownie skacze w jego kierunku i wali go ogonem. Twister mało się nie rozleciał, ale już po sekundzie wznosi się łagodnie ku powierzchni, a sandacz na powrót osiada na dnie. Wędkarz siedzący w łodzi, kołyszącej się na wodzie kilkadziesiąt metrów od miejsca zdarzenia, poczuł na kiju „głuchy ciężar”. Widać nie skojarzył go jednak z sandaczem, bo po chwili wyciąga kotwicę i odpływa. Uznał, że to było zielsko, w czym utwierdziła go owinięta wokół twistera kępka roślin, którą zagarnął hakiem przy wyciąganiu zestawu.
obrazek ---Rozważmy teraz inną sytuację. Nieruchomo stojący nad dnem sandacz dostrzega rippera opadającego swobodnie w dół. Przyjmuje pozycję ukośną z głową skierowaną do góry, najeża płetwy i szybko płynie na spotkanie domniemanej ofiary. Dopada ją w połowie wody, chwyta w pysk i płynie w dół. Po chwili orientuje się, że ma do czynienia z martwym przedmiotem, i zdobycz wypluwa. Ripper opada na dno. Tu, wprawiony przez wędkarza w ruch, podskakuje sobie, przystaje, w końcu znów ulatuje do góry. Łowca miał rybę na wędce, ale tego nie zauważył. Nie kontrolował opadania przynęty, więc nie dostrzegł, że żyłka w pewnej chwili nienaturalnie się naprężyła, a przynęta na moment jakby zawisła w toni. Zresztą może i dostrzegł, ale to mu się nie skojarzyło z atakiem sandacza. Pomyślał, że trafił na garb stoku albo że wiatr akurat przesunął łódkę. O tym, że sandacz chwycił i wypluł przynętę, dowie się później, gdy na ripperze zobaczy ślady zębów. I będzie się długo zastanawiał, kiedy to się mogło stać.
Inny przykład. Stado sandaczy, do tej pory przyczajonych na dnie, jak na komendę zjeża płetwy grzbietowe i rusza do góry. W ich kierunku opada twister. Ledwo skrył się pod lustrem wody i poruszył ogonkiem, chwyta go najbliższy sandacz, ale błyskawicznie wypluwa i odrzuca w bok. Gumkę dopada inny sandacz i trąca ją nosem. Przynęta opada na dno i tam podryguje, ale --- żaden drapieżnik już się do ataku nie kwapi. Wędkarzowi nie przyszło do głowy, że sandacze mogą żerować przy powierzchni. Luźno opadająca żył-ka nie przekazała mu mocnego targnięcia, a potem delikatnego puknięcia. Szkoda, bo może by sobie przypomniał, że bezpośrednio po zachodzie słońca sandacze się rozpraszają i ścigają drobnicę na niewielkich głębokościach. Uparte czesanie dna jest wtedy bezowocne.
Przynęta spada na dno. Przez chwilę jest nieruchoma, potem się wlecze po piasku wzniecając chmurkę pyłu. Wolno podpływa do niej sandacz. Gdy przynęta się przesuwa, on podąża za nią, gdy przystaje, sandacz robi to samo. Podczas kolejnego odejścia przepuszcza zdecydowany atak. Nie chwyta jednak przynęty w pysk, lecz przygniata ją ciałem do dna. To wędkarz wreszcie poczuł, ale z zacięcia oczywiście nic nie wyszło. Przy następnych rzutach historia się powtarza. Jedyna zdobycz łowcy to kilka łusek nabitych na haczyk. Nie pomaga zmiana przynęty, sposobu zbrojenia ani bardziej agresywne prowadzenie. Ataki są częste, ale zaciąć ich nie sposób. Taka sytuacja się zdarza po nadejściu zimnego frontu. Sandacze stają się wtedy bardzo nerwowe i agresywne. Te, które trzymają się brzegów, dają upust instynktowi drapieżcy. Atakują ofiary uderzeniami pyska, ogona, przygniatają je brzuchem. Starają się je zabić, ale ich nie zjadają. Sandacze żyjące na większych głębokościach zachowują się inaczej. Zdobycz chwytają pyskiem i połykają. Nasz wędkarz nie był więc skazany na niepowodzenie. Wystarczyło zmienić łowisko, opuścić przybrzeżną płycizną i zakotwiczyć się tam, gdzie głębiej.
---Z zagadkowym zachowaniem się sandaczy spiningista spotyka się niemal na co dzień. Tym większą uwagę powinniśmy zatem zwracać na wszelkie sygnały dochodzące do nas spod wody. Podane tu przykłady wcale nie są wymyślone. Dowodzą one, jak wiele ważnych informacji po prostu nam umyka. A przecież każda taka nieodebrana wiadomość to jedna ryba na haczyku mniej.
Kamil Brzostowski